Zachodnie resorty dyplomacji od miesięcy rozszerzają listę niebezpiecznych celów podróży
Reklama
Rząd USA ostrzegł podróżujących Amerykanów przed ryzykiem ataków terrorystycznych. W wydanym „Alercie dla podróżnych”, obowiązującym przez trzy miesiące, amerykański resort spraw zagranicznych nie mówi o planach konkretnego ataku, a jedynie zwraca uwagę, że Państwo Islamskie, Al-Kaida czy Boko Haram kontynuują planowanie zamachów w różnych częściach świata. W związku z tym wzywa Amerykanów do zachowania szczególnej czujności.

Reklama
Podobne ostrzeżenia wydaje także polski MSZ. Duża część z nich dotyczy krajów popularnych wśród turystów w sezonie zimowym. 10 lipca, dwa tygodnie po zamachach w Susie, do których przyznało się Państwo Islamskie, polski rząd odradził wyjazdy do Tunezji. 27 lipca do listy dołączyła Turcja, a 26 października – Egipt. MSZ wydało oświadczenie, w którym zaleca unikanie podróży do kraju faraonów, zaledwie na pięć dni przed zamachem na rosyjski samolot na Synaju, do którego przyznali się dżihadyści popierający Państwo Islamskie.
Resort ostrzegał, że w tym terminie w regionie wystąpi wysokie ryzyko zamachów i – jak się okazało – miał rację. W międzyczasie polskie służby przestrzegały przed wyjazdami do Etiopii, Jordanii, Kamerunu, Kolumbii, Somalii i Sudanu. W ostatnich tygodniach do grupy krajów o wysokim poziomie ryzyka terrorystycznego MSZ dołączył Belgię, Francję i Mali. W Europie Zachodniej zagrożenie stanowią przede wszystkim terroryści wywodzący się z Państwa Islamskiego. Z kolei w Mali do niedawnego ataku na hotel w Bamako przyznała się organizacja Al-Murabitun.
Trudno przewidzieć, jak długo będą obowiązywać alerty ogłoszone dla polskich podróżnych. Eksperci przekonują, że podtrzymywanie ostrzeżeń przez zbyt długi czas nie jest dobrym pomysłem. – Oczywiście, najpierw trzeba wyjaśnić wszystkie kluczowe kwestie i zabezpieczyć teren, ale służby powinny jak najszybciej przywrócić normalne procedury. Przetrzymywanie społeczeństwa w strachu może rodzić dodatkowe napięcia i – co za tym idzie – wywoływać jeszcze większą panikę – tłumaczy Krzysztof Liedel, dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas.
Doktor Aleksandra Zięba z Uniwersytetu Warszawskiego wskazuje z kolei, że większość ostrzeżeń i dodatkowych regulacji wprowadzana jest zbyt szybko i często niepotrzebnie. – Wraz z podnoszeniem poziomu bezpieczeństwa ograniczane są wolności i prawa obywatelskie. W krajach demokratycznych prędzej czy później przyniesie to falę niezadowolenia – tłumaczy. Jej zdaniem służby powinny położyć nacisk na walkę z rekrutacją do organizacji terrorystycznych i tłumienie oznak radykalizmu.
Czy Polacy wezmą sobie do serca ostrzeżenia MSZ? Krzysztof Liedel ma wątpliwości. – Polacy z reguły nie przywiązują większej wagi do tego typu alertów. Zamachy w Tunezji i wywiady przeprowadzane na miejscu dały jasny komunikat – większość turystów była przekonana, że ich to nie dotyczy. To efekt tego, że namacalnie nie doświadczyliśmy zamachu terrorystycznego. Mentalnie nie jesteśmy przygotowani na tego typu zdarzenie – kwituje Liedel.