Wśród zwolenników Bidena aż 58 proc. deklaruje, że poprze go z obawy przed obecnym prezydentem.
Reklama
Od przysięgi wierności fladze USA oraz hymnu Stanów Zjednoczonych rozpoczęła się wirtualna konwencja Partii Demokratycznej, na którą składały się krótkie nagrania wideo oraz połączenia przez internet. Wśród występujących była m.in. grupa polityków republikańskich deklarujących głosowanie na Joego Bidena oraz działacze afroamerykańscy.
Występujących łączyła krytyka obecnego prezydenta. Senator Bernie Sanders przekonywał, że prezydentura Donalda Trumpa jest niebezpieczna dla kraju. „Ten prezydent jest nie tylko groźny dla naszej demokracji. Odrzucając naukę, stwarza zagrożenie dla naszego życia i zdrowia” ‒ mówił. Tymczasem Michelle Obama zarzucała Donaldowi Trumpowi, że dzieli kraj i nie sprawdził się podczas kryzysu. „Jeśli myślicie, że nie może być gorzej, to się mylicie. Wierzcie mi ‒ może i będzie” ‒ mówiła była pierwsza dama USA. Apelowała do Amerykanów, by głosowali na Joego Bidena, tak jakby „od tego zależało ich życie”.
Tak jak pisaliśmy we wczorajszym wydaniu DGP, demokraci są ostrożni w ocenie szans swojego kandydata, ale bieżące badania nastrojów elektoratu dają mu komfortowe prowadzenie. Z opublikowanego w poniedziałek sondażu zleconego przez stację NBC News oraz dziennik „Wall Street Journal” Joe Biden prowadzi z Donaldem Trumpem przewagą 50 do 41 proc. Reszta wyborców jest niezdecydowana. Jeśli chodzi o tematy kampanii, to demokrata wygrywa w takich kwestiach jak walka z pandemią, ochrona zdrowia, imigracja, relacje rasowe i jednoczenie Amerykanów. Urzędujący prezydent ma niewielką przewagę w sprawie walki z przestępczością.
Biden może liczyć na większość Afroamerykanów (przewaga 80 pkt proc. nad Trumpem), Latynosów (+26 proc.), wyborców niezależnych (+24 proc.), białych z dyplomem uniwersyteckim (+23 proc.), kobiet (+21 proc.) i seniorów (+7 proc.). Trump dominuje wśród białych bez wyższego wykształcenia, ale za to z przewagą 32 pkt proc. Ale najciekawsza statystyka dotyczy tego, czy wyborca głosuje za kandydatem czy przeciw jego rywalowi. Wśród zwolenników Bidena aż 58 proc. deklaruje, że poprze go w obawie przed obecnym prezydentem. Na tego ostatniego odda swój głos tylko 20 proc. tych, którzy nie chcą demokraty. Z sondażu wynika też, że od obydwu kandydatów wśród wszystkich Amerykanów popularniejsi są Barack Obama i Kamala Harris.
Trump bije jednak Bidena, jeśli chodzi o ilość zebranych funduszy: 343 do 274 mln dol. Ale w sumie to demokrata może mieć powody do zadowolenia, wszak amerykańskie prawo zezwala na to, by kampanię finansowały zewnętrzne organizacje zwane Political Action Comitee, czyli Komitetami Akcji Politycznej.
To zorganizowane grupy aktywnie wpływające na wybory kandydatów na prezydenta oraz do ciał przedstawicielskich, w których celem jest wspieranie tych osób, które głoszą realizację celów zgodnych z zamierzeniami grupy lub zwalczania tych, którzy sprzeciwiają się tym celom. W odróżnieniu od zwykłych komitetów wyborczych PAC nie są nastawione na popieranie pojedynczych kandydatów, lecz na forsowanie swoich interesów poprzez wspieranie lub zwalczanie wszystkich reprezentantów partii. W pieniądzach pochodzących od PAC Biden wygrywa przewagą 136 do 74 mln dol. Paradoks tej sytuacji sprowadza się do tego, że to republikański lobbing wymusił na sędziach Sądu Najwyższego zgodę na działalność Komitetów Akcji Politycznej.
W ramach tego systemu Bidena wspiera też część prawicy. Ponad 100 członków administracji George’a W. Busha powołało do życia PAC nazywający się 43 Alumni for Joe Biden. Numer ma się kojarzyć z Bushem juniorem, który był 43. prezydentem USA i często po prostu nazywanym „czterdzieści trzy”, w odróżnieniu od jego ojca – 41. prezydenta. Wszyscy ci republikańscy oficjele i urzędnicy zebrali się, bo – jak twierdzą – są przerażeni tym, jak swoje obowiązki wykonuje Donald Trump, a kandydat demokratów daje szansę na „odzyskanie godności” przez Biały Dom. Z zebranych pieniędzy chcą finansować np. przychylne Bidenowi reklamówki telewizyjne czy internetowe.
Te wybory różnią się od wszystkich poprzednich kampanii, bo trudno przewidzieć, co zrobi Donald Trump po głosowaniu. Miesiąc temu prezydent chciał pojawił się na antenie Fox News jako gość Chrisa Wallace’a. Wywiad skończył się klapą, z czym zgadzają się komentatorzy z obydwu stron politycznego sporu. Poszło o pytanie, czy Trump uzna wynik wyborów, gdyby ten okazał się dla niego niekorzystny. Ten najpierw odparł, że zobaczy. Wallace naciskał dalej i chciał konkretnej odpowiedzi. Zapytał, czy jest możliwy wariant, że nie zaakceptuje on porażki w głosowaniu. Prezydent trzymał się swojego „zobaczymy”.