Gdyby nie interwencja Miasto Jest Nasze, ratusz warszawski uznałby, że Trasa W-Z to samowola budowlana - mówi Jan Śpiewak w wywiadzie dla Roberta Mazurka
No...
Bo wolę kaszę jaglaną niż jarmuż.
Raczej nie wiem, co to jest.
Moja dziewczyna jest fanką zdrowego jedzenia, ale ona studiuje teraz w Mediolanie, więc się marnie odżywiam.
Zdarza się, ale częściej zwykła kawa.
Chciałbym być bardziej, ale system powoduje, że trudno tu być ekologicznym. Jak widzę, że moje starannie posegregowane śmieci wrzucają potem do jednego wora i wywożą na nielegalne wysypisko na Radiowo, to nóż się w kieszeni otwiera.
Hm, mam psa i rower, używany, holenderski.
A jeździłby w kasku? Bo mi mama kupiła kask i każe jeździć w kasku.
Widocznie się wymykam stereotypowi.
Tu mnie pan ma, no chodzę na Zbawix, nie będę udawał. Chodziłem tam, kiedy była jedna knajpa, i chodzę teraz, kiedy jest to supermodne miejsce, dokąd przeniosło się życie nocne z placu Trzech Krzyży.
Ale ja mam tu po prostu najbliżej! Gdy pomieszkiwałem na placu Szembeka na Pradze, to tam chodziłem do knajp. Praga w ogóle jest fajna. Kiedy robiłem parapetówkę, przyszedł kolega, który nie znał numeru domu. Pytam go, jak trafił. „A wiesz, spytałem na ulicy, gdzie tu mieszka taki nowy, łysy i od razu powiedzieli”. Za to ich naprawdę lubię. Zresztą, co ja się będę tłumaczył – lubię plac Zbawiciela i tyle.
Ale lubię go za co innego. Tu są knajpy i drogie, i tańsze, ale są też ławki, gdzie siadają mieszkańcy, bo tu jest normalne życie. To pokazuje, jak bardzo w Warszawie brakuje takich miejsc, jak brakuje przestrzeni miejskiej, gdzie ludzie mogliby się spotykać. A to jest niesłychanie istotne, żeby tworzyć wspólnotę, bo jak ludzie mają się gdzie spotykać, to buduje się między nimi zaufanie, a jak jeżdżą z podziemnego garażu do centrum handlowego, to żadnych więzi między nimi nie będzie.
Przecież ja mówię o rzeczach oczywistych. Nie da się zrobić niczego dla ludzi, jeśli nie poczują się wspólnotą.
Zawsze taki byłem i ludzie chyba też tacy są. Warszawiacy chcą znać swoich sąsiadów, chcą znać imię swojego sprzedawcy pieczywa, chcą mieć warzywniak obok i szewca w okolicy. Wszyscy chcemy oddychać czystym powietrzem i jeździć sprawną komunikacją po mieście.
To ja powiem panu, że ogromna większość warszawiaków jest i chce być dumna ze swego miasta. Chcą znać i szanować jego historię, przeszłość, chcą czuć jego tożsamość. To szalenie ważne dla ludzi.
W Niemczech pewnie byłbym chadekiem... (śmiech) Ja chcę, by to miasto żyło, by żyli i zarabiali w nim mali przedsiębiorcy, sklepikarze, rzemieślnicy.
Pan się śmieje, ale kto zarabia na centrach handlowych? Wszyscy, tylko nie lokalne społeczności! Na tym kasę zarabiają wielkie zagraniczne korporacje, które zresztą tę kasę bez trudu wyprowadzają z Polski. I to jest właśnie nasz współczesny kolonializm.
(śmiech) Zaraz zacznę mówić o świeckim państwie i wolnościach obywatelskich, więc znajdzie pan i inną etykietę.
Nie, bo jestem normalny i nie patrzę na te partyjne afiliacje.
Szanuję Partię Razem za idealizm, niezależność i za to, że nie unikają problemów konkretnych ludzi. Jednak nie podzielam wielu ich propozycji i nie chciałbym, żeby określały mnie kwestie światopoglądowe.
Bo to nie one decydują o jakości sprawowania urzędu. Jeśli chce mnie pan połączyć z Razem, to proszę bardzo – łączy nas idealizm i wiara w to, że można zmieniać świat dookoła.
Oni widocznie nie raczą zauważyć, że tym miastem od 1994 r. – z przerwą na trzy lata Lecha Kaczyńskiego – rządzi środowisko Platformy Obywatelskiej, które wyhodowało najpierw Pawła Piskorskiego, a teraz mafię reprywatyzacyjną. Mam siedzieć cicho, skulić uszy po sobie, bo przyjdzie ktoś gorszy od nich? A kto jest gorszy od morderców Jolanty Brzeskiej, od gangu wyrzucającego ludzi na bruk?
Nie, ale ma tysiące grzechów na sumieniu i brak jej cienia refleksji, że coś jest nie tak. Wręcz przeciwnie, czują się świetnie.
To tak absurdalne, że nie wiem, jak to skomentować. On na pewno jest bardzo miłym człowiekiem...
Tylko że radykalnie różnimy się tym, po co jesteśmy w polityce. Ja jestem po to, by zmieniać rzeczywistość, on – by konserwować status quo, a ono w Warszawie jest bardzo cuchnące.
Jedną rzecz mam wyniesioną z domu – bardzo głęboką niezgodę na niesprawiedliwość. To jest coś, co mi przez całe życie wpajała matka, to jest coś, o czym mówił ojciec. Ten sprzeciw wobec niesprawiedliwości zawsze mną powodował, pchał do przodu. Ciągle słyszałem, że mam stawać po stronie słabszego.
Zaczęło się od tego, że trafiłem na Jazdów, czyli centrum Warszawy, gdzie władze stolicy chciały zburzyć stojące tam domki fińskie, pamiątkę po odbudowie Warszawy. Chcieli to zabetonować, więc rozpoczął się spontaniczny protest.
To był ten moment, kiedy wiele osób jednocześnie pomyślało: „Stop, już nie będą rozwalać naszego miasta”. Tak powstało Miasto Jest Nasze.
Zostałem radnym Śródmieścia, stało się o nas głośno i poznałem dziewczynę, która przegrała walkę o plac zabaw, bo go przejął pan M., obecnie w areszcie. Zresztą pan M. nie bawił się w przejmowanie domów z lokatorami, tylko w przechwytywanie placów, na których stawiał, co chciał. To on przejął działkę vis-a-vis Zamku Królewskiego, na placu Zamkowym, gdzie postawił biurowiec.
Powiem panu więcej, do niego należy część tunelu Trasy W-Z i gdyby nie nasza interwencja, to mógłby w każdej chwili tunel zamknąć, bo miasto uznało, że Trasa W-Z to samowola budowlana.
Tak, tak, twórczość urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz w obronie deweloperów nie zna granic. No i tak naprawdę wtedy się zaczęło, od tego placu zabaw.
Zacząłem o tym głośno mówić, protestować i zaczęli zgłaszać się do nas ludzie z Mokotowskiej, Poznańskiej, z wszystkich tych miejsc, znanych dziś z prac komisji reprywatyzacyjnej. Dla mnie to był szok. Przychodzą do mnie warszawiacy i mi pokazują krok po kroku, jak to państwo nie tylko ich nie broni, ale chce ich okraść z ich mieszkań, jak wspiera mafię, normalnych gangsterów. Zająłem się tym i musiałem zostać prawnikiem, genealogiem i oficerem śledczym w jednym. To wszystko trzeba było ogarnąć, a to nie jest bułka z masłem.
Na dzień dobry dostałem 15 pozwów, matka i ojciec się martwili, bo ta mafia się nie patyczkuje.
Rodzice się boją, że mnie może spotkać coś podobnego.
Ależ ja byłem ostatnim, do którego przyszli, za to pierwszym, który ich wysłuchał. Oni byli całkowicie opuszczeni, najpierw szli do prokuratora, który nie widział przestępstwa, potem do policji, która rozkładała ręce, wreszcie do radnych. Platforma ich olała, nie było o czym gadać, SLD to samo, bo byli z PO w faktycznej koalicji.
I to jest właśnie mój zarzut do PiS. Nie to, że Lech Kaczyński czegoś nie zrobił czy coś takiego, nie. Oni nie zrobili nic, by tym wałkom zapobiec. Ilu radnych ma PiS w całym mieście? Stu, dwustu? I co, przez ostatnich kilkanaście lat nie widzieli tych przekrętów?! To gdzie się oni uchowali?
Wystarczy znać trochę to miasto, by widzieć, że ten system musi runąć. I oby runął.
Joannę Erbel? Pamiętam.
Wie pan, ja od kilku dobrych lat pokazuję, że nie jestem wyalienowany. Bądźmy szczerzy – ofiarami reprywatyzacji nie była warszawka, inteligencja czy zamożna klasa średnia. To byli zwykli mieszkańcy. Może trzeba było kogoś takiego jak ja, właśnie z zewnątrz, kogo nie można było tak łatwo i od razu zdyskredytować jako wariata i oszołoma, by zacząć słuchać o reprywatyzacji? Przecież ja nie byłem pierwszy, byli działacze ruchów lokatorskich, ale ich zakrzyczano, że występują w swojej sprawie. A ja? Znane nazwisko, wykształcony, ludzie mówią do mnie „doktorze”, choć doktorat dopiero robię... (śmiech)
Widocznie tak, bo sprawa ruszyła.
Warszawiak.
Żyd mały. Jaki znak twój? Orzeł biały. Jestem Polakiem żydowskiego pochodzenia.
To element tradycji, związek z losami rodziny, bardziej wrażliwość niż wiara.
Moja mama jest socjologiem, historykiem, pracuje w Żydowskim Instytucie Historycznym, którego szefem był mój dziadek Szymon Datner. Z kolei jego ojciec, a mój pradziadek, był dość zamożnym kupcem w Krakowie, więc dziadek odebrał dobre wykształcenie i jeszcze przed wojną mocno zaangażował się w ruch syjonistyczny. Miał żonę i dwie córki, wszystkie zginęły, jedna z córek w powstaniu w getcie białostockim, a druga wraz z matką najprawdopodobniej w Treblince.
Szmuglował Żydów z getta i właśnie zanim wybuchło powstanie, wyszedł z jedną z grup do lasu. Nie zdołał wrócić, widział, jak płonie getto, giną jego najbliżsi. Resztę wojny spędził w partyzantce, oddziale żydowskim, uratowali się dzięki pomocy Polaków. Zresztą ci ludzie dostali później medale Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, dziadek wiele o nich pisał, wydał książkę o sprawiedliwych w 1968 r., co zostało wykorzystane w komunistycznej propagandzie antysemickiej.
O, tak! Edwarda Orłowska, wcześniej Estera Mirer, komunistką została jako nastolatka i była nią do śmierci. Przed wojną skazano ją na pięć lat więzienia, z czego ze trzy i pół roku odsiedziała. Wojnę przeżyła w Związku Radzieckim, jej mąż zginął na froncie, a roczny synek nie przeżył tych warunków.
Działaczką Ligi Kobiet, szefową wydziału kobiecego w partii. W 1953 r. straciła stanowisko, bo Bierut jej powiedział: „Towarzyszko Orłowska, nie możecie pracować w aparacie partyjnym, bo mamy w nim za dużo towarzyszy żydowskich”. Jej męża, mojego dziadka, wyrzucono z pracy i został murarzem albo brukarzem, nie wiem dobrze, ale potem znów wrócił do pracy jako historyk. Odszedł w 1989 r. jako szanowana postać, która wielokrotnie spotykała się z Janem Pawłem II.
Nic jej nie przeszkadzało, żadne szykany spadające na męża, nic. Do śmierci w 1977 r. wierzyła w komunizm.
Trzy lata temu zostałem zaproszony do TVN24 z Ireneuszem Krzemińskim, który został tam wyautowany jako mój ojciec chrzestny. To była zresztą rozmowa, która sama w sobie stała się memem. Ale ten chrzest nie powinien być chyba szokujący, jest przecież rodzina mojego ojca...
Ona jest wymieszana, bo mój dziadek Jan Śpiewak, poeta, był zasymilowanym Żydem. Z kolei moją babcią była Anna Kamieńska, poetka, z drobnej szlacheckiej rodziny z Krasnegostawu. Kiedy mój dziadek przedwcześnie zmarł na raka, to babcia bardzo pogrążyła się w religii. Tłumaczyła psalmy, Tomasza a Kempis, a jej książki „Twarze księgi” i „Książka nad książkami” są jednymi z najlepszych książek o Biblii.
To jej zadedykował on swój słynny wiersz „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...”, to o mojej babci i moim dziadku.
...to moje kontakty z Kościołem skończyły się na chrzcie. Komunia, religia – nie, tego nie było. Teraz z dziewczyną, tak jak kiedyś z tatą, obchodzę święta chrześcijańskie, ale bliżej mi do świąt żydowskich, bo w tej tradycji się wychowałem.
Ale ja wierzę w Boga, ale nie w zinstytucjonalizowane praktyki.
Nie, skądże, koszeru też nie przestrzegam. Nawet szynkę jem, choć staram się rzucić jedzenie mięsa w ogóle.
Nie, to z empatii. Miałem to już zrobić na Nowy Rok, ale jakoś się nie udało.
No jest i z przyjemnością jadłbym tylko mięso z chowu ekologicznego. Myślę, że to rozsądny kompromis. Tak jak panu mówiłem, obchodzę tylko większe święta: Pesach, Jom Kippur...
Hm... To chyba na Pesach, prawda?
Ale nie pamiętam, jak się nazywa talerz pesachowy.
Gorum?... Nie, słabo u mnie z hebrajskim. Uczyłem się, ale teraz to mówię lepiej po czesku niż po hebrajsku.
Jestem dzieckiem inteligencji, ale to się nie wiązało – już na pewno nie w latach 90., w których się wychowałem – z jakimś awansem finansowym, dobrobytem. Oczywiście nie cierpiałem biedy, ale żyłem jak wszyscy, nie elita finansowa.
Z diety radnego i honorariów. Rok temu napisałem książkę i coś tam na niej zarobiłem, dostaję za felietony we „Wprost”. Kokosy to nie są, ale na skromne życie wystarczy.
Mam jedną piątą udziałów w mieszkaniu na Mokotowie, ale mieszkam na Śródmieściu. Wychowałem się na Litewskiej, teraz wynajmuję małe mieszkanie przy placu Unii Lubelskiej. Czy to jest warszawka?
Czuję się częścią inteligenckiej tradycji, ale warszawki? To zależy od definicji. Jasne, chodziłem do liceum społecznego na Bednarskiej...
Nie będę ukrywać, że do klasy chodziłem z synem Włodzimierza Czarzastego i córką Anny Bikont... (śmiech) Trochę wyżej był Dawid Wildstein, był syn Moniki Olejnik...
Ale ja nie udaję, że nie mam takich znajomych, sam też nie wziąłem się znikąd, ludzie kojarzą mojego ojca, matkę.
Warszawka może i by chciała tak żyć, ale się nie da. Warszawka pracuje na śmieciówkach i marzy o bezpieczeństwie, stabilizacji, choćby takiej, jaką mieli ich rodzice. A warszawką jest nie dlatego, że ma tyle forsy czy czasu, ale ze względu na ten kapitał kulturowy, choćby te inteligenckie znajomości. Ot, wszystko.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu