Jeśli wygra nasz generał, to MON będzie musiał ponieść wydatki na jego biuro. Ale one się zwracają poprzez wpływy, jakie się uzyskuje – mówi o kandydacie na szefa Komitetu Wojskowego NATO gen. Jarosław Stróżyk.
Reklama
Jak pan ocenia szanse szefa sztabu Rajmunda Andrzejczaka na zostanie szefem Komitetu Wojskowego NATO?
Szalenie trudno to ocenić. Każde z 30 państw członkowskich, nawet USA, ma po jednym głosie. Głosowanie jest tajne, szefowie sztabów czy też szefowie obrony w nomenklaturze natowskiej wrzucają swój głos do skrzynki, potem są wyjmowane pojedynczo. Gdy jeden z kandydatów dostanie 16 głosów, liczenie się kończy. Żeby nie dołować przegranego.
Wracając do szans Andrzejczaka, główni gracze, czyli Stany Zjednoczone i największe kraje w Europie: Niemcy, Włochy, Wielka Brytania, Francja i Hiszpania, mogą utworzyć koalicję i grać na jednego z kandydatów w zamian za poparcie, obiecując innym krajom stanowiska w kolejnych rozdaniach.
Do tej pory nic o takiej koalicji nie słychać, a głosowanie już za dwa tygodnie.
Nie. Choć słyszę ze swoich źródeł z Brukseli, że lekką przewagę nad Holendrem ma nasz kandydat. Ale to jest nie do potwierdzenia. W tej układance nie przeceniałbym powiązań regionalnych, często większą rolę odgrywają inne relacje polityczne czy wojskowe. A czasem osobiste. Holandia może ze swojej strony też coś obiecać. Niektórzy szefowie sztabów mogą patrzeć na doświadczenie zawodowe, a generał Andrzejczak jak na swoją funkcję ma stosunkowo małe doświadczenie międzynarodowe. To król poligonów, a nie proszonych kolacji i wielogodzinnych negocjacji z ambasadorami, które często są nudne i żmudne, gdzie jedno słowo może wiele zmienić.
Co można zrobić, by zwiększyć szanse generała?
Konieczne jest wsparcie prezydenta i premiera, szczególnie to, by szukali poparcia w mniejszych państwach, którym my coś możemy obiecać. Przez te ostatnie dni ważne są bezpośrednie rozmowy premiera z innymi szefami rządów. W Kancelarii Prezydenta jest ambasador Bogusław Winid, który ma olbrzymią wiedzę i doświadczenie w temacie głosowań w NATO. Liczę, że on ten projekt prowadzi. Słabością polskich kandydatów jest fakt, że nie promujemy ich przez lata, są to tylko projekty krótkotrwałe. W najbliższych dniach KPRM, KPRP, MSZ i MON powinny uruchomić wszelkie dostępne środki, by lobbować za polskim kandydatem. Mam nadzieję, że generał Andrzejczak zagłosuje na siebie i pozyskamy kolejnych 15 głosów. To jest gra do samego końca, w ostatnich momentach zdarzają się zmiany stanowisk i nikt się tym nie chwali. Tutaj często karty do końca są trzymane przy sobie, a blefowanie jest częścią tego procesu.
Czym zajmuje się szef Komitetu Wojskowego?
To żmudna i codzienna praca biurokratyczna. Jest to główny doradca wojskowy sekretarza generalnego NATO. Każda decyzja polityczna ambasadorów czy też ministrów obrony w Sojuszu musi być poprzedzona rozmową z Komitetem Wojskowym i uwzględniać jego propozycje. Komitet przedstawia różne plany działania. Szef Komitetu ma na nie duży wpływ. On pielgrzymuje między przedstawicielami dyplomatycznymi – tu obowiązuje zasada jednomyślności – i wypracowuje konsensus. Sam szef nie ma głosu, ale on tę dyskusję moderuje. Szef Komitetu wchodzi też w skład Rady Północnoatlantyckiej i jest obecny na każdym spotkaniu roboczym czy posiedzeniu ambasadorów bądź ministrów obrony.
Jakie ewentualne pełnienie tej funkcji przez Polaka będzie miało dla nas znaczenie?
Po pierwsze, to jest bardzo duże wyróżnienie Wojska Polskiego i docenienie naszych 20 lat w NATO. Po drugie, jest to istotne w wymiarze praktycznym: rolą szefa jest nadzorowanie sztabu międzynarodowego NATO, czyli ponad 300 oficerów w pięciu pionach na co dzień działających w Kwaterze Głównej w Brukseli. To są codzienne spotkania – począwszy od odprawy porannej z dyrektorami pionów. Wielu oficerów w krajach członkowskich uważa tych oficerów w Brukseli za darmozjadów, którzy siedzą i nic nie robią. Ale to jest praca, która decyduje o skuteczności operacji wojskowych NATO. Im lepsza rada dla polityków, tym lepsze szanse na sukces takiej operacji. Bo nie wszystko jest możliwe, a politykom to trzeba uświadamiać – wojskowi w Brukseli urealniają wizje i chciejstwo polityków.
Jak wygląda obecnie polska reprezentacja wojskowa w Brukseli?
Od lat nie wysyłamy oficerów na stanowiska konkursowe. Ostatni znany mi i wygrany przez polskiego kandydata konkurs to lata 2015–2016. Zdarzyło się nawet, że po wygranym konkursie oficer, który wygrał konkurs, został zablokowany przez ministra Antoniego Macierewicza i nie mógł wyjechać. To znaczy wyjechał. Ale nie do Brukseli, tylko do Żagania i tam pisał doktorat.
Jeśli teraz wygra nasz kandydat, to przed resortem obrony duży wysiłek organizacyjny, bo to resort musi mu zapewnić kilkunastu pracowników i budżet reprezentacyjny. Ale to na pewno wydatki, które zwracają się kilkukrotnie poprzez wpływy, jakie się uzyskuje.