Od 40 lat szczyty G7 służą pokazaniu, że państwa najbardziej rozwinięte trzymają się razem. W tym roku będzie to bardzo trudne
Reklama
Najbliższe spotkanie liderów najbardziej zaawansowanych gospodarek świata rozpocznie się w piątek w niewielkim kanadyjskim miasteczku La Malbaie. Ale zamiast zwyczajowego pokazu jednomyślności, może dojść do spotkania w formacie G6+1. Wszystko przez politykę zagraniczną Donalda Trumpa, która stawia USA w opozycji do pozostałych państw rozwiniętych. Chodzi o cła na stal i aluminium, które objęły wszystkich pozostałych członków grupy, a także porozumienie atomowe z Iranem, za którego utrzymaniem są wszyscy członkowie G7 poza USA.
Dotychczas każdy szczyt kończył się wspólnym oświadczeniem, którego treść odpowiednio wcześniej przygotowywały służby dyplomatyczne państw grupy. Obecnie nie wiadomo nawet, czy taki komunikat w ogóle zostanie wydany, ponieważ nie ma zgody co do jego treści. – Obecnie mamy tylko coś o tym, żeby być miłym dla kobiet. W porządku, ale czy to powinno być wszystko? – skarżył się kilka dni temu portalowi Politico jeden z dyplomatów zaangażowanych w przygotowanie szczytu po stronie europejskiej.
Atmosfery nie udało się rozładować za pomocą bezpośrednich kontaktów liderów. Przykładem jest choćby niedawna rozmowa telefoniczna prezydenta Francji z Donaldem Trumpem, która przybrała podobno fatalny obrót po tym, jak Emmanuel Macron zaczął krytykować politykę handlową USA. Zapytany parę dni później przez dziennikarzy o przebieg rozmowy lokator Pałacu Elizejskiego odparł, że również do dyplomacji czasami odnosi się słynne powiedzenie Ottona von Bismarcka o parówkach: ludzie nie chcieliby ich jeść, gdyby wiedzieli, jak są robione.

Reklama
Do tego dochodzą różne pomniejsze gafy, które – choć niezwiązane bezpośrednio z organizacją szczytu – nie budują atmosfery porozumienia. Chociażby niedawny komentarz nowego ambasadora USA w Niemczech Richarda Grenella, który w wywiadzie dla portalu Breibart stwierdził, że chce wspomóc europejską skrajną prawicę w walce z elitami. Chociaż nad Renem pojawiły się sugestie, żeby dyplomatę odwołać, amerykański Departament Stanu stwierdził, że jego pracownicy cieszą się wolnością słowa.
Papierkiem lakmusowym nastrojów podczas piątkowo-sobotniego spotkania może być spotkanie ministrów finansów państw G7, które zawsze poprzedza rozmowy liderów. Tym razem dyskusję zdominowała kwestia amerykańskiej polityki handlowej, a konkretnie ceł nałożonych na stal, aluminium i ich wyroby, które Waszyngton zaczął wprowadzać pod koniec marca (od 1 czerwca objęły również unijne produkty). Ministrowie finansów sześciu państw poza USA zwrócili się podczas niego do Stevena Mnuchina, żeby przekazał swojemu szefowi ich niezadowolenie z powodu niedawnych posunięć w zakresie handlu. I podpisali w tej sprawie wspólne oświadczenie.
– Pozostałe państwa są niezadowolone z posunięć Stanów Zjednoczonych w zakresie handlu i wydaje mi się, że będą chciały wspólnie zaatakować Trumpa w tej kwestii – powiedział niedawno William Reinsch z waszyngtońskiego Center for Strategic and International Studies.
To nie pierwszy raz, kiedy na tego typu spotkaniu Trump ustawia się w opozycji do reszty liderów Zachodu. Podobnie było podczas ubiegłorocznego szczytu, który odbył się we Włoszech. Prezydent USA kończył nim swoją pierwszą podróż zagraniczną, więc jego uczestnictwo na spotkaniu w miasteczku Taormina postrzegano jako test dla jego polityki zagranicznej.
Egzamin musiał wypaść fatalnie, bo od razu po powrocie z Włoch na wiecu wyborczym w Monachium Angela Merkel oświadczyła, że „Europa musi wziąć swoją przyszłość w swoje ręce”. Jakby na potwierdzenie tej tezy 1 czerwca 2017 r. Donald Trump wycofał USA z paryskiego porozumienia klimatycznego, w którym wszystkie państwa świata solidarnie zobowiązały się do walki z globalnym ociepleniem. Chociaż jeszcze podczas szczytu G7, który odbywał się 25–27 maja, prezydent wciąż się zastanawiał, co w tej sprawie począć (końcowy komunikat zresztą to odzwierciedlał).
Ubiegłoroczny szczyt odbywał się w nadziei, że ostatecznie prezydent Stanów Zjednoczonych stonuje swoją politykę zagraniczną. Na kilka dni przed włoskim spotkaniem na łamach „Wall Street Journal” ukazał się pojednawczy w tonie wspólny list szefa doradców ekonomicznych prezydenta Gary’ego Cohna i doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Herberta McMastera pod tytułem „Ameryka na pierwszym miejscu nie oznacza Ameryki samotnej”. Problem polega na tym, że ani Cohn, ani McMaster już nie pracują w Białym Domu.Prosto ze szczytu w Kanadzie Donald Trump uda się do Singapuru, gdzie 12 czerwca ma się odbyć jego spotkanie z liderem Korei Północnej Kim Dzong Unem. Tego tematu prawdopodobnie również nie uda się uniknąć w La Malbaie.