Niemal bez echa w Polsce przeszła wizyta papieża Franciszka w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Tymczasem była to wizyta przełomowa. Jan Paweł II i Benedykt XVI odwiedzali państwa muzułmańskie, ale były to kraje w większości rządzone przez wojskowe, zazwyczaj świeckie dyktatury, mające znaczną mniejszość chrześcijańską i tradycję współistnienia z innymi religiami. Przede wszystkim jednak żaden z nich nie był położony na Półwyspie Arabskim.
W 2004 r. uczestniczyłem w spotkaniu z abp. Marianem Olesiem, który na przełomie lat 80. i 90. był nuncjuszem apostolskim w Iraku. Zapytany przez jednego z rozmówców, jak ocenia amerykańską interwencję w Iraku, odparł, że to fatalna decyzja. Na uwagę, że obalony przez USA Saddam Husajn był znany z drastycznego łamania praw człowieka, odparł, że jego troską nie są prawa człowieka, a chrześcijan, po czym dodał, że chrześcijanie przetrwali w Iraku 2000 lat, a nie ma pewności, czy przetrwają następne 20.
Arcybiskup Oleś był dobrym człowiekiem i księdzem, ale przede wszystkim wysoko postawionym dyplomatą Stolicy Apostolskiej. Jego słowa przytaczam, zdając sobie sprawę, że mogą być odebrane jako cyniczne, choć w rzeczywistości były wyrazem głębokiej troski nie o mało precyzyjnie zdefiniowane prawa człowieka, a o konkretne prawa konkretnych ludzi. Równocześnie w tych słowach była zawarta cała mądrość, a zarazem długoletnia perspektywa, z którą Stolica Apostolska patrzy na relacje ze światem. Kierując się taką perspektywą, Watykan zawsze prowadził własną politykę. W sensie cywilizacyjnym będąc częścią Zachodu, politycznie to samodzielny gracz, nieraz występujący przeciw działaniom Zachodu, jak w przypadku wojny w Iraku.
Po dekolonizacji prawa chrześcijan w państwach muzułmańskich najlepiej gwarantowały reżimy wojskowe czy wprost dyktatorskie. Prawdopodobieństwo fanatyzmu religijnego oficerów, którzy ukończyli Królewską Akademię Wojskową w Sandhurst w Wielkiej Brytanii czy Akademię Sztabu Generalnego im. Woroszyłowa w Moskwie, było odwrotnie proporcjonalne do ilości wypitej whisky lub wódki oraz temperamentu Brytyjek i Rosjanek będących pod urokiem przystojnych bliskowschodnich oficerów. W dłuższej perspektywie opieranie praw chrześcijan na nadziei na wieczne trwanie dyktatur było zbyt ryzykowne. Stąd zabiegi Watykanu o dialog z islamem.
Arabskie monarchie, w tym saudyjska, opierały stabilność na kompromisie z radykałami. Porozumienie sprowadzało się do tego, że elity mogły się bogacić nawet kosztem narodu, ale rząd dusz pozostawiono radykalnym islamistom. Panorama miast nad Zatoką Perską przypominała Manhattan, ale za fasadą ze stali i betonu kiełkowała nienawiść do Zachodu. Stąd 15 z 19 zamachowców z 11 września pochodziło z Arabii Saudyjskiej, a dwóch z ZEA. W odpowiedzi na zamachy USA interweniowały w Afganistanie i niemającym z zamachami nic wspólnego Iraku.
Obalenie Saddama, pomijając skutki uboczne w postaci wojny domowej i powstania Państwa Islamskiego oraz wzrostu znaczenia Iranu, oznaczało również możliwość wycofania wojsk amerykańskich z Arabii Saudyjskiej, które stacjonowały tam m.in. po to, by bronić reżimu w Rijadzie przed ewentualną agresją Iraku. Nie bez znaczenia była rewolucja łupkowa w USA i uniezależnienie się Waszyngtonu od dostaw ropy z Zatoki. Dla rodziny panującej wycofanie wojsk oznaczało, że zniknęła siła, która była cierniem w oku radykałów, ale i gwarantowała status quo. Z początku nic nie zagrażało monarchiom, bo islamistów dalej tolerowano pod warunkiem, że operowali w krajach trzecich.
Wraz z sukcesami USA w wojnie w Afganistanie i pokonaniem Państwa Islamskiego miejsc, do których można eksportować dżihadystów, było coraz mniej, a i sami dżihadyści woleli kilka żon na ziemi zamiast 40 hurys w raju, szczególnie że Amerykanie stali się skuteczni w wysyłaniu ich do niego. Wracając do domów, nie porzucali dżihadu i stawali się rosnącym zagrożeniem dla władz państw Zatoki. Równocześnie rosła presja Zachodu, by reżimy nie tolerowały już finansowania dżihadu przez własnych obywateli. Kombinacja tych elementów spowodowała, że niepisana umowa między rodzinami panującymi a dżihadystami została zerwana, a monarchie uznały, że bez otwarcia na Zachód, reform i realnej walki z fundamentalizmem mogą upaść.
W Arabii Saudyjskiej nieśmiałe reformy rozpoczęto zaraz po 11 września. Sprawy przyspieszyły po faktycznym przejęciu władzy przez następcę tronu Muhammada ibn Salmana, który zaczął odsuwać od wpływu fundamentalistów, a zarazem dał wolną rękę siłom bezpieczeństwa. Młody książę musiał pamiętać, że jedyny w historii Arabii Saudyjskiej król, którego zamordowano, stracił życie w wyniku konfliktu o modernizację państwa. Niestety, siły bezpieczeństwa zrobiły to, co zazwyczaj robią tego rodzaju organizacje spuszczone ze smyczy, czyli popełniły brutalny i głupi mord na Dżamalu Chaszukdżim.
W ZEA modernizacja była łatwiejsza, bo państwo to od zarania było bardziej otwarte na świat. Założyciel ZEA, perspektywicznie myślący szejk Zajid, realnie pragnął modernizacji. To spowodowało, że wyciągnięta ku porozumieniu dłoń Watykanu spotkała się z życzliwą reakcją. I oto po raz pierwszy głowa Kościoła katolickiego celebrowała mszę na Półwyspie Arabskim. Dążąc do kompromisu z sunnickim islamem, Watykan nie mógł narazić na szwank tradycyjnie lepszych relacji z szyitami. Tymczasem w Jemenie wojska ZEA biorą udział w prowadzonej w głównej mierze przez Arabię Saudyjską wojnie przeciw wspieranym przez Iran szyitom z ruchu Husi. Franciszek w sposób jednoznaczny wezwał do zakończenia konfliktu.
Kluczowym momentem wizyty było podpisanie wspólnej deklaracji z Ahmadem at-Tajjibem z kairskiego uniwersytetu Al-Azhar, najwyższym autorytetem sunnickiego islamu. Słowa „przyjmijcie naszych braci chrześcijan, są częścią naszych społeczności” to przełom, na który pracowały pokolenia watykańskich dyplomatów. Polska powinna uczyć się od dyplomacji watykańskiej cierpliwości, chłodnej analizy i braku złudzeń. Na przykład w polityce wschodniej, którą w Watykanie zajmują się w podobnym duchu co Bliskim Wschodem. Dlatego Watykan i tam uzyskuje efekty. Polska ich nie ma, bo myli chłodną analizę z cynizmem, a zamiast uprawiania polityki modli się o cud. Watykańscy dyplomaci również się modlą, ale nigdy na cud nie liczą.
Po raz pierwszy głowa Kościoła katolickiego celebrowała mszę na Półwyspie Arabski.