„W tej chwili mojego ojca czołga się przez naprawdę najgorsze łajno i to jest niewybaczalne. To jest chyba nasza przypadłość narodowa, że nie potrafimy szanować naszych bohaterów. Piłsudski przechodził przez to samo, w tej chwili mój ojciec przechodzi przez to samo. Może dopiero po śmierci ojca postawimy mu kilka zasłużonych pomników” – mówi na antenie RMF FM, syn byłego prezydenta i europoseł PO Jarosław Wałęsa.

Chodzi o dokumenty, wskazujące na współpracę Wałęsy z SB, które znaleziono w domu wdowy po gen. Kiszczaku.

Pytany o to, czy w domu rodzinnym rozmawia się na temat przeszłości Wałęsy, odpowiada: „Ojciec czuje się tak zaszczuty, że nawet rozmawiając ze mną, próbuje się tłumaczyć jakby to robił z obcym człowiekiem”. „On chce o tym rozmawiać, a ja tłumaczę, że nie musi się tłumaczyć w domu rodzinnym ze swoich decyzji z tamtych dni” – dodaje Wałęsa.

Na pytanie, czy były prezydent powinien był przeprosić, odpowiedział: „Ja kategorycznie mówię nie! Jeżeli on w tamtym momencie podpisuje jakiś świstek tylko po to, żeby wyjść na zewnątrz, żeby być znowu ze swoją rodziną, żeby ochronić swoje życie i zdrowie, no to nigdy nie powinniśmy wymagać od takiego człowieka, żeby on za coś takiego przepraszał”.

Reklama

- W tej chwili przypisuje się mojemu ojcu coś więcej, tak, że on zrobił gorsze rzeczy, niż tylko podpisał jeden świstek papiery, żeby wyjść na wolność w grudniu roku 70. W tej chwili przypisuje mu się to, że brał pieniądze, że donosił na swoich kolegów i tutaj trzeba powiedzieć kategorycznie nie. Dokumenty, które zostały znalezione w szafie Kiszczaka nie mają żadnej wiarygodności. Dlaczego? Dlatego, że to są dokumenty człowieka, który zawodowo, profesjonalnie podrabiał dokumenty mojego ojca. I to jest udokumentowane. Wszyscy wiemy o tym, że całe departamenty w ministerstwie generała Kiszczaka zajmowały się tylko i wyłącznie tym, żeby dyskredytować mojego ojca - mówi Jarosław Wałęsa.

Syn Lecha Wałęsy oskarżył również szefa IPN o nierzetelność. Jego zdaniem tak szybka analiza dokumentów nie pozwala na jednoznaczną ich ocenę: "Jeżeli nie potrafimy robić tego rzetelnie, to nikt nie jest w stanie tego powiedzieć, który dokument jest tak naprawdę prawdziwy, a który fałszywy. Jeżeli będziemy postępowali taki, jak postępujemy, jak postąpił szef IPN-u, który wyszedł i powiedział: mamy tutaj dokument, podpisaną lojalkę i to zostało już udowodnione, że to jest dokument autentyczny. Ale co to znaczy autentyczny? Czy on jest prawdziwy? Czy został przeanalizowany przez ekspertów? Przecież to zajmuje wiele tygodni, żeby stwierdzić, czy taki dokument jest prawdziwy, czy nie jest. Tymczasem szef Instytutu, instytucji, do której mam teraz już wiele wątpliwości…"