Protesty w Gruzji wpisują się w trend generalnego sprzeciwu wobec zoligarchizowanego systemu władzy w państwach postsowieckich. Jego przejawy w różnej formie obserwowaliśmy kolejno w Armenii, na Ukrainie i w Mołdawii. Skutki nie będą jednoznaczne ani dla tych państw, ani dla Rosji, która nie szczędzi wysiłków, by rozbudować swoją strefę wpływów.
Reklama
Katalizatorem manifestacji było środowe wystąpienie w parlamencie w Tbilisi rosyjskiego deputowanego Siergieja Gawriłowa, który przewodzi pracom Międzyparlamentarnego Zgromadzenia Prawosławia. Co ma wspólnego komunistyczny poseł ze światowym prawosławiem, to temat na oddzielny artykuł. Gruzinów oburzyło co innego. Polityk wygłosił przemówienie z krzesła przewodniczącego parlamentu. Opozycja uznała to za prowokację, wyszła z sali, a następnego dnia zerwała kolejną sesję Zgromadzenia.
Gruzja – obok Litwy, Polski, Rumunii, Serbii i do niedawna Mołdawii – należy do krajów rządzonych przez osobę niepełniącą funkcji państwowej. W Tbilisi jest nią Bidzina Iwaniszwili. Miliarder dorobił się w Rosji, więc gdy jego Gruzińskie Marzenie w 2012 r. wygrało wybory, głośne były obawy o wzrost wpływów Kremla. Najlepszy dla Rosji scenariusz się nie sprawdził. Rządy pod patronatem Iwaniszwilego kontynuują prozachodnią linię poprzedniej ekipy Micheila Saakaszwilego i odrzucają kompromisy w sprawie Abchazji i Osetii Płd., prowincji oderwanych z pomocą Rosjan. Jednak w ostatnich latach wpływy rosyjskiego kapitału wzrosły.
Opozycja nie potrafiła przekuć w poparcie niezadowolenia z władz, związanego z wysokim bezrobociem i niskim poziomem życia. W 2016 r. Gruzińskie Marzenie zdobyło 115 na 150 mandatów w parlamencie. W 2018 r. popierana przez Iwaniszwilego Salome Zurabiszwili z 60 proc. głosów została wybrana na prezydenta. Gawriłow dał opozycji wiatr w żagle, którego ta od dawna nie czuła. Władze zostały zepchnięte do defensywy. Zurabiszwili potępiła rząd za dopuszczenie Rosjan do udziału w obradach, Iwaniszwili musiał się z tego faktu tłumaczyć, a przewodniczący parlamentu Irakli Kobachidze podał się do dymisji.
Manifestantów to jednak nie zadowoliło; ich żądania dotyczą ustąpienia całego rządu, a przynajmniej szefa MSW. To ostatnie ze względu na akcję policji w nocy z 20 na 21 czerwca. W wyniku starć rannych zostało 240 osób, w tym 80 policjantów, a 300 trafiło do aresztów. Duża liczba rannych dała Kremlowi pretekst, by podgrzać nastroje. Dla Rosji im mniej stabilni sąsiedzi, tym lepiej. Moskwa w akompaniamencie tradycyjnych oskarżeń o rusofobię zapowiedziała wstrzymanie od 8 lipca połączeń lotniczych z Gruzją.
W kraju, który 11 lat temu przeżył rosyjską inwazję, wywołało to falę spekulacji, co też ma się wydarzyć po 8 lipca. Przywódca rosyjskiej Czeczenii Ramzan Kadyrow przypomniał, że z Groznego do Tbilisi jest raptem 200 km. Pojawiły się głosy, że spadające poparcie dla Władimira Putina każe mu wywołać kolejną „małą zwycięską wojnę”. Choć takiej ewentualności nie można wykluczyć, bez poważniejszej eskalacji na razie jest ona mało prawdopodobna.
Wydarzenia w Gruzji wpisują się w oś czasu, na której pierwszym punktem była Armenia. Rok temu Ormianie pod wodzą ludowego trybuna Nikola Paszinjana zmusili do ustąpienia zabetonowaną od lat oligarchiczno-polityczną elitę z Serżem Sarkysjanem na czele. Antyoligarchiczny kontekst paradoksalnie zawierał też wybór Wołodymyra Zełenskiego na prezydenta Ukrainy większością 73 proc. głosów – mała rewolucja tym razem dokonała się przy urnie wyborczej.
Choć biznesmen z branży rozrywkowej został stworzony przez medialne imperium oligarchy Ihora Kołomojskiego, jego hasła obiecywały koniec starych elit. W Mołdawii przed tygodniem odsunięto zaś od władzy multimilionera Vlada Plahotniuca, któremu wcześniej udało się sprywatyzować instytucje państwowe. W Kiszyniowie jednak zmiana dokonała się w wyniku układu sił prorosyjskich z prozachodnimi, bez decydującego udziału ulicy.
Dla Rosji każda z tych zmian niesie i szanse, i zagrożenia. Paszinjan nie miał innego wyjścia, jak zaproponować Moskwie jakieś modus vivendi – i wybrał rezygnację z głoszonych wcześniej aspiracji eurointegracyjnych. Niedoświadczony Zełenski, uwikłany w związki z elitami z czasów Wiktora Janukowycza, może być dla niej łatwiejszym przeciwnikiem niż uparty Petro Poroszenko. W Mołdawii udział prorosyjskich socjalistów w nowym rządzie daje im szansę na sięgnięcie w kolejnych wyborach po pakiet kontrolny w parlamencie.
Ale zarazem każda z tych rzeczywistych albo potencjalnych zmian zawiera w sobie wirusa demokracji, którego Kreml panicznie się boi. W Mołdawii politycy zawarli sojusz wymierzony w niekwestionowanego dotychczas przywódcę. W Armenii do ustępstw zmusiła go ulica. Ukraińcy gremialnie wsparli lidera wykreowanego w dużej mierze z pominięciem tradycyjnych mechanizmów kampanii wyborczej. Każdy z tych scenariuszy dla Putina brzmi niczym koszmar. Nawet jeśli w części z tych państw Rosja w efekcie umocni pozycję, samych Rosjan czeka przykręcenie śruby.