"Elba zostaje" i "Wolne domy dla wolnych ludzi" - to niektóre z haseł wznoszonych podczas piątkowej demonstracji przeciwko likwidacji squatu Elba. Uczestnicy marszu przy wtórze muzyki i okrzyków przeszli spod stołecznego ratusza na pl. Konstytucji.

Demonstracja rozpoczęła się pod siedzibą władz stolicy, gdzie zebrało się, jak ocenia policja, ok. 2 tys. osób, które następnie przeszły Senatorską, Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, Żurawią, Kruczą i Hożą do Marszałkowskiej i pl. Konstytucji. Wielu uczestników pochodu miało zakryte lub pomalowane twarze, część niosła transparenty głoszące m.in.: "Elba zostaje", "Skłot nie pod młot" i "Warszawa bez Elby jest jak Wisła bez Syrenki".

W pobliżu ronda de Gaulle'a uczestnicy odpalili petardy i race. Na zakończenie marszu na pl. Konstytucji rozwieszono wielkie białe płótno, gdzie organizatorzy próbowali wyświetlić film o squatach, jednak bez powodzenia.

W pochodzie uczestniczyli także squattersi z Poznania i Wrocławia.

Reklama

Squattersi z kolektywu Elba zajęli pustostan przy ul. Elbląskiej na stołecznym Żoliborzu cztery lata temu. W poprzedni piątek pracownicy służby ochroniarskiej wynajętej przez właściciela terenu spółkę Stora Enso próbowali przemocą usunąć squattersów z działki. Interweniowała też policja i straż miejska.

"Elba cały czas jest i jakieś rozmowy z właścicielem będziemy jeszcze prowadzić, natomiast poprzez tę demonstrację chcemy pokazać, że temat squatu Elbląska nie jest jakimś wyalienowanym tematem, nie jesteśmy jakąś bandą. Chcemy pokazać, że się wpisujemy w to miasto, jesteśmy tak samo jego mieszkańcami i uważamy, że to nie w porządku, kiedy nie bierze się nas pod uwagę w planowaniu tego miasta. Uważamy, że w tym mieście warto rozmawiać nie tylko z ludźmi, którzy mają kapitał czy z korporacji" - tłumaczył dziennikarzom "Lukas" ze squatu Elba.

Podczas tej demonstracji chcieliśmy zaznaczyć, że jesteśmy częścią tego miasta

Jak zaznaczył, członkowie kolektywu planują spotkanie z miastem i właścicielem nieruchomości. "My byśmy oczekiwali od miasta, żeby publicznie dało wyraz, że rozumie kulturotwórczą rolę takich miejsc jak centrum kultury niezależnej Elba, że to nie jest noclegownia, my nie jesteśmy menelami czy narkomanami, których trzeba pacyfikować. Jeżeli taki nasz obraz wynika ze słów najwyższego urzędnika miasta, jakim jest jego prezydent, to jakimi jesteśmy dla siebie partnerami do dyskusji? Chętnie będziemy rozmawiać, ale nie z pozycji, kiedy jesteśmy uważani za meneli, którzy się nadają do noclegowni" - zaznaczył "Lukas".

Nawiązał w ten sposób do wypowiedzi prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz dla Polsatu News z ubiegłego piątku. Prezydent miasta stwierdziła wówczas, że squaty to miejsca niebezpieczne, ponieważ jego mieszkańcy "piją, palą papierosy i od tego robi się pożar". We wtorkowej rozmowie z PAP rzeczniczka ratusza Agnieszka Kłąb podkreśliła, że władze miasta są gotowe do dialogu z członkami kolektywu i do pomocy squattersom w poszukiwaniu nowego miejsca.

"Podczas tej demonstracji chcieliśmy zaznaczyć, że jesteśmy częścią tego miasta, funkcjonujemy w nim. Chcielibyśmy, żeby dali nam spokój, ponieważ chcemy po prostu żyć po swojemu. Nie chcemy, żeby ktokolwiek nam coś fundował, zawsze sobie radziliśmy sami i dalej nic nie chcemy. Nie mamy specjalnych postulatów wobec miasta, chcemy żeby uznało, że takie zjawisko istnieje i że ich polityka wyklucza wielu mieszkańców. Oczywiście mamy nadzieję na dogadanie się z właścicielem, chociaż to ogromna korporacja. Chcemy po prostu, żeby dano nam spokój" - wyjaśnił jeden z aktywistów squatu Elba, Grzegorz Prujszczyk.

Squatting to niezależny nurt działań kulturalnych i społecznych, podejmowanych niezależnie od struktur administracyjnych. Squattersi w zaaranżowanych przez siebie opuszczonych budynkach organizują koncerty, warsztaty plastyczne, jadłodajnie i zajęcia edukacyjne. Są to miejsca otwarte dla publiczności, squaty mogą służyć turystom jako hotele.

Największe centra kultury alternatywnej mieszczą się w miastach zachodniej Europy, kilkaset squatów działa w Barcelonie, Berlinie i Amsterdamie.