MSZ Białorusi zwróciło się we wtorek do ambasadorów UE i Polski, by opuścili ten kraj na konsultacje, i wezwało swoich ambasadorów w Brukseli i Warszawie na konsultacje do Mińska. W reakcji kraje UE wycofają swych ambasadorów z Mińska - oświadczyła szefowa dyplomacji UE.

"W geście solidarności i jedności zdecydowaliśmy, że ambasadorzy państw członkowskich UE w Mińsku zostaną wycofani na konsultacje do swych stolic" - powiedziała Catherine Ashton w Brukseli na zakończenie spotkania z ambasadorami państw UE, które zwołała we wtorek wieczorem, by skoordynować unijną odpowiedź na decyzję Mińska. "Wszystkie kraje UE wezwą też białoruskich ambasadorów do swych ministerstw spraw zagranicznych" - dodała.

Wysoka przedstawiciel UE ds. zagranicznych poinformowała ponadto, że "w koordynacji z szefem polskiej dyplomacji Radosławem Sikorskim" wezwała do Brukseli szefową delegacji UE w Mińsku na konsultacje, tak jak Polska wezwie swego ambasadora na Białorusi do Warszawy.

Swego ambasadora na konsultacje do kraju wezwały już Niemcy, o czym poinformował w Brukseli niemiecki minister spraw zagranicznych Guido Westerwelle.

Jest to odpowiedź na wtorkową decyzję Białorusi, która z kolei zareagowała na formalne zatwierdzenie we wtorek przez ministrów ds. europejskich państw UE sankcji wobec niej w postaci zakazu wizowego oraz zamrożenia aktywów wobec 21 kolejnych przedstawicieli reżimu białoruskiego.

Decyzja białoruskich władz ws. ambasadorów Polski i UE niewątpliwie negatywnie wpłynie na relacje Białorusi z Polską i UE; prezydent z żalem przyjął informację o tej niezrozumiałej decyzji - głosi wtorkowy komunikat przekazany przez Kancelarię Prezydenta. Podkreslono w nim m.in., że "państwo polskie nie ustanie w budowaniu jak najlepszych relacji z obywatelami Białorusi, a polskie władze będą konsekwentnie wspierać ich dążenie do tworzenia społeczeństwa obywatelskiego".

Nie zmieniamy stanowiska co do sankcji wobec Białorusi z oczywistych względów - oświadczył premier Donald Tusk. Dodał, że wyjazd polskiego ambasadora z Mińska do Polski po wezwaniu białoruskiego MSZ jest "naturalną reakcją". "Nie chcę teraz improwizować, ale wiadomo, że dyplomacja przewiduje działania, więc nie sądzę, żeby tutaj było jakoś inaczej" - powiedział szef polskiego rządu.

Rzecznik polskiego MSZ Marcin Bosacki uznał decyzję Białorusi za krok nieprzyjazny wobec UE

Dodał przy tym, że warunki powrotu do dialogu z Unią są władzom białoruskim od dawna znane: zaprzestanie represji wobec społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi i wejście na drogę demokratyzacji.

Unijne sankcje objęły 19 sędziów i 2 milicjantów. Tym samym unijna "czarna lista" liczy już 231 przedstawicieli białoruskiego reżimu i może się wydłużyć, bo na marzec UE zapowiedziała debatę o sankcjach wobec osób czerpiących zyski z reżimu prezydenta Alaksandra Łukaszenki.

W reakcji na sankcje białoruskie MSZ napisało w oświadczeniu, że ambasadorowie UE i Polski powinni "przekazać swoim władzom twarde stanowisko strony białoruskiej o niedopuszczalności nacisków i sankcji". Rzecznik ministerstwa Andrej Sawinych ostrzegł, że "w razie kontynuowania nacisków na Białoruś zostaną podjęte inne działania w celu obrony" białoruskich interesów. Zapowiedział, że strona białoruska może zabronić "wjazdu na Białoruś tym osobom z UE, które przyczyniły się do wprowadzenia posunięć ograniczających".

"Propozycje Białorusi dotyczące rozwoju dialogu, współdziałania i współpracy z Unią Europejską na podstawie zasad równoprawności i wzajemnego szacunku pozostają w mocy" - zaznaczył Sawinych w oświadczeniu.

Polscy europosłowie uznali, że wtorkowa decyzja Mińska świadczy o skuteczności unijnych sankcji

"Polityka sankcji zaczyna przynosić skutki, bo po raz pierwszy reakcja Białorusi na decyzję UE jest tak nerwowa" - ocenił wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Jacek Protasiewicz (PO).

Przyznał, że wydalenie polskiego ambasadora to reakcja na starania Polski o większe sankcje gospodarcze, w tym umieszczenie na unijnej czarnej liście oligarchy Jurego Czyża. "W Mińsku zdają sobie sprawę, że Polski nie da się obejść (...), stąd ten atak w kierunku naszego ambasadora" - zaznaczył.

Zdaniem przewodniczącego polskiej delegacji w chadeckiej frakcji (EPL) Jacka Saryusz-Wolskiego (PO), "Łukaszenka idzie na wojnę". "Nie sądzę, żeby to coś przyniosło, ponieważ stanowisko UE będzie niezmienne" - powiedział, podkreślając, że to "zaszczyt" dla ambasadorów być wydalonym za obronę praw człowieka.

Również europoseł Marek Migalski (PJN) uważa, że UE i Warszawa powinny odpowiedzieć na zasadzie "jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie". "Jednak od tego, czy wydalimy ambasadora, czy nie wydalimy, bo to są tak naprawdę gierki dyplomatyczne, ważniejsze jest wypracowanie długotrwałej strategii wobec reżimu białoruskiego, czego na razie nie ma" - ocenił.

Władze białoruskie od dawna "traktują mniejszość polską jako zakładników"

Według działacza Związku Polaków na Białorusi Andrzeja Poczobuta, zaostrzenie stosunków między Polską i Białorusią zawsze negatywnie odbija się na sytuacji mniejszości polskiej. Jego zdaniem władze białoruskie od dawna "traktują mniejszość polską jako zakładników".

Polska była w ostatnim czasie częstym celem ataków oficjalnych mediów białoruskich. W państwowej telewizji zarzucano Polsce finansowanie protestu po wyborach prezydenckich w 2010 r. na Białorusi oraz przymykanie oczu na korupcyjne praktyki przy wydawaniu polskich wiz w tym kraju.

Prezydent Łukaszenka pod koniec grudnia oznajmił na konferencji prasowej, że stosunki Białorusi z UE i Polską rozwijają się w złym kierunku i w największym stopniu przyłożyła do tego rękę właśnie Polska. "Niczego nie oczekiwaliśmy od przewodnictwa Polski w UE i tak też ono przebiegło" - oświadczył.

Według białoruskiego politologa zbliżonego do opozycji, Walerego Karbalewicza, duże znaczenie ma fakt, że Białoruś cieszy się obecnie wsparciem Rosji, zarówno w sensie gospodarczym, jak i politycznym.

"Decyzja Mińska to wielka pomyłka"

Z kolei białoruski opozycjonista Uładzimir Nikalajeu, jeden z kandydatów opozycji w ostatnich wyborach prezydenckich, uważa, że decyzja Mińska to wielka pomyłka, która spowoduje wzrost zależności prezydenta Łukaszenki od Rosji, "czego ten się obawia".

Zdaniem europosła Protasiewicza Białoruś skazuje się na współpracę z Rosją, co nie jest dla niej korzystne ani politycznie, ani gospodarczo.

Prezydent Łukaszenka ostrzegał przed tygodniem, że liczenie na zmianę postawy Białorusi poprzez sankcje, zarzuty czy żądania, jest drogą donikąd. Podkreślił, że jego kraj ma wielu przyjaciół, a współpraca z Rosją, Chinami, Indiami i Azją Środkową w zupełności mu wystarczy.

Szef białoruskiego państwa zagroził, że w razie konieczności Mińsk może ostro odpowiedzieć na sankcje UE. "Zrozumcie, że na razie znosimy te sankcje, którymi wy, Europejczycy, machacie nam przed nosem. Ale jeśli tylko przekroczycie czerwoną linię, odpowiemy bardzo ostro" - oznajmił.

Sankcje UE wprowadziła w związku z fałszowaniem wyników wyborów

Sankcje wobec przedstawicieli władz w Mińsku, w tym Łukaszenki, UE wprowadziła w związku z fałszowaniem wyników wyborów prezydenckich w 2006 r. oraz represjami wobec opozycji na Białorusi. Sankcje zostały zamrożone w okresie ocieplenia stosunków między Brukselą a Mińskiem, ale wznowiono je po wyborach prezydenckich 19 grudnia 2010 r., rozbiciu opozycyjnej demonstracji w dniu głosowania i skazaniu jej uczestników, w tym byłych kandydatów opozycyjnych, na pobyt w kolonii karnej. Od tego czasu sankcje były przez Brukselę poszerzane.

Sankcje UE miały też inną formę. Zamrożono aktywa trzem firmom związanym z reżimem, a także zakazano eksportu na Białoruś materiałów, które mogłyby być wykorzystywane do represjonowania opozycji czy tłumienia manifestacji.

W marcu 2011 r. Mińsk ujawnił, że stworzył listę przedstawicieli UE, w tym z Polski, objętych zakazem wjazdu na Białoruś. Listy nie opublikowano; według mediów "czarna lista" stworzona przez Mińsk w odpowiedzi na sankcje unijne objęła 150 osób.