Żyd uratowany przez Polaków: Ludzie zwykle prześladują innych, bo uważają ich za gorszych. Wydaje mi się, że Żydów prześladują ci, którzy sami czują się gorsi

Żydzi Jews
Ludzie zwykle prześladują innych, bo uważają ich za gorszych. Wydaje mi się, że Żydów prześladują ci, którzy sami czują się gorsi – mówi Janusz KonorskiShutterStock
25 stycznia 2020

Kiedy pamięć zanika, piekło może powrócić – mówi Janusz Konorski. Po 76 latach po raz pierwszy spotka się z Polakami, którzy uratowali mu życie

4426269-.png
Magazyn DGP z 24 stycznia 2020 r.

Nigdy nie zrzekłem się polskiego obywatelstwa, choć powrót do kraju po latach był dla mnie niezwykle trudny – przyznaje 89-letni Janusz Konorski, popijając herbatę w kawiarni w Paryżu, gdzie obecnie mieszka. Spotykamy się tuż przed jego przyjazdem do Polski. Wraz z córką Martine będzie uczestniczyć w obchodach 75. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau w Muzeum POLIN. Po 76 latach po raz pierwszy spotka się z Polakami, którzy uratowali mu życie w czasie wojny. – Jestem Francuzem i Żydem. Gdyby nie Polacy, nie byłoby mnie dziś na świecie. Nie rozumiem, dlaczego prezydent Duda nie mógł przemawiać w Jerozolimie podczas obchodów 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz. Francja znalazła się wśród zwycięzców II wojny światowej, a wiemy, że kolaborowała z nazistami, żaś Polska jest nieobecna.

Pan Janusz to także bohater filmu „Falenicka Atlantyda” opowiadającego o likwidacji podwarszawskiego getta przez Niemców. – Musimy zachować pamięć o tamtych czasach, bez niej grozi nam powrót barbarzyństwa. We Francji i na całym świecie wzbiera fala antysemityzmu i ignorancji. Coraz więcej osób nie wie, czym był Holokaust, nawet w samym Izraelu. Kiedy zanika pamięć, piekło tamtych czasów może powrócić – tłumaczy. Zdjęcia członków rodziny Konorskich znajdują się w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, a polskie małżeństwo Edward i Maria Tescy, którzy przez ponad trzy lata ukrywali Janusza, są w gronie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Dzieciństwo w stolicy

Konorski urodził się w 1931 r. w Warszawie. Ojciec – prawnik, polonista i poliglota po studiach w Montpellier, Berlinie i Sankt Petersburgu – był znaną osobistością w przedwojennej Warszawie. Matka pianistka grywała prywatne koncerty na cztery ręce z Arturem Rubinsteinem. Konorscy najprawdopodobniej spolszczyli nazwisko „Kohn”, całkowicie się asymilując. – Ja nawet nie wiedziałem, że ci wszyscy rabini, mieszkańcy Nalewek czy ortodoksyjni Żydzi widywani czasem na ulicach Warszawy są ludźmi, z którymi coś mnie łączy – wspomina swoje polskie dzieciństwo pan Janusz.

Ojciec zapewnił mu wszelkie wygody i dbał o jego piękną polszczyznę. Chłopiec uczył się w protestanckiej szkole im. Mikołaja Reya, choć wolał przebywać w domu przy ul. Marszałkowskiej, w słynnej Kamienicy pod Skrzydlatymi Syrenami. Miał nianię, w domu była też kucharka i służba. Lubił rysować egzotyczne zwierzęta, słuchać, jak matka gra na fortepianie i marzyć o dalekich podróżach.

Rosnące napięcie między Trzecią Rzeszą a Polską, manifestacje antyżydowskie w Warszawie, noc kryształowa w Niemczech z 9 na 10 listopada 1938 r. skłoniły Konorskich do wyjazdu ze stolicy i schronienia się w Kaczyńcu pod Radomiem. W 1939 r. spędzili wakacje w swoim wiejskim domku.

Windziarz z Kamienicy pod Skrzydlatymi Syrenami, Volksdeutsch, zadenuncjował Konorskich i budynek wkrótce spalono. Rodzina została na wsi jeszcze przez wiele miesięcy, licząc, że sytuacja się uspokoi. – Byliśmy jednak ludźmi z zewnątrz. Kupowaliśmy mleko i jaja od chłopów, mój ojciec nawet udzielał im porad prawnych, ale czuliśmy się coraz mniej bezpiecznie – wspomina pan Janusz.

Po miesiącach tułaczki Konorscy zdecydowali się rozdzielić i chłopiec trafił do podwarszawskiej Falenicy, gdzie rodzina dozorcy stacji Sobczyka zgodziła się go przechować. Janusz zaprzyjaźnił się z ich siostrzenicą Alinką Szawkiewicz. – Ona była jak bogini wolności. Mogła wszędzie chodzić, a ja nie. Nosiłem czapkę, bo, jak mówiono, wyglądam w niej bardziej aryjsko – opowiada Konorski.

Nieustraszona służąca

Letnisko Falenica przeżywało rozkwit przed wybuchem wojny. Polsko-żydowska społeczność przez lata żyła tam harmonijnie, dopóki nie wkroczyli Niemcy. W 1941 r. nazistowskie władze postanowiły zamknąć wszystkich Żydów z okolicy – ponad 7 tys. osób – w getcie. Janusz z okna domu Sobczyków obserwował jego likwidację 20 sierpnia 1942 r. – To był koszmar. Rozpaczliwe krzyki ściganych jak zwierzęta ludzi słychać było w całej Falenicy. Niemcy strzelali do starców i 3–4-letnich dzieci. Bez wody i jedzenia Żydów przetrzymywano w zaryglowanych wagonach bydlęcych przed wywózką do obozów – opowiada Konorski. Dziś w Falenicy nie ma już śladu istnienia getta ani osiedli żydowskich. Po dawnych mieszkańcach pozostały nieliczne zabytki wciśnięte gdzieś pomiędzy nowymi budynkami oraz stare dokumenty i fotografie. Młodzi na ogół niewiele wiedzą o przeszłości swojej miejscowości.

– Kim trzeba być, aby strzelać z karabinów do maleńkich dzieci? – pytają świadkowie likwidacji getta w dokumencie „Falenicka Atlantyda” Ireneusza Dobrowolskiego i Justyna Kołakowskiego. Opowieść zaczyna się melancholijnie od wspomnienia o dwóch narodach tworzących bogatą, wielokulturową społeczność, a kończy obrazem piekła, które przeżyli nieliczni, w tym pan Janusz. Obraz będzie wyświetlany w Muzeum POLIN podczas obchodów rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Auschwitz-Birkenau.

Konorski wielokrotnie był o krok od śmierci. Przez trzy lata ukrywała go rodzina Teskich w kamienicy przy ulicy Noakowskiego 12 w Warszawie. Młoda służąca zdobyła dla niego świadectwo chrztu. – To była niesamowita dziewczynka, która uratowała całą rodzinę w czasie, kiedy Niemcy weszli do kamienicy. Wypuściła nas innym wejściem, a babcię zamknęła w wersalce, na której sama usiadła, trzymając w ramionach niemowlę – opowiada pan Janusz. Jego matka schroniła się u znanej warszawskiej aktorki i opiekowała się nocami jej sparaliżowanym ojcem.

– Zanim trafiliśmy do Teskich, byliśmy skrajnie wyczerpani. Spaliśmy jak żebracy na schodach warszawskich kamienic, skąd nas ciągle przepędzano. Moja matka chciała już iść na komisariat i oddać się w ręce policji i Niemców. Przekonałem ją, że damy radę, a spanie na schodach nie jest takie złe – opowiada. Dodaje, że najtrudniej było przetrwać w lasach w Józefowie. – Do dziś nie wiem, jak młody chłopak mógł przeżyć tamte czasy. Głodny, samotny, wystraszony siedziałem godzinami w lasach w ruinach żydowskich osiedli, czekając na matkę, która próbowała zdobyć coś do jedzenia. Raz w nocy do naszego schroniska wpadł ptak. Walił bezradnie skrzydłami, próbując się wydostać na wolność. Myślałem, że to duch mojej matki próbuje przekazać mi informację o jej śmierci. Byłem pewny, że umarła – wspomina. – Całymi dniami bawiłem się w wyścigi wszy, rysując im tory wyścigowe na klepisku. Tak, miałem wszy, wszyscy mieliśmy. To była moja rozrywka, kiedy siedziałem zmarznięty w ruinach za wszelką cenę próbując przeżyć – opowiada Pan Janusz.

Edith, która spotkała Wojtyłę

Po Warszawie i Falenicy Konorski znalazł się w ośrodku Leny Küchler dla osieroconych dzieci żydowskich w Zakopanem. Tam poznał 13-letnią Edith Zierer, której pomocy udzielił przygotowujący się do święceń kapłańskich Karol Wojtyła. – Opowiadała, że wyczerpana po obozie koncentracyjnym siedziała w śniegu, bo nie miała siły iść w kierunku miasta. Pojawienie się wtedy tego młodego człowieka było dla niej niczym zstąpienie Boga – opowiada pan Janusz. Edith po wojnie wyjechała do Izraela. – Prasa nie dawała jej żyć z powodu historii z polskim papieżem. Podobno mąż nawet jej zagroził, że się z nią rozwiedzie, jeśli ta wrzawa medialna się nie uspokoi – śmieje się Konorski.

W Zakopanem po wojnie zdarzały się ataki na Żydów, dlatego komunistyczna administracja przydzieliła do ochrony sierocińca dwóch zdemobilizowanych żydowskich żołnierzy. Stamtąd Konorski wyjechał do Francji, gdzie jego rodzina miała znajomych.

W Paryżu Janusz kończy francuską szkołę, zdaje na studia architektoniczne i dostaje stypendium. – Chciałem wracać do Polski. Miałem trudności z językiem francuskim, mieszkaliśmy w kamienicy bez wody i toalety. Nie znałem takich warunków w Warszawie. Otaczający mnie Francuzi byli prostymi ludźmi. Czułem się tu bardzo samotny – wspomina swoje pierwsze lata nad Sekwaną Konorski.

W końcu się zadomawia, dostaje ciekawą i dobrze płatną pracę. Żeni się z Marokanką pochodzenia żydowskiego, rodzi im się dwójka dzieci. Rodzina Konorskich ponownie staje się częścią intelektualnej elity, tym razem Paryża. Córka Martine – poetka, muzyk, przez lata pracownica służb prasowych francuskiego rządu – nie może doczekać się przyjazdu do Warszawy i spotkania po 76 latach z rodziną Teskich. – Świetnie się czuję w tym mieście, mimo że nie znam języka polskiego – podkreśla Martine.

Wzbierająca fala

– We Francji tylko raz stałem się ofiarą antysemityzmu. W pracy mój szef mówił o Żydach uciekających jak tchórze. Zbladłem. On to zauważył i spytał z niedowierzaniem, czy sam jestem Żydem. Odpowiedziałem, że naturalnie jestem tak samo parszywy jak inni – opowiada Konorski. – Nie rozumiem, co się teraz dzieje we Francji i w innych krajach – dodaje. Jak wynika z opublikowanego w tym tygodniu badania Institut français d,opinion publique (Ifop), 34 proc. Żydów znad Sekwany czuje zagrożenie z powodu wyznawanej religii. Antysemityzm dotyka przede wszystkim młodych.

– Jest to niepokojący sygnał – komentuje wyniki badań naczelny rabin Francji Haim Korsia. Na pytanie, czy Francja jest krajem antysemickim, rabin odpowiedział jednak, że nie – że problem antysemityzmu istnieje, ale „dotyczy osób i grup społecznych, a nie kraju jako całości”. W badaniu siedmiu na dziesięciu francuskich Żydów stwierdziło, że przynajmniej raz w życiu było ofiarą aktu antysemickiego. Prawie dwie trzecie z nich spotkało się z atakami werbalnymi, a prawie jedna czwarta została napadnięta. Przypadki agresji najczęściej zdarzają się na ulicach, lecz także w szkołach i w pracy.

Badanie Ifop potwierdzają dane francuskiego ministerstwa spraw wewnętrznych. Według jego ostatniego raportu liczba zgłoszonych spraw o charakterze antysemickim wzrosła w 2018 r. o 74 proc. w porównaniu z 2017 r. (z 311 do 541). W ostatnich tygodniach we Francji doszło do aktów wandalizmu na żydowskich cmentarzach. Na początku grudnia zbezczeszczono ponad sto grobów na cmentarzu niedaleko Strasburga, a miesiąc później w Bajonnie.

– Tendencje antysemickie wychodzą zarówno ze strony francuskiej skrajnej prawicy, jak i skrajnej lewicy. Zwolennicy antysyjonizmu i islamizmu ponownie szukają jakiegoś kozła ofiarnego, którego można by obwiniać o złą sytuację gospodarczą, nierówności społeczne czy spisek – mówi Konorski. – Ludzie zwykle prześladują innych, bo uważają ich za gorszych. Wydaje mi się, że Żydów prześladują ci, którzy sami czują się gorsi. To jakiś nasz paradoks – dodaje. 

Ludzie zwykle prześladują innych, bo uważają ich za gorszych. Wydaje mi się, że Żydów prześladują ci, którzy sami czują się gorsi – mówi Janusz Konorski

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.