- Szczepionka, nawet nieskuteczna, może zapewnić obecnemu prezydentowi USA drugą kadencję – mówi prof. Bohdan Szklarski, amerykanista.
Reklama
Jesteśmy po konwencji demokratów, przed konwencją republikanów.
Obie konwencje (republikańska zaczyna się dziś) będzie w tym roku niezwykle trudno ocenić. Konwencja jest świętem partii, ma połączyć różne skrzydła i odłamy w jedno ciało. A także stworzyć program: nawet jeśli nie będzie wiążący, to będzie zawierał główne nurty, które mieszczą się w partii. Kolejna funkcja to stworzenie więzi emocjonalnej między członkami ugrupowania (bo to oni przyjeżdżają jako widzowie i uczestnicy) a elitą partyjną. I tego w tym roku nie mamy albo mamy w zupełnie innej formie – on-line, wyzutej ze spontanicznej emocji.
Czy po konwencji demokratów republikanie nadal będą mogli przyklejać parze Biden – Harris łatkę lewicowych radykałów?
W partii są różne skrzydła. Zresztą różnorodności u demokratów zawsze były mile widziane. Czy one zdominowały konwencję? Myślę, że nie. Główne przemówienia Michelle Obamy, Baracka Obamy były spokojne, nie było w nich żadnego radykalizmu, uciekania na lewo. W podobnym tonie przemawiali Kamala Harris i Joe Biden. Zresztą mało tam było programu. Można się zastanawiać, czy demokraci celowo nie unikali deklaracji programowych, żeby nie pokazywać widzom niezainteresowanym na co dzień polityką, swojej lewicowości.
Jaka będzie ta kampania?
Jeszcze w marcu, zanim wybuchła pandemia, powiedziałbym, że ważne będą służba zdrowia, kwestia pożyczek studenckich. Tymczasem konwencja nie toczyła się wokół spraw programowych, tylko wokół wartości i osoby prezydenta. Wszyscy mówili o Joe Bidenie i że to jest ostatni moment, żeby uratować amerykańską demokrację.
Demokraci skupili się mocno na krytyce Donalda Trumpa. Porównując to do polskich realiów, można powiedzieć, że Koalicja Obywatelska, zamiast tworzyć wizję przyszłości Polski, postawiła na anty-PiS. Demokraci stanęli przed bardzo podobnym wyborem i stwierdzili, że antytrumpizm jest nośniejszy ideologicznie niż tworzenie wizji przyszłości.
O których wyborców głównie toczy się bój?
Gra się toczy o biedniejszą białą klasę średnią w takich stanach jak Michigan czy Pensylwania. O robotników. O tych, którzy byli Reagan Democrats w latach 80. i dwukrotnie zagłosowali na Reagana. A potem wrócili w znacznej części do partii demokratycznej. A także o białych wyborców klasy średniej z przedmieść. Tych, którzy byli zniesmaczeni elitarnością, establishmentem, takim oderwaniem się od problemów przeciętnego Amerykanina, które to cechy można było przypisać Hillary Clinton.
A co z mobilizacją wyborców mniejszości?
Wydaje się, że partia demokratyczna skalkulowała to w ten sposób, że opłaca się przyciągnąć z powrotem tę część demokratów, która była zniechęcona do Hillary Clinton, ale ma demokratyczną duszę i pogodzić się ze stratą części lewicowych, bardziej radykalnych wyborców. Jestem przekonany, że ta decyzja jest oparta na badaniach opinii publicznej.
A czy z punktu widzenia głosów elektorskich to może być opłacalna strategia?
Tak, bo to, czy demokraci będą mieli nad Trumpem 2 mln czy 4 mln przewagi w liberalnych Kalifornii, Nowym Jorku, Massachusetts, to nie ma znaczenia, bo to jest taka sama liczba głosów elektorskich. Kluczowe stany, które muszą wrócić do demokratów, to Pensylwania, Ohio, Michigan, Wisconsin. Realistyczne spojrzenie mówi, że Biden ma w kieszeni ok. 260 głosów elektorskich. Do zwycięstwa potrzeba 270. To bardzo ostrożna gra o 10 głosów. Potrzebuje więc jednego stanu, by wygrać z Trumpem. I nie potrzeba do tego bojów ideologicznych pomiędzy lewicą a prawicą. I dlatego ich nie było na tej konwencji.
Zbliża się konwencja republikanów. Jaka to partia?
Partia republikańska w 2018 r. stała się partią Donalda Trumpa.
W 2018 czy w 2016 r.?
W 2016 r. partia republikańska była w szoku, że Donald Trump wygrał. Przez pierwszy rok z okładem mieliśmy do czynienia z czymś w rodzaju wojny między kierownictwem partii a Białym Domem. W 2018 r. republikanom poszło relatywnie dobrze w wyborach do Kongresu, utrzymali Senat, a nawet powiększyli swoją przewagę. I okazało się, że ci, którzy wsparli Trumpa, którzy stanęli razem z nim, wygrywają. To wtedy zaczął się dryf w partii w stronę prezydenta.
Czego pan się spodziewa po konwencji republikańskiej?
To będzie krytyka radykalizmu demokratów.
A dla kluczowych wyborców, o których mówiliśmy, było atrakcyjnego w prezydenturze Trumpa?
Antyestablishmentowy bunt. Atrakcyjny miał być też powrót zakładów pracy, ale się nie ziścił.
Do marca bezrobocie prawie zniknęło, bo 3 proc. to nic, gospodarka rosła. Ale ten wzrost nie przełożył się na tyle wyższe płace, żeby to był decydujący czynnik w głosowaniu na Trumpa. Do tego demokraci bardzo umiejętnie podkreślali cały czas problem nierówności społecznych. I w momencie, gdy w Minnesocie uduszono Floyda, sprawa nierówności stała się główną osią w amerykańskim dyskursie publicznym.
A co z COVID? Co stanie się, jeżeli przed wyborami pojawi się szczepionka?
To, co może uratować prezydenturę Trumpa, to powrót gospodarki na ścieżkę wzrostu. Ważny będzie wyraźny sygnał, że ta krzywa odbicia to V, a nie U. Wtedy republikanie będą mogli twierdzić, że to dzięki ich działaniom, np. obniżkom podatków.
Jeśli powstanie szczepionka, nieważne, czy skuteczna, to będzie symbol. Trump będzie mógł twierdzić, że to jego zasługa i że trzeba było poczekać. Zresztą proszę sobie przypomnieć, co się działo, gdy zaczęto luzować restrykcje epidemiczne. Ujawnił się gen wolności amerykańskiej. Były marsze, które żądały szybszego otwierania gospodarki pod hasłem, że wolność jest ważniejsza od zarazy. I ten gen będzie wzmocniony przez samo powstanie szczepionki. Bo w tej chwili różnica między Trumpem a Bidenem nie jest tak duża i jeszcze zmaleje po konwencji republikanów. Wyborcy, którzy chcieliby zagłosować na Trumpa, ale teraz się wstydzą – jeżeli dostaną nadzieję w postaci szczepionki, mogą mu dać zwycięstwo.