Tunezyjczycy głosują w niedzielę w drugiej turze wyborów prezydenckich, w której zmierzą się konserwatywny profesor prawa Kais Saied i oskarżony o pranie pieniędzy potentat medialny i biznesmen Nabil Karui, niedawno zwolniony z aresztu.
Reklama

Agencja AFP zwraca uwagę, że do drugiej tury dostali się kandydaci będący dokładnie na przeciwnych biegunach - z jednej strony surowy konstytucjonalista 61-letni Saied, a z drugiej 56-letni biznesmen Karui.

Jako że żaden z nich nigdy nie pełnił urzędu publicznego wynik uzyskany w pierwszej turze był niespodzianką - podkreśla AFP. Pierwsza runda wyborów prezydenckich odbyła się 15 września i wygrał w niej Saied, uzyskując 18,4 proc. głosów, a Karui - 15,5 proc. Obaj pokonali ponad 20 kandydatów.

Karuiemu pozwolono na start w wyborach, ponieważ nie został jeszcze osądzony. Biznesmen zaprzecza zarzutom o pranie pieniędzy i uchylanie się od płacenia podatków. Tunezyjski sąd apelacyjny zwolnił go z aresztu 9 października, aby mógł poprowadzić swoją kampanię przed niedzielnym głosowaniem. W areszcie Karui przebywał od 23 sierpnia.

Komentatorzy podkreślają, że kandydaci reprezentują całkowicie odmienne systemy wartości. Były emerytowany wykładowca prawa Saied mieszka w dzielnicy klasy średniej, w zaniedbanym mieszkaniu w centrum miasta. Proponuje radykalną decentralizację władzy i rewolucję na drodze prawnej. Podejmuje hasła z czasów arabskiej wiosny z 2011 roku, wzywając do oddania władzy ludowi, ale pozostaje legalistą.

Jego rywal jeździ luksusowymi samochodami i mieszka w pięknym domu na eleganckich przedmieściach Tunisu. Karui, który założył wraz z bratem Ghazim jeden z głównych kanałów telewizyjnych w kraju, przedstawia się jako "ojciec dużej rodziny" wyborców. Krytycy mają go za skorumpowanego populistę manipulującego telewizją i działaniami charytatywnymi, które podejmuje z uwagi na polityczne zyski. Zwolennicy widzą w nim obrońcę biedaków.

Polityk ten prezentuje się też jako przeciwnik islamizmu i oskarża Saieda, że ten jest zwolennikiem rządzącej Partii Odrodzenie (Hizb an-Nahda), która określa się jako ugrupowanie umiarkowanie islamskie. Saied twierdzi, że jest niezależny i broni rządów prawa.

Przyszły prezydent Tunezji stanie przed poważnymi problemami, z którymi nie poradzili sobie jego poprzednicy: wysokim bezrobociem (15 proc. w skali kraju, do 30 proc. w niektórych miastach), inflacją i długiem publicznym. Będzie musiał także stawić czoło silnym związkom zawodowym, które opierają się zmianom, oraz zagranicznym kredytodawcom, którzy z kolei tych zmian się domagają.

Tunezja będzie przy tym skazana na mocno podzielony parlament, gdyż wybory do Zgromadzenia Konstytucyjnego, które odbyły się 6 października, wygrała an-Nahda, a jej główna rywalka, partia Serce Tunezji Karuiego, zajęła drugie miejsce. Obie przed wyborami wykluczały wzajemną współpracę w jakiejkolwiek koalicji.

Obecne wybory prezydenckie są drugimi demokratycznymi wyborami przywódcy Tunezji od 2011 roku, kiedy masowe protesty zmusiły prezydenta Zin el-Abidina Ben Alego do ucieczki z kraju. Od tego czasu Tunezja miała dziewięć rządów. Po śmierci w lipcu 92-letniego dotychczasowego prezydenta Bedżiego Kaida Essebsiego jego obwiązki przejął na okres trzech miesięcy przewodniczący parlamentu Mohammed Ennasir. Essebsi był pierwszym demokratycznie wybranym prezydentem Tunezji od obalenia autokraty Ben Alego. W połowie września 83-letni Ben Ali zmarł na uchodźstwie w Arabii Saudyjskiej.

Do głosowania w niedzielnych wyborach uprawnionych jest siedem milionów wyborców w 11,5-milionowej Tunezji. Lokale wyborcze zostały otwarte o godz. 8 rano czasu lokalnego (godz. 9 w Polsce) i będą czynne do godz. 18 (godz. 19 w Polsce). Pierwszych sondaży należy spodziewać się pod wieczór. Na oficjalne wyniki trzeba będzie poczekać do wtorku.