Czy była to twarz 99,6 proc. obywateli Islandii, którzy przed telewizorami oglądali mecz swojej reprezentacji z Argentyną (pozostałe 0,4 proc. zapewne było w Rosji)? A może meksykańskich kibiców, którzy podskoczyli z radości po zwycięskim golu w meczu z Niemcami tak żywiołowo, że w ich stolicy zarejestrowano dwa wstrząsy sejsmiczne? A może twarze przestępców? Mundial to przemoc domowa, której wskaźnik według badań Uniwersytetu w Lancaster rośnie w Anglii o średnio 38 proc. po porażkach Anglików na kolejnych mistrzostwach (choć wskaźnik rośnie też po zwycięstwach: o 26 proc.).
Dla mnie ciekawe jest natomiast to, co mundial mówi o Kremlu i o tak zwanym Zachodzie. Putin odniósł wielki sukces, większy, niż się spodziewałem. Rosja triumfowała nie tylko jako organizator, ale również jako drużyna. U wielu Rosjan wzmocniło się poczucie, że ich przywódca jest wszechmogący oraz że ich kraj nie jest izolowany. Społeczeństwo się zjednoczyło, niemal wszyscy zaczęli mówić „my”: „my wygraliśmy”, „my jesteśmy wielcy”. Wypowiadali to samo „my”, które propaganda suflowała w przypadku Krymu czy walki z Zachodem. Jestem przekonany, że umocnienie poczucia wspólnoty było głównym celem Putina. Osiągnął go. Rosjanie stanęli w jednym szeregu. Mało kto w Rosji bojkotował mundial. Nawet lider opozycji Aleksiej Nawalny tego nie zrobił. Zamiast tego relacjonował swoje wieczory przed telewizorem, twittując na przykład: „Z nerwów zjadłem już dwie paczki czipsów. Idę po następną”.
Mistrzostw Rosji nie odebrano – choć powinna była je stracić już przed czterema laty, a w następnych latach argumentów tylko przybywało (nie tylko politycznych, ale i sportowych). Żaden spośród 31 krajów nie zdecydował się też na bojkot sportowy (co akurat uważam za słuszne). Z kolei bojkot polityczny nie przyniósł szczególnych rezultatów. Raptem kilka państw oficjalnie zdecydowało się na taki krok: w tym Wielka Brytania i Polska (a gdyby nie sprawa Skripalów, to większość z nich nie sięgnęłaby zapewne i po niego). Szereg czołowych polityków przyjechało na mecze (w tym kilku przywódców krajów unijnych, jak Emmanuel Macron, a także sekretarz generalny ONZ); Angela Merkel nie wykluczyła przyjazdu, ale plany pokrzyżowała jej kompromitacja Die Mannschaft. I co z tego, że na ceremonii otwarcia zjawiła się jedynie garstka polityków, na ogół z krajów niedemokratycznych. Dowiedziała się o tym niemal równie mała grupka zainteresowanych, a piłkarskie emocje szybko odwróciły uwagę i od tego faktu. Poza tym temperatura dyskusji o bojkocie politycznym mundialu była niska i przypominała mniej więcej dyskusję wokół podobnego bojkotu Euro 2012 na Ukrainie – a jednak reżimów Putina i Janukowycza porównać się nie da. Lista grzechów Putina jest znana. Zastanawiam się, co musiałby Kreml jeszcze uczynić, aby FIFA odebrała mu mundial lub aby chociaż czołowi zachodni politycy nie przyjechali na niego? Rozumiem, że aneksja Krymu to za mało, aby na przykład Emmanuel Macron bojkotował mundial, ale czy aneksja Podlasia lub Lubelszczyzny byłaby wystarczająca?
Reklama
Sportowo bojkotować mundial chcieli Ukraińcy. Ale się nie dostali, więc i zbojkotować nie mogli. Piękne i inteligentne plakaty krytykujące mistrzostwa stworzył ukraiński artysta Andrij Jermolenko. Przez ukraiński parlament nie przeszedł wniosek o zakazie transmisji mistrzostw. Tysiące Ukraińców pojechały do Rosji. Jaka część Ukraińców prywatnie zbojkotowała mundial, nie wiadomo. W sondzie na ukraińskim portalu Liga.net na blisko tysiąc respondentów 40 proc. zadeklarowało bojkot. Głośno zrobiło się o Ukraińcach po ćwierćfinałowym meczu Chorwacji z Rosją. Asystent trenera Ognjen Vukojević i strzelec gola Domagoj Vida opublikowali krótki filmik, w którym krzyczą „Sława Ukrainie”. FIFA ukarała Vukojevicia karą 15 tys. franków szwajcarskich, a Chorwacka Federacja Piłkarska wyrzuciła go z pracy. W odpowiedzi ukraińscy internauci zalali fanpejdż FIFA na Facebooku komentarzami, na ogół o treści właśnie „Sława Ukrainie” – ich liczba po krótkim czasie wyniosła niemal 200 tys. Szkoda, że FIFA jest tak wybiórcza: Rosjan nie była w stanie adekwatnie ukarać choćby za zbrojne przejęcie krymskich klubów piłkarskich.

Reklama
W Polsce ściany serwisów społecznościowych zaroiły się od deklaracji bojkotu – choć mam wrażenie, że wygłaszali je bardzo często niekibice. Wszyscy świadomi fani musieli zadać sobie szereg pytań. Czy oglądając mundial w telewizorze, kolaborujemy z Putinem? Czy postępujemy właściwie, jadąc do jego kraju na mecz Polaków i tam zostawiając swoje pieniądze, których część poprzez podatki może trafić do rosyjskiej armii? Czy to mundial Putina czy kibiców? Czy rezygnując z futbolu, nie dajemy sobie go odebrać? Czy powinniśmy życzyć rosyjskiej reprezentacji porażki dlatego, że jej zwycięstwa są na rękę Putinowi? Czy należy więc kibicować drużynom w kolejności wyznaczanej przez raport Freedom House, od pierwszego do ostatniego miejsca? A czy etyczne było kibicowanie reprezentacji Polski w 1982 r., w dobie stanu wojennego? A kiedy etyczne przestanie być kibicowanie polskiej reprezentacji dziś?
W najbliższych latach nie raz będziemy sobie te pytania (wymieniłem raptem kilka z wielu, zadane celowo w prowokacyjny sposób) stawiać przed obejrzeniem meczów: podczas Mistrzostw Europy 2020 rozgrywanych częściowo w Rosji i Azerbejdżanie czy podczas mundialu 2022 w Katarze. Te pytania dotyczą nie tylko piłki, ale i stosunku do autorytaryzmu w ogóle. Zadajmy je sobie, zanim pójdziemy na koncert Chóru Aleksandrowa czy nowy film Nikity Michałkowa.
Rosjanie śmiali się, że szybko odpadające potęgi – Niemcy, Argentyna czy Hiszpania – zdecydowały się na własną formę bojkotu: demonstracyjnie przegrały i opuściły Rosję. Sukces rosyjskich piłkarzy zdziwił najbardziej. Na początku mundialu tylko 66 proc. Rosjan kibicowało swojej drużynie (według Centrum Lewady). Nawet Putin nie ukrywał, że nie spodziewa się dobrego wyniku. Co ciekawe, nie zjawił się na żadnym meczu Sbornej na trybunach poza spotkaniem inauguracyjnym z Arabią Saudyjską (spotkanie odbywało się od razu po inauguracji, nie wypadało wyjść; Arabia jest słabą drużyną, szansa porażki dla Rosjan była niska). Na stadiony wysyłał Miedwiediewa – nie chciał być zapewne kojarzony z klęską narodową. A tymczasem Rosja odniosła największy w swojej historii (nie liczę ZSRR) sukces piłkarski.
Kreml pozałatwiał też kilka innych interesów. Pod osłoną mundialu rząd zapowiedział między innymi chęć podwyższenia wieku emerytalnego czy stawki VAT. Czeczeński dyktator Ramzan Kadyrow grzał się w cieple sukcesu (jeszcze przed pierwszym gwizdkiem) gwiazdy Egiptu i Liverpoolu Mohameda Salaha, któremu nadał honorowe obywatelstwo swojej republiki. I tak dalej, i tak dalej.
I jeszcze coś. W ostatnim czasie każdorazowo po wielkim sukcesie sportowym Rosjanie szybko przyćmiewają go sukcesem militarnym. Latem 2008 r. najpierw piłkarze Rosji zdobyli trzecie miejsce na Mistrzostwach Europy, a miesiąc później rosyjskie czołgi wjeżdżały do Gruzji. Na początku 2014 r. Rosjanie zachwycili w Soczi (jak się później okazało: często na wspomagaczach), a po kilku dniach zaatakowali Krym. Według tej upiornej logiki obecny sukces Sbornej powinien skłonić Estończyków, Białorusinów czy Łotyszy, aby mieli się na baczności.