Mnóstwo słyszymy uwag i opinii słusznie wskazujących na przesadne zachowanie prokuratury i ABW wobec internauty atakującego prezydenta. Przy tej okazji wszyscy mają rozmaite poglądy na temat granic wolności słowa, a raczej braku granic z wyjątkiem mowy nienawiści.
A sprawa jest prostsza, niż sądzą komentatorzy i politycy, bo filozofia polityczna już dawno o tym mówiła. Klasyczne sformułowanie pochodzi od wielkiego Johna Stuarta Milla, który dowodził, że moja wolność jest nieograniczona z wyjątkiem sytuacji, kiedy naruszam cudzą wolność. A ponieważ ja sam często nie umiem ocenić, czy naruszam cudzą wolność, więc decyzja należy do tego, czyja wolność została ewentualnie naruszona.
Oczywiście w praktyce nie jest to takie proste, ale nie jest to problem beznadziejny. Jeżeli ktoś narusza moją wolność, to dysponuję wieloma środkami od zwrócenia mu uwagi po proces cywilny. Siedzę na przykład z żoną w restauracji, a państwo przy sąsiednim stoliku rozmawiają na cały głos, używając słów powszechnie uznawanych za wulgarne. Niewątpliwie naruszają moja wolność, tyle że jeżeli jest to trzech rosłych, ogolonych byków, to nie rwę się do interwencji słownej z oczywistych powodów, a więc moja wolność słowa jest ograniczana.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.