Prezydent Miloš Zeman w drugiej turze wyborów o włos wygrał z nowicjuszem ze świata nauki Jiřím Drahošem
Reklama
Przewaga urzędującej głowy państwa nie była duża: na Zemana oddało głos 51,36 proc. wyborców, podczas gdy na Jiříego Drahoša postawiło 48,63 proc. biorących udział w plebiscycie. Nie jest to jednak wynik znacząco różny od uzyskanego przez Zemana pięć lat temu, kiedy w drugiej turze pokonał byłego szefa dyplomacji Karela Schwarzenberga, uzyskując 54,8 proc. głosów.

Reklama
W wyborczym starciu Drahošowi nie pomogło poparcie wszystkich pozostałych kandydatów z pierwszej tury, a nawet fakt, że niektórzy z nich – jak Michal Horáček i Marek Hilšer – zdecydowali się włączyć do kampanii b. prezesa czeskiej akademii nauk i jeździć z nim po kraju. Profesor najwyraźniej rozsmakował się jednak w polityce, bo już zapowiedział, że nie zamierza rezygnować z udziału w życiu publicznym i rozważa start w wyborach do senatu. Okazję będzie miał niebawem, bo na jesieni odbędą się wybory do izby wyższej czeskiego parlamentu (co dwa lata Czesi wybierają jedną trzecią senatu).
Ostrzejsza druga tura
– Przez ostatnie dwa tygodnie doszło też do intensyfikacji czarnego PR-u wokół Drahoša. W mediach społecznościowych pojawiły się m.in. pogłoski, że jest związany z masonerią, a także, że był współpracownikiem tajnej policji czechosłowackiej StB. Zresztą w jednym z wywiadów tę ostatnią plotkę uznał za najbardziej oburzającą – mówi Łukasz Ogrodnik z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Ekspert dodaje, że nie bez znaczenia dla wyniku wyborów było również to, że przed drugą turą Zeman jednak zdecydował się wziąć udział w dwóch telewizyjnych debatach, czego wcześniej odmawiał. – Wypadł lepiej w organizowanej przez prywatną telewizję Prima, gdzie każdy z kandydatów mógł zaprosić po 400 swoich zwolenników. Efekt był taki, że debatujący co chwila albo tonęli w burzy oklasków, albo pohukiwaniach. Mając na karku tyle lat doświadczenia politycznego, Zeman czuł się w takim środowisku ewidentnie lepiej od Drahoša – mówi Ogrodnik.
Zeman zdążył już zapowiedzieć, jak to jest w zwyczaju, że w pierwszą podróż zagraniczną uda się na Słowację. W następnej kolejności chciałby z kolei odwiedzić inny z krajów sąsiedzkich, ale który – tego nie zdradził. Możliwe więc jest, że zastanawia się nad podróżą do Polski, gdzie w charakterze głowy państwa już raz się pojawił – w 2013 r.
Wynik wyborów w Czechach psuje lekko szyki wszystkim, którym nie podobała się prowadzona przez Zemana polityka zagraniczna, a zwłaszcza dążenie do zbliżenia z Chinami i Rosją. W przeszłości Zeman nawoływał m.in. do zniesienia zachodnich sankcji nałożonych na Moskwę, bo jego zdaniem są nieskuteczne. – Z tego względu powodów do radości nie ma Ukraina – w przeszłości Zeman krytykował jej władze, sięgając po kremlowską retorykę, a później od takich wypowiedzi kilkukrotnie dystansował się czeski rząd – tłumaczy Jakub Groszkowski z Ośrodka Studiów Wschodnich.
– Orientacja na wschód w polityce zagranicznej prezydenta nie jest też do końca na rękę premierowi Babišowi, który jako biznesmen ma swoje aktywa (obecnie w funduszach powierniczych) ulokowane niemal wyłącznie w UE – dodaje ekspert.
Wynik wyborów będzie miał także duże konsekwencje dla czeskiej polityki. Nad Wełtawą rządzi bowiem obecnie zdymisjonowany rząd, który – z prezydenckim błogosławieństwem i w zgodzie z literą konstytucji, choć może niekoniecznie z jej duchem, może rządzić jeszcze przez 4 lata.
Wszystko przez trudności z powołaniem koalicji rządzącej. Pomimo tego, że założony jeszcze przez biznesmena Andreja Babiša ruch ANO wygrał październikowe wybory, to zebrał za mało mandatów, aby samodzielnie rządzić (87 z 200 miejsc w izbie poselskiej). Problem polega na tym, że partie, które ukończyły wybory z drugim i trzecim wynikiem – kolejno Obywatelska Partia Demokratyczna (ODS) oraz Partia Piratów – odrzucają możliwość współpracy z oskarżanym o defraudację środków unijnych premierem (w tej sprawie toczy się przeciw Babišowi śledztwo, a izba poselska pozbawiła premiera immunitetu). To oznacza, że do większości parlamentarnej ANO potrzebowałoby dwóch koalicjantów spośród mniejszych ugrupowań, tj. komuniści lub ksenofobiczna Wolność i Demokracja Bezpośrednia. Na taką konstelację kręci jednak nosem sam Babiš.
Jak prezydent z premierem
W tej sytuacji biznesmen potrzebował wsparcia Zemana i zawarł z nim taktyczny sojusz: ANO nie wystawi swojego kandydata w wyborach prezydenckich – który z pewnością odebrałby prezydentowi część głosów antysystemowo nastawionego elektoratu, być może topiąc w ten sposób jego szanse na reelekcję – a w zamian głowa państwa pozwoli partii rządzić.
Zeman wręczył więc w grudniu Babišowi nominację na premiera i zaprzysiągł jego rząd. Zgodnie z czeską konstytucją nowy gabinet potrzebuje wotum zaufania od izby poselskiej – w przeciwnym wypadku będzie się musiał podać do dymisji. W głosowaniu dwa tygodnie temu posłowie Babišowi poparcia nie udzielili, więc złożył on na ręce prezydenta dymisję.
Teraz robi się ciekawie. Teoretycznie Zeman powinien powołać nowego premiera, ale dopóki tego nie zrobi, krajem wciąż rządzi Babiš na czele „rządu w dymisji”, a ponieważ ustawa zasadnicza nie precyzuje żadnego terminu, zdymisjonowany rząd może pozostać u władzy nawet 4 lata. Zresztą większość ministrów zapowiedziała już, że zamierza kontynuować pracę – i tylko stojąca na czele resortu obrony Karla Šlechtová zapowiedziała, że nie będzie zawierać kontraktów zbrojeniowych.
– Z jednej strony taka sytuacja jest Babišowi na rękę, bo jego rząd pomimo dymisji sprawuje władzę tak jak każdy inny gabinet. Może obsadzać stanowiska w administracji i państwowych spółkach swoimi ludźmi i ma pełną kontrolę nad służbami. W takiej konfiguracji Zeman trzyma jednak Babiša w szachu, ponieważ w dowolnym momencie może zastąpić go nowym premierem – tłumaczy Groszkowski.
Polityczne zwierzę
Babiš doskonale wie, że Zeman jest do czegoś takiego zdolny, już raz bowiem dokonał podobnego manewru. Kiedy na skutek afery korupcyjnej do dymisji w 2013 r. podał się premier Petr Nečas, jego ugrupowanie – konserwatywna Obywatelska Partia Demokratyczna – zapewniało Zemana, że jest w stanie znaleźć w izbie poselskiej poparcie dla następcy. Prezydent tym się jednak nie przejął i na stanowisko szefa rządu powołał swojego sojusznika Jiříego Rusnoka (obecnego szefa banku centralnego). Tak powstały układ nie był jednak stabilny i w efekcie doszło do przyspieszonych wyborów, w których konserwatyści stracili władzę.
Zresztą biznesmen sam znalazł się maju ub.r. w centrum prowadzonej przez Zemana rozgrywki. Babiš pełnił wówczas funkcję ministra finansów w rządzie Bohuslava Sobotki. Ówczesny szef rządu chciał zatrzymać wzrost notowań założonej przez biznesmena partii ANO i zwrócić uwagę na toczące się przeciw ministrowi finansów postępowanie w sprawie wyłudzenia środków unijnych. Postanowił więc złożyć w proteście rząd do dymisji, ale prezydent Zeman zapowiedział wtedy, że przyjmie wyłącznie rezygnację szefa rządu, resztę gabinetu zostawiając w spokoju.
Zeman pozostaje więc wierny swojej wizji prezydentury, w której lokator Hradu nie ogranicza się jedynie do przecinania wstęg, ale jest aktywną siłą na lokalnej scenie politycznej. – Aby uniezależnić się od prezydenta, Babiš szuka możliwości uzyskania wotum zaufania dla swojego rządu. A Zeman nie chcąc utracić wpływu na rząd podsuwa ANO takich koalicjantów, z którymi ma najlepsze stosunki – socjaldemokratów, komunistów i ksenofobiczną SPD – tłumaczy Groszkowski. Na razie Zeman powierzył Babišowi „misję stworzenia nowego rządu”, bez mianowania go premierem. Rozmowy koalicyjne wciąż trwają, a przy okazji okaże się, na ile polityczny pazur 73-letniej głowy państwa wciąż jest ostry.