DGP
Co się z nami stało? Zdziczeliśmy czy może jego czyn zbyt nas przeraził, bo wepchnął z powrotem do kategorii krajów trzeciego świata? Przecież w tych normalnych nikt nie dokonuje samobójstwa w obronie demokracji.
Problem z informowaniem
Co państwo wiedzą o tym zdarzeniu? Coś tam, gdzieś tam, było. Jedni napisali relację, inni spytali psychiatrów, ale przecież emocji wielkich nie ma. Na czołówki gazety (poza jednym wyjątkiem) czy serwisów telewizyjnych ten news nie trafił. To nie mama Madzi, której historię telewizje relacjonowały 24 godziny na dobę, to nie Jarosław Kaczyński krzyczący z mównicy sejmowej o zdradzieckich mordach. O, to dopiero były wydarzenia. Kadry pokazywane dziesiątki razy dziennie, słowa rozebrane do naga, egzegezy w mediach, komentatorzy spierający się z uporem i zacięciem o sens, znaczenie i konsekwencje. A to? Samospalenie? Dziś, u nas? Przecież my normalny kraj (to jedna strona), przecież to nie wypada (druga). Jakby Piotr S. popełnił faux pas.
Prorządowe media jeszcze można zrozumieć, w tej narracji to „ofiara propagandy totalnej opozycji” i szaleniec, prawicowy internet też idzie po linii i nominuje Piotra S. do nagrody Darwina (antynagroda dla ludzi, których śmierć jest wynikiem głupoty). Ale pozostali? Gdy Dominika Wielowieyska, dziennikarka „Gazety Wyborczej” i TOK FM, proponuje na Twitterze, by tego „tragicznego i smutnego wydarzenia przed Pałacem Kultury i Nauki w ogóle nie rozpatrywać w kategoriach politycznych”, w głowie pojawia się wielki znak zapytania. Większy niż sam Pałac Kultury. Bo niby w jakich innych?
Symptomatycznie zatytułowano informację w branżowym serwisie Press.pl. „Dziennikarze mają problem z informowaniem o samospaleniu w centrum Warszawy”. Jaki problem? Nie mogą dotrzeć do źródeł? Embargo? Brak informacji? Nie, oni mają problem, czy o tym informować. O tym, że rząd – obojętne który – wychodzi i mówi, że zrobi, za miesiąc znów wychodzi i za dwa kolejne także – nie mają, a tu mają. Gadanie ważniejsze niż fakt? Tak właśnie wychodzi.
Największe media potraktowały ten temat per noga, przypomnijmy więc najpierw fakty. Jest czwartek, 19 października. Relacjonuje Paulina Piechna-Więckiewicz, radna Warszawy (cytat za Oko.press):
„Wychodziliśmy z kolegą z Pałacu Kultury koło godziny 16.20, mieliśmy posiedzenie rady miasta. Zobaczyłam ogień, potem dym. Myślałam, że może płonie kosz na śmieci. Ale widzę, że ktoś podbiega z gaśnicą. I wtedy zobaczyłam, że płonie człowiek. Jacyś mężczyźni próbowali gasić ogień. Ktoś wcześniejsze zadzwonił po karetkę, przyjechała może pięć minut później. Na ziemi leżały kartki, głośnik i rzeczy tego mężczyzny. Z głośnika leciała piosenka”.
Później okaże się, że ta piosenka to „Kocham wolność” Chłopców z Placu Broni.
Mężczyzna trafia do szpitala, ma poparzone 60 proc. powierzchni ciała. Gdy przyjeżdża karetka, jest nieprzytomny. Jest stan jest bardzo ciężki. Szybko okazuje się, że samospalenia dokonał Piotr S. Pochodzi z Niepołomic, ma 54 lata. Przygotował się. Do Warszawy przyjechał pod pretekstem szkolenia. W czwartek o godz. 15.30 jego syn dostał SMS z instrukcją, gdzie jest list pożegnalny. Piotr S. zostawił listy dla każdego członka rodziny z osobna. Ale też zostawił manifest.
Jeśli sami go państwo w internecie nie znaleźli, to w dużych mediach o nim nie usłyszeliście. Jest jednoznaczny, konkretny, ścisły. To nie są wynurzenia wariata. Piotr S. w 15 punktach tłumaczy, dlaczego zdecydował się na ten czyn. Wymienia: w proteście przeciwko ograniczaniu przez władze wolności obywatelskich, łamaniu zasad demokracji, zniszczeniu Trybunału Konstytucyjnego i niszczeniu systemu niezależnych sądów, łamaniu konstytucji, marginalizowaniu Polski na arenie międzynarodowej, niszczeniu przyrody, w tym Puszczy Białowieskiej, dzieleniu społeczeństwa i pogłębianiu tych podziałów, nadmiernej centralizacji państwa, wrogiemu stosunkowi do imigrantów oraz mniejszości, obrzucaniu błotem i niszczeniu autorytetów, ubezwłasnowolnieniu telewizji publicznej.
Pisze także, iż chciałby, „żeby prezes PiS i cała PiS-owska nomenklatura przyjęła do wiadomości, że moja śmierć bezpośrednio ich obciąża.”
Co o Piotrze S. wiadomo? „Gazeta Krakowska” rozmawiała z jego bratem Arturem. Na pytanie, czy Piotr angażował się politycznie, ten odpowiada: – Nie. Choć poglądy miał wyraziste. Popierał prawicę, ale liberalną. W praktyce był zwolennikiem Polski otwartej na Europę. Niepokoiły go ruchy, jego zdaniem populistyczne, które izolują nasz kraj. Zawodowo m.in. pomagał samorządom pozyskiwać pieniądze z Unii Europejskiej. Poza tym prowadził szkolenia biznesowe. [Piotr] cierpiał na depresję, jak mniej więcej 30 proc. Polaków. Był to stan stabilny. To, co zrobił, nie wynikało z depresji, tylko z zimnej kalkulacji.
Brat Piotra S. ocenia, że to był akt polityczny. Mówi: „Proszę jednak zwrócić uwagę, że on protestuje przeciwko obecnym rządom, ale nie wskazuje, kogo popiera. Odnoszę wrażenie, że jego protest, w jego mniemaniu, ma doprowadzić do ponownej demokratyzacji w Polsce, ale bez żadnych gwałtownych wydarzeń. Jest w tym liście bowiem akapit, który rzadko jest cytowany: »proszę was jednak, pamiętajcie, że wyborcy PiS to nasze matki, bracia, sąsiedzi, przyjaciele i koledzy. Nie chodzi o to, żeby toczyć z nimi wojnę (tego właśnie by chciał PiS) ani nawrócić ich (bo to naiwne), ale o to, aby swoje poglądy realizowali zgodnie z prawem i zasadami demokracji. Być może wystarczy zmiana kierownictwa partii«. Moim zdaniem ten fragment jest najbardziej istotny”.
Tyle fakty. Jak się okazało, dla większości dużych mediów i społeczeństwa nieistotne. Tak bardzo, że nawet na fejsie nie poświęcamy mu uwagi. O kanapki Pawłowicz potrafimy się pożreć do krwi, Piotra S. nie zauważyliśmy.
Demokracja czy fasada
„W powietrzu było czuć zapach palącego się ludzkiego ciała; ludzkie życie spaliło się tak szybko. Za mną płakali Wietnamczycy, do których dopiero teraz tak naprawdę dotarło, co się stało. Byłem za bardzo zszokowany, aby płakać, za bardzo zdezorientowany, aby zadawać jakiekolwiek pytania i dociekać, za bardzo oszołomiony, aby o czymkolwiek myśleć. Kiedy się palił, nie poruszył nawet ani jednym mięśniem, nie wydał ani jednego dźwięku, jego zewnętrzny spokój tak bardzo kontrastował z jęczącymi ludźmi otaczającymi go”. To relacja dziennikarza „New York Timesa” Davida Halberstrama, który widział samospalenie buddyjskiego mnicha Thich Quang Duca w Sajgonie w czerwcu 1963 r. Zaprotestował w tej sposób przeciw prześladowaniu jego religii przez rząd katolickiego prezydenta Wietnamu Południowego. Wstrząsające to było wydarzenie, zdjęcie wykonane przez Malcolma Browna weszło nawet do popkultury, zespół Rage Against The Machine umieścił je na swojej najsłynniejszej płycie. Spójrzcie na nie. Taką właśnie formę protestu wybrał Piotr S.
Najprościej uznać – wariat. Z wariatem nie trzeba polemizować, wystarczy mu współczuć. Biedny człowiek. Musiał być bardzo nieszczęśliwy, jeśli zdecydował się na taki krok. Bo przecież nic innego jego postępowanie nie tłumaczy.
I tu się właśnie zatrzymajmy. A jeśli tłumaczy?
Tydzień temu na tych łamach Karolina Lewestam pisała o polsko-polskiej wojnie. A raczej o tym, że jesteśmy zakładnikami tej metafory, bo „ogromna część naszych konfliktów to zwykła demokratyczna jatka, wpisana w ten jakże piękny i frustrujący system”. W politycznej naparzance uczestniczy mniejszość, większość nawet nie głosuje, jedynie dała się sterroryzować. Może. Ale jeśli tak, dlaczego od 2005 r., czyli 12 już lat, kolejne rządy rządzą jedynie połową kraju? Najpierw PiS, potem przez 8 lat Platforma, teraz znów PiS – rozmawiają jedynie ze swoim elektoratem, resztę mając w pogardzie. Te dwie Polski mają różne wartości, instytucje, autorytety, media. Jedno je łączy – frustracja. Ale to się wymienia. Raz jedna władza gardzi moherami, szydzi z nich, aż nabierają przekonania, że to nie ich państwo, że jacyś obcy wzięli tę krainę mlekiem i miodem płynąca w jarzmo i nie ma ważniejszej sprawy, niż to jarzmo zrzucić. Potem drudzy, wyzywani od cór i synów esbeków, zdradzieckich mord i spacerowiczów gotują się przed telewizorami, marząc tylko o jednym: zetrzeć tych szaleńców w proch.
Może właśnie ta rozpacz i brak sprawczości pchnęły Piotra S. do tego czynu? Bo jeśli jesteś obywatelem drugiej kategorii, z punktu widzenia władzy nieistotnym – jak wcześniej mohery dla Platformy – to znaczy, że twojego głosu nikt nie usłyszy. Możesz położyć się na ulicy, krzyczeć, wrzeszczeć, pisać – otacza się cisza. Co może zrobić, jeśli masz przekonanie, że choćbyś nie wiem jak głośno i jak radykalnie protestował w ramach demokratycznych reguł, nie będziesz godzien, by być zaproszonym do stołu? To nie czas na rozmowy, liczą się siła i procentowe słupki.
Ważna to kwestia? Godna namysłu i dyskusji? To nie są pytania retoryczne. Nie o sam czyn Piotra S. tu chodzi, lecz jego znaczenie i symboliczny kontekst. Najważniejsze media odpowiadają: to nieistotne. One nie będą dyskutować na takim poziomie, nie wypada. Przecież można demonstrować, państwo działa, to ostry bo ostry, ale jednak konflikt polityczny w ramach demokracji.
Jest też inna odpowiedź: to sprawa istotna, ale milczymy o niej, bo uderza w nas wszystkich. W rządy Prawa i Sprawiedliwości – bo w niego został ten akt bezpośrednio wymierzony. To jemu Piotr S. wystawia antydemokratyczny rachunek, to jego bezpośrednio obarcza winą za swoje cierpienie. Ale też dla drugiej strony to niewygodne. Bo przecież 26 lat wolności (wiadomo, do czasów PiS jeno), bo demokracja, wolność, Unia Europejska, NATO, a tu okazuje się, że to fasada jedynie, że nasza demokracja na słabych nóżkach stała, bo pierwszy lepszy populista (w końcu Kaczyński to jednak nie Erdogan) potrafił ją w rok rozmontować.
Jest z aktem Piotra S. jeszcze jeden problem. Jeśli dokonał aktu czysto politycznego, zestawić go musimy innymi mu podobnymi. Wspomniany już Thich Quang Duc. Ryszard Siwiec – który spalił się proteście przeciw agresji na Czechosłowację z udziałem wojsk polskich w 1968 r. Jan Palach – dokonał tego aktu rok później z tego samego powodu. Dziś to bohaterowie walki o wolność. To co, obok nich mamy postawić Piotra S.? To by oznaczało, że porównać musimy także dzisiejszą sytuację z ówczesną. Chyba nawet opozycja ma z tym problem. A jeśli tak jest, to oznacza, że sama nie wierzy we własne gadki o końcu demokracji i nadciągającej dyktaturze.
Coś się ważnego w Polsce wydarzyło. Zamilkliśmy. Jeśli dlatego, że zbyt to dla nas trudne, jeszcze nas to trochę tłumaczy. Ale jeśli dlatego, by nie psuć sobie samopoczucia?