Pożar Notre Dame na nowo rozniecił antyestablishmentowe emocje żółtych kamizelek. Chcą, aby elity zajęły się nimi, nie odbudową katedry.
Reklama
Przeciwni neoliberalnym ich zdaniem rządom Emmanuela Macrona Francuzi znowu wyszli na ulice. Pożar katedry Notre Dame i reakcja miliarderów gotowych odbudować katedrę rozwścieczyła ludzi, którzy domagają się w pierwszej kolejności poprawy swojego bytu. Na kryzysie korzystają partie antysystemowe i antyeuropejskie.
W minioną sobotę po raz 23. odbyły się w całej Francji demonstracje żółtych kamizelek. Paryż został sparaliżowany. Doszło do starć z policją. Najbardziej agresywni protestujący rzucali kamieniami w funkcjonariuszy i podkładali ogień pod skuterami, koszami na śmieci i – wzorem komuny paryskiej – naprędce skleconymi barykadami. W miarę szybko reagowała straż pożarna. Z użytku wyłączono kilka linii metra, w tym jedynkę, bardzo obleganą w wielkanocny weekend przez turystów.
Policjanci próbowali zepchnąć demonstrujących w stronę Placu Republiki, bo władze wydały pozwolenie na zorganizowanie tam wiecu. Natomiast pod budynkiem Ministerstwa Sprawiedliwości użyto gazu łzawiącego, żeby nie doszło do jego podpalenia. W sumie zatrzymano 126 osób. W innych miastach protesty miały znacznie spokojniejszy przebieg. Minister spraw wewnętrznych Christophe Castaner powiedział potem dziennikarzom, że służby informowały go, iż w metropoliach protesty mogą zostać zdominowane przez osoby skłonne do wandalizmu i przemocy.
– Pożar katedry obudził miliarderów, którzy zaczęli szukać między poduszkami swoich wytwornych sof, czy nie zgubiły im się tam jakieś niepotrzebne drobne, jakie można teraz widowiskowo poświęcić na ochronę francuskich dziedzictwa i tożsamości – mówi DGP Suzanne Dacheville, która pisze właśnie doktorat z antropologii. – To dla wielu ludzi obrzydliwe, bo owi bogacze są właścicielami firm, gdzie panują bardzo złe warunki zatrudnienia. Przypomina się powiedzenie, niesłusznie przypisywane Marii Antoninie, że jak lud nie ma chleba, to niech je ciastka – dodaje.
I rzeczywiście: historyczno-literackie odniesienia zdominowały protesty żółtych kamizelek w miniony weekend. Najbardziej sugestywny był chyba transparent z napisem „Victor Hugo dziękuje szczodrym sponsorom za ratowanie Notre Dame i proponuje, żeby sypnęli też groszem nędzarzom”. To nawiązanie do dwóch wielkich powieści romantycznego pisarza, czyli historii garbatego dzwonnika z „Katedry Najświętszej Marii Panny” oraz głodnej paryskiej biedoty i jej buntu z „Nędzników”.
Coraz większe rozwarstwienie w dochodach oraz upadek wiary w społeczną sprawiedliwość i możliwość awansu wzmacniają we Francji pozycję sił antyestablishmentowych. O ironio, na pożarze Notre Dame najwięcej stracił Emmanuel Macron. Jego poparcie już powoli rosło, protesty kamizelek słabły, Pałac Elizejski był przygotowany do ogłoszenia planu reform, aż tu nagle zdarzyła się tragedia, na którą zareagowały bierne wobec kryzysu społecznego elity i lud wobec tego znowu się zbuntował.
Nie kiełkuje z tego na razie żadna spójna siła polityczna. Z odpływu poparcia od prezydenckiego ruchu Naprzód Republiko, socjalistów i postgaullistowskich republikanów korzysta zarówno lewicowa Francja Nieuległa Jeana-Luca Mélenchona, jak i skrajnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen. Obie partie są, chociaż w różnym stopniu, krytycznie nastawione do Unii Europejskiej. Ci pierwsi chcą reform brukselskiego systemu, drudzy – francexitu. Ich zwycięstwa w nadchodzących wyborach do Parlamentu Europejskiego obawia się nie tylko Macron, ale też Angela Merkel i jej kandydat na szefa nowej Komisji Europejskiej Manfred Weber oraz pretendujący do tego stanowiska z ramienia Europejskich Socjalistów i Demokratów Frans Timmermans.
– Żółte kamizelki to nasza francuska wersja dwóch wcześniejszych amerykańskich ruchów buntowniczych, czyli Occupy Wall Street i Tea Party – mówi Dacheville. Tyle że w Stanach Zjednoczonych obydwa ruchy stroniły od siebie jak od ognia. Ci pierwsi identyfikowali się z europejską lewicą, protestowali przeciwko Barackowi Obamie, który nie uzdrowił systemu bankowego, a w 2016 r. pokładali nadzieje w Berniem Sandersie. Drudzy krytykowali 44. prezydenta z pozycji mocno prawicowych i zarzucali mu, że odbiera Ameryce jej prawdziwą tożsamość.
Wiele wskazuje na to, że gilets jaunes (żółte kamizelki) łączą we Francji obydwa żywioły.
– 30 lat temu w Paryżu odbywały się protesty na znak poparcia dla polskiej Solidarności. I razem szła w nich zarówno związkowa lewica, która popierała ich zdaniem socjalistyczną rewolucję w autorytarnym państwie, jak i prawica, dla której Solidarność była symbolem liberalizmu i wolności w świecie komunistycznym. Teraz znowu się jednoczą. Chociaż – jak mówią – nie przeciwko zewnętrznemu wrogowi, a wewnętrznemu. To neoliberalny prezydent Macron, który wygrał dzięki zapleczu w postaci bankierów – podsumowuje Dacheville.