Po Iranie, Kubie i Birmie przyszedł czas na kolejne pojednanie – z Wietnamem. W tym przypadku nie chodzi wyłącznie o zasypanie starych podziałów. Waszyngton rozgląda się za nowym sojusznikiem w Azji Południowo-Wschodniej. W globalnej rozgrywce z Chinami Wietnam może się okazać niezastąpiony
Reklama

Reklama
Żyjemy w świecie dyplomacji. – Decyzja o zniesieniu embarga na dostawy broni do Wietnamu nie wynika z obaw przed Chinami czy jakichkolwiek innych obaw – uciął pytania odwiedzający Hanoi pod koniec maja Barack Obama. – Wynika z pragnienia dokończenia długiego procesu normalizacji stosunków – dorzucił prezydent USA, stojąc obok zachowującego minę pokerzysty swojego wietnamskiego odpowiednika Tran Dai Quanga. – Oba kraje w pełni znormalizowały stosunki – dorzucił jedynie lakonicznie wietnamski prezydent.
Waszyngton i Hanoi nie marnują czasu. Jeszcze w trakcie wizyty ogłoszono podpisanie porozumień handlowych o wartości 16 mld dol., na mocy których m.in. Boeing ma dostarczyć Wietnamczykom sto samolotów, a Pratt & Whitney – 135 silników lotniczych, których odbiorcą będą prywatne linie lotnicze VietJet Air. Mało tego, Lockheed Martin poinformował właśnie, że Wietnamczycy poważnie interesują się zakupem maszyn do patrolowania akwenów morskich P-3 Orion oraz S-3. Chodzi o pakiet czterech do sześciu maszyn, po modernizacji, o wartości 80–90 mln dol.
Oficjalny komentarz wietnamskiego resortu obrony jest jednak zadziwiająco powściągliwy. – Nie jesteśmy pewni, co możemy kupować od Amerykanów ani co chcemy od nich kupować – uciął w rozmowie z dziennikarzami Agencji Reutera wiceszef ministerstwa Nguyen Chi Vinh. Jedno z dwojga: albo Hanoi zostało zaskoczone decyzją Obamy o zniesieniu embarga (co jest mało prawdopodobne), albo też nie chce drażnić chińskich towarzyszy (co jest znacznie bardziej prawdopodobne).
Sojusznicy robią interesy
Embargo na dostawy broni do Wietnamu zostało wprowadzone w 1964 r. Biały Dom obłożył nim wówczas Wietnamczyków z Północy, a po przegranej wojnie – w 1975 r. – cały kraj. „Rozczarowani i wściekli amerykańscy urzędnicy przez lata próbowali gospodarczo i dyplomatycznie izolować rząd Socjalistycznej Republiki Wietnamu” – podsumowuje Robert D. Schulzinger, autor „A Time for Peace. The Legacy of the Vietnam War”. „Amerykański gniew i frustracja na temat nowych władców Wietnamu sprawiły, że odbudowanie relacji dyplomatycznych zajęło więcej czasu, niż ktokolwiek się spodziewał” – dodaje.
Amerykanie musieli najpierw dojść do ładu ze sobą. Kolejni prezydenci – Ford, Carter, Reagan – borykali się z dziedzictwem wojny. Pierwszy próbował pojednać rodaków, wprowadzając amnestię dla tych, którzy odmawiali służby w Wietnamie lub w inny sposób narazili na szwank dyscyplinę czasu wojny. Drugi bezskutecznie naciskał Hanoi na informację o setkach MIA (missing in action), żołnierzy, którzy mogli wciąż przebywać w wietnamskich obozach jenieckich. Trzeci przyjął z kolei kurs na zimnowojenną konfrontację, czego skutkiem było m.in. przyjęcie International Traffic in Arms Regulations (ITAR). Na mocy tych sankcji – w owym czasie obejmujących też Polskę – USA wprowadzały zakaz sprzedaży broni do państw, które mogą być w ich opinii zagrożeniem dla pokoju na świecie oraz polityki zagranicznej Waszyngtonu. W skrócie chodziło o niemal wszystkie kraje bloku wschodniego, z kilkoma drobnymi wyjątkami, m.in. Chinami. W przypadku Wietnamu Reagan dodatkowo wprowadzał inne akcenty do debaty o normalizacji stosunków: odrzucał argumenty o jakiejkolwiek odpowiedzialności Ameryki za wojnę. – Obrażamy pamięć 50 tys. młodych Amerykanów, którzy zginęli za tę sprawę, jeśli dopuścimy do jakiegoś poczucia winy – dowodził w trakcie kampanii wyborczej w 1980 r.
Poza tym dla wszystkich trzech prezydentów Państwo Środka stawało się coraz cenniejszym aliantem. Nic dziwnego, relacje między Moskwą a Pekinem były chłodne, a relacje chińsko-wietnamskie, po tym jak w 1979 r. przerodziły się w otwartą – choć krótkotrwałą – wojnę, wręcz lodowate. W świecie „globalnej szachownicy” Chiny były bezcenne.
ITAR pozostał w mocy nawet po zakończeniu zimnej wojny. „Wietnam nie był wysoko na liście priorytetów George’a H.W. Busha” – pisze o następcy Reagana Schulzinger. Zresztą w ogóle Azja nie była wówczas wysoko na takich listach. Liczyły się Europa Wschodnia, gdzie walił się komunizm, i Bliski Wschód, gdzie kolejne awantury wywoływał Saddam Husajn. Stopniowo jednak wizyty dygnitarzy obejmowały polityków coraz wyższego szczebla. W 1991 r. z symboliczną wizytą do Hanoi jeździli słynni weteran – dziś prominentny polityk Partii Republikańskiej – John McCain i obecny sekretarz Stanu USA John Kerry.
W wietnamski Nowy Rok 4 lutego 1994 r. administracja Billa Clintona zniosła embargo handlowe na Wietnam, a rok później przywróciła pełne relacje dyplomatyczne. „Naciskał na to amerykański biznes inwestujący w Azji” – pisze Schulzinger. „Amerykańska Izba Handlu w Hongkongu wzywała do natychmiastowego zniesienia sankcji gospodarczych pod hasłem: wszyscy, w tym najbliżsi sojusznicy Ameryki, błyskawicznie rozwijają handel z Wietnamem. Embargo bardziej szkodziło Ameryce niż Wietnamowi. Do końca 1992 r. w Wietnamie działało 556 zagranicznych firm, które zainwestowały tam 4,6 mld dolarów” – wylicza. Clinton zapowiadał też likwidację obostrzeń wynikających z ITAR, ale w tym przypadku na deklaracjach się skończyło.
Dwadzieścia lat później do sprawy wrócił Obama: w październiku 2014 r. John Kerry ogłosił częściowe zniesienie embarga. USA miały wesprzeć budowę zdolności obronnych Wietnamu, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa wód terytorialnych kraju, a więc uzbrojenia wietnamskiej straży wybrzeża. Z zastrzeżeniem jednak, że Waszyngton będzie aprobował potencjalne zakupy Hanoi, każdorazowo zapalając zielone światło dla poszczególnych transakcji. Cóż, Wietnamczykom wypraszanie takich pozwoleń prawdopodobnie nie było w smak, w każdym razie w ciągu ostatnich dwóch lat Hanoi nie pokusiło się o żadne zakupy od amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Ale potencjał Wietnamu to znacznie więcej niż ewentualne zamówienie na samoloty czy okręty.
Tygrys z „Kapitałem”
Dla czytelników na Zachodzie musiał to być szok. „Biorąc udział w testach PISA po raz pierwszy, wietnamscy piętnastolatkowie uzyskali w czytaniu, matematyce i naukach ścisłych wyniki lepsze niż ich rówieśnicy w wielu państwach rozwiniętych, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii nie wyłączając” – podsumowywał wyniki ubiegłorocznych testów PISA dyrektor ds. edukacji OECD Andreas Schleicher. Łamiąc w znacznej mierze schematy myślenia o komunistycznym reżimie nad Mekongiem, nie może się on nachwalić polityki władz.
Jego zdaniem trzy kluczowe czynniki decydujące o tym, że młode pokolenie Wietnamczyków jest znacznie lepiej wyedukowane niż poprzednie – i niż inne nastolatki na świecie – to determinacja władz w Hanoi, dobrze skonstruowane programy nauczania oraz inwestowanie w nauczycieli. Z cytowanych przez niego danych wynika, że przeszło piąta część wydatków rządu w Hanoi to inwestycje w obszarze edukacji. Curricula wietnamskich uczniów stanowią z kolei ewidentne przeciwieństwo programów nauczania na Zachodzie, „na milę szerokich, ale głębokich ledwie na cal”, jak definiuje to Schleicher. Wietnamscy nauczyciele pracują też w nieco innych uwarunkowaniach niż ich odpowiednicy w innych krajach: w klasach panują rygor i pełne podporządkowanie belfrowi, zawód cieszy się też dużym społecznym szacunkiem, a w zamian władze oczekują, że pedagodzy będą inwestować i uczyć się nie mniej niż ich uczniowie.
W efekcie poziom analfabetyzmu w kraju spadł do niecałych 7 proc. Jak szacował kilka lat temu Bank Światowy, tylko w latach 2001–2006 liczba studentów szkół wyższych skoczyła z 900 tys. do 1,6 mln. Co prawda system ma jednak luki – 37 proc. dzisiejszych 15-latków nie kontynuuje edukacji. Jednocześnie jednak nad Mekongiem rodzi się wietnamski wariant pokolenia Z: generacja młodych, nieźle wykształconych, dynamicznych i głodnych sukcesu. „Zgodnie z obecnymi analizami Wietnam ma szansę do 2095 r. potroić swój PKB, jeśli do 2030 r. uda mu się przyciągnąć całą młodzież do szkół średnich oraz dać jej wykształcenie w dziedzinie matematyki i przedmiotów ścisłych przynajmniej na poziomie podstawowym – i o ile miejscowy rynek pracy będzie w stanie przyjąć i zrobić użytek z tych talentów” – konkluduje Schleicher.
Zresztą jeśli nie zrobią tego wietnamskie władze czy miejscowy biznes, zrobią to inwestorzy. Nawet jeśli gospodarka Wietnamu nie jest w tak świetnej formie, jak chcą tego ci, którzy nazywają ten kraj kolejnym azjatyckim tygrysem, to zaczyna przyciągać globalnych graczy bardziej niż chińska. Przykładów nie trzeba daleko szukać: pod koniec maja największa japońska firma spedycyjna Matsui ogłosiła, że zainwestuje 1,2 mld dol. w port kontenerowy w porcie Hai Phong. Japończycy nie ukrywają, że chcą tam stworzyć regionalny hub – w reakcji na szybki wzrost kosztów pracy w Państwie Środka oraz na konfrontacyjny wobec zagranicznych (szczególnie japońskich) inwestorów kurs Pekinu.
– Ja nie zgaduję, nie dywaguję. Jestem na sto procent pewien, że Wietnam rozwinie się jeszcze bardziej – kwitował w rozmowie z dziennikiem „Financial Times” prezes Mitsui Junichiro Ikeda. Nie ukrywał też, że jego firma idzie po prostu tropem innych japońskich przedsiębiorców, którzy zamykają fabryki w południowych Chinach i przenoszą się nad Mekong. Mowa nie o wyjątkach, tylko o trendzie: w niedawnym badaniu prestiżowego japońskiego instytutu Mizuho olbrzymia większość z tysiąca ankietowanych biznesmenów wskazała Wietnam jako preferowaną lokalizację inwestycji. Zwłaszcza jeśli podpisane zostanie – wspomniane podczas wizyty Obamy w Hanoi – TPP, Partnerstwo Transpacyficzne. Ale nie tylko o koszty pracy czy wykształcenie tu chodzi.
Flappy Bird
Pięć lat temu, kiedy Wietnam dopiero zaczynał się otwierać, startowaliśmy tu z niewielkim browarem. Dziś Heineken jest na tym rynku numerem dwa – dowodził niedawno w rozmowie z amerykańską stacją CNB szef holenderskiego producenta piwa na region Azji i Pacyfiku Frans Eusman. – Jesteśmy bardzo dumni z tego, co udało nam się stworzyć – dorzucał.
Lekka przesada: Wietnam zaczął się otwierać już w latach 80., na fali reform doi moi (odnowa). Nie przypadkiem amerykański biznes naciskał na administrację Clintona, by znieść embargo handlowe. W 2007 r. państwo to przystąpiło do Światowej Organizacji Handlu, rok później reżim dopuścił powstawanie spółek joint venture z 49-procentowym udziałem przedsiębiorstw zagranicznych, a już kilka miesięcy później – w pełni otworzył rynek dla cudzoziemców. Efekt? Przez większość ostatniej dekady odnotowywało imponujący wzrost PKB, na poziomie średnio 5–6 proc. rocznie.
Wraz z poprawą warunków życia zaczęło przybywać też populacji: o blisko milion osób rocznie (dziś to ponad 94 mln ludzi). Pięć lat temu wietnamska klasa średnia liczyła ponad 7 mln gospodarstw domowych, a sześć największych miast – Hanoi, Ho Chi Minh, Nha Trang, Can Tho, Da Nang i Haiphong – według badań AC Nielsen odpowiadało za 40 proc. sprzedaży w kraju. W 2014 r. liczebność tamtejszej klasy średniej wzrosła do 14 mln osób, a do 2020 r. ma się ona jeszcze podwoić – żadne zaskoczenie, biorąc pod uwagę dynamikę sektora edukacji. Co w uproszczeniu oznacza też chłonny rynek dóbr konsumenckich. Zgodnie z raportem Deloitte sprzed dwóch lat w 2013 r. wszystkie wydatki konsumenckie Wietnamczyków sumowały się do kwoty 111 mld dol. i rosną średnio o kilka procent rocznie.
W konsekwencji kolejne sektory gospodarki przeżywają boom. Najlepszym przykładem może być branża usług medycznych. W ciągu dekady wydatki przeciętnego Wietnamczyka na własne zdrowie wzrosły o 241 proc. i sięgnęły 7,2 proc. PKB – najwięcej w regionie. Nad Mekongiem powstaje prawdziwe eldorado dla dostawców usług medycznych, tym bardziej że statystycznie na 10 tys. mieszkańców kraju przypada tylko 7–8 pracowników sektora opieki zdrowotnej oraz 25 szpitali – a to znacznie mniej niż globalna średnia, wynosząca 15 pracowników i 30 szpitali.
– Wietnamskie Stowarzyszenie Szpitali Prywatnych twierdzi, że zgłosiło się do niego kilku instytucjonalnych, wielkich graczy z Japonii, Australii i Tajlandii z zamiarem stworzenia nad Mekongiem lokalnego hubu usług farmaceutycznych i medycznych dla krajów ASEAN – dowodzi Peter Pham, dyrektor funduszu Phoenix Capital. – Ze swoją rosnącą populacją, rosnącą gospodarką i coraz większym zainteresowaniem świata Wietnam prezentuje się inwestorom oraz firmom z sektora usług medycznych jako ekscytująca możliwość rozwoju – kwituje.
Te same zachwyty można by przełożyć na dowolną dziedzinę gospodarki. Nawet wietnamskie start-upy – zwłaszcza po sukcesie Flappy Bird, gry na urządzenia mobilne zaprojektowanej przez lokalnego dewelopera Donga Nguyena – skłoniły światowe fundusze inwestycyjne do polowania na wietnamskich geeków. W marcu Goldman Sachs i Standard Chartered wyłożyły 28 mln dol. na przejęcie lokalnego operatora e-płatności, mającego dwa miliony klientów i 30-procentową dynamikę rozwoju. Fundusz 500 Startups z Doliny Krzemowej z hukiem ogłosił też, że tworzy 10-milionowy fundusz na podobne zakupy w Wietnamie. W zasadzie nie ma w tym nic dziwnego – nie dość, że wartość wietnamskiej sceny startupowej jest szacowana na 4 mld dol., to jeszcze pod bokiem są giganci będący potencjalnym odbiorcą wietnamskich innowacji: LG Electronics, Toshiba, Panasonic, a od niedawna również Samsung – wszystkie produkują dziś nad Mekongiem, a nie za Wielkim Murem.
Nowa regionalna potęga
Takich demonstracji wietnamscy komuniści nie doświadczyli, odkąd zdobyli władzę w kraju – tylko w Ho Chi Minh na ulice wyszło ponad 20 tys. ludzi, którzy głośno wyrażali wściekłość. Paradoksalnie rząd w Hanoi był jednak zadowolony z zachowania rodaków.
Protesty, do których doszło niemal dokładnie dwa lata temu, były zgodną reakcją Wietnamczyków na poczynania sąsiadów zza Wielkiego Muru. Chińczycy nie dość, że wczesną wiosną zatopili wietnamski kuter rybacki, który – ich zdaniem – miał wpłynąć na chińskie wody terytorialne, to jeszcze 1 maja 2014 r. zaciągnęli w pobliże Wysp Paracelskich platformę naftową Haiyang Shiyou 981. Akcja podsyciła spór o odludny (ledwie około tysiąca mieszkańców) archipelag kilkudziesięciu koralowych wysepek – i wyprowadziła na ulice dziesiątki tysięcy Wietnamczyków, z których spora część rzuciła się do palenia chińskich, lub za takie uchodzących, fabryk nad Mekongiem.
Relacje chińsko-wietnamskie nigdy do łatwych nie należały. Wietnamczycy niechętnie podporządkowywali się wskazówkom przewodniczącego Mao, a tym bardziej Deng Xiaopinga. Na udry chodzili już w czasach zimnej wojny: interweniując w Kambodży, co położyło kres rządom Czerwonych Khmerów, czy wdając się we wspomnianą kilkutygodniową wojnę u własnych granic w 1979 r. Poza Wyspami Paracelskimi oba kraje roszczą sobie też prawa do Wysp Spratly. Kryzys wokół Haiyang Shiyou 981 był ewidentnym dowodem na napięcia na Morzu Południowochińskim – trwał niemal trzy miesiące i skończył się zwinięciem przez Chińczyków swojej platformy miesiąc przed zaplanowanym terminem.
Formalnie Hanoi i Pekin trzymają sztamę. – Amerykańskie embargo na broń było produktem zimnej wojny i nigdy nie powinno było zostać wprowadzone – uciął pytania o komentarz rzecznik chińskiego MSZ. – Witamy z radością normalne relacje między Wietnamem a Stanami Zjednoczonymi – dodał.
Nieformalnie, zwłaszcza w Waszyngtonie, można było jednak usłyszeć, że od zamieszania wokół chińskiej platformy wydobywczej w 2014 r. Wietnamczycy prosili o zniesienie sankcji. USA poszły im na rękę już dwa lata temu, wyłączając z embarga uzbrojenie na potrzeby marynarki wojennej. Ostatecznie, całkowicie znosząc obostrzenia, administracja Obamy puściła mimo uszu krytykę organizacji pozarządowych, które nalegały, by najpierw Wietnam dowiódł, że przestrzega praw człowieka. Skądinąd Hanoi wiele zrobiło na tym polu w ostatnich latach: od 2013 r. zwiększył się zakres swobód religijnych, znowelizowana została ustawa wcześniej penalizująca związki homoseksualne, a wreszcie wprowadzono zmiany do konstytucji, które – przynajmniej formalnie – zapewniają przestrzeganie praw człowieka, wolność religii, słowa, prasy, dostępu do informacji, zgromadzeń oraz demonstracji.
Na korytarzach Białego Domu można usłyszeć spekulacje o tym, że Wietnam udostępni Amerykanom port w zatoce Cam Ranh – na potencjalną bazę US Navy albo przynajmniej do przejściowego wykorzystania. Hanoi popiera też Filipińczyków, którzy zażądali od ONZ rozstrzygnięcia sporu terytorialnego z Pekinem. We wzajemnych relacjach roi się od incydentów mogących w świecie dyplomacji uchodzić za faux pas, np. ubiegłoroczna wizyta prezydenta Xi Jinpinga w Wietnamie została zapowiedziana z wyjątkowo niewielkim wyprzedzeniem, co zmusiło gospodarzy do żonglowania terminami zapowiedzianych znacznie wcześniej wizyt prezydentów Włoch i Islandii. Ale czegóż nie robi się dla zachowania pozorów?
Nie jest wielką tajemnicą, że Amerykanie próbują stworzyć w regionie Pacyfiku nowy sojusz: umowy o strategicznym partnerstwie wojskowym z Australią i Filipinami już obowiązują, wiosną tego roku światowe media obiegły doniesienia o naciskach na Indie, by przyłączyły się do tego aliansu. Waszyngton próbuje też wprowadzić kwestie związane ze sporami terytorialnymi na Morzu Południowochińskim na fora regionalnych organizacji, takich jak choćby ASEAN. Porozumienie TPP również bywa postrzegane jako inicjatywa mająca bliżej związać z Ameryką plejadę sąsiadów Chin w Azji Południowo-Wschodniej. W tym układzie niemal 100-milionowy Wietnam byłby niezwykle cennym partnerem. Zniesienie embarga może być dopiero zaczątkiem dyskretnie wspieranej i promowanej przez USA nowej regionalnej potęgi.