Autopromocja

Roman Polański: Film jest jak zapałka. Można go użyć tylko raz

Roman Polański
Roman PolańskiShutterStock
27 sierpnia 2018

– „Pianista" jest bardzo osobistym filmem. Opisuje rzeczy, które w pewnym sensie sam przeżyłem. To znaczy, że są w filmie sceny naprawdę z mojego życia. Oczywiście głównie to wspomnienia spisane przez Władysława Szpilmana, ale szczegóły i niektóre sytuacje są przeniesione dokładnie tak, jak je pamiętam z dzieciństwa w krakowskim getcie – z Romanem Polańskim o jego filmach, współpracy z Tadeuszem Łomnickim i Krzysztofem Komedą oraz przygotowywanej „Sprawie Dreyfussa" rozmawia Ryszard Jaźwiński.

Rzeczywiście trochę obawiałem się, bo nie wiedziałem jak się to wszystko między nimi ułoży. A mogły się pogryźć. Okazało się jednak, że miały ze sobą bardzo dobry kontakt już od pierwszego momentu. I ta dobra relacja utrzymała się do końca. Nie było więc żadnych przeszkód w pracy z aktorkami. Wręcz przeciwnie. Może nawet gdybym musiał więcej z nimi, czy nad nimi pracować osiągnęlibyśmy lepszy rezultat? Wszystko jednak szło tak dobrze, że ja właściwie tylko obserwowałem, co robią. Obydwie są przecież profesjonalnymi, rzetelnymi aktorkami. Zawsze były przygotowane, świetnie znały swój tekst, więc nie było problemów.

No tak, zaczęło się od Emmanuelle, bo ona mi tę książkę podsunęła mówiąc, że może jest w tym film dla mnie. Przeczytałem i pomyślałem sobie, że rzeczywiście ma rację. Nigdy nie kręciłem filmu, w którym główny konflikt rozgrywałby się między dwiema kobietami. Zawsze działo się to między mężczyzną a kobietą albo częściej nawet między dwoma mężczyznami. A tutaj tylko dwie baby, więc to było dla mnie interesujące.

To jest dwuznaczne, bo i w książce już było dwuznaczne. Nie wiadomo właściwie, czy rzeczywiście istnieje ten fizyczny pociąg jednej do drugiej, czy też ta relacja jest zupełnie pozbawiona tego elementu. Trudno jest to jednoznacznie stwierdzić. I chciałem oddać tę dwuznaczność w filmie. Także właściwie nie wiadomo, czy jest, czy też nie ma miedzy nimi jakiegoś kontaktu fizycznego, czy choćby pociągu seksualnego.

Nie, zupełnie nie. Muszę przyznać się Panu, że nie przyszło mi to do głowy. Po raz pierwszy ktoś zadał mi takie pytanie… Musiałbym się głębiej nad tym zastanowić, ale raczej nie. Jestem głęboko przekonany, że taki element nie pojawił się w moim myśleniu o Delphine.

Obsesyjne myślenie towarzyszy mi zawsze, kiedy zabieram się do kręcenia filmu. Nie opuszcza mnie nawet na sekundę. I wydaje mi się, że większość, jeśli nie wszyscy reżyserzy, mają za sobą podobne doświadczenia. Natomiast jeśli chodzi o "Prawdziwą historię" to ten motyw jest obecny już w książce. W ogóle jest w niej dużo prawdy. Autorka, Delphine de Vigan odniosła olbrzymi sukces poprzednią książką, w dużym stopniu biograficzną, bo dotyczyła jej matki, która popełniła samobójstwo. Zawarła w niej dużo osobistych wrażeń. Potem zresztą zarzucano jej, że wykorzystała w książce zdarzenia z prywatnego życia swojej matki. A to z kolei odbija się echem w kolejnej powieści, którą właśnie zaadaptowałem. I jest trochę tego w filmie. Także ona niewątpliwie miała ten szczególny stosunek do swojej pracy. Ja jednak jestem osobą z zewnątrz, z daleka, obserwuję i staram się opowiedzieć tę historię w sposób najbliższy autorce, ale jednak to nie są moje osobiste przeżycia. Mam dość duży dystans i mówiąc szczerze to mnie specjalnie nie przejmuje.

Zupełnie inny. Oczywiście "Pianista" jest bardzo osobistym filmem. Opisuje rzeczy, które w pewnym sensie sam przeżyłem. W pewnym sensie. To znaczy, że są w filmie sceny naprawdę z mojego życia. Oczywiście głównie są to wspomnienia spisane przez Władysława Szpilmana, ale szczegóły, niektóre sytuacje są przeniesione dokładnie tak, jak je pamiętam z dzieciństwa w krakowskim getcie.

To było wspaniałe doświadczenie zwłaszcza, że odbywało się, jak Pan powiedział, w niezwykłym czasie. To był może najpiękniejszy moment w historii naszego kraju, kiedy otrząsaliśmy się tutaj z komuny. Także ja to naprawdę wspaniale wspominam zwłaszcza, że sztuka miała olbrzymie powodzenie. Tadeusz Łomnicki pięknie grał. Miałem znakomitą ekipę. Ludzie się bili o bilety, więc jakżeż mogę inaczej to pamiętać?

Przyjaciel to może za dużo powiedziane. On był ode mnie starszy i już jako bardzo młody nastolatek podziwiałem go, bo był znakomitym aktorem. Grał między innymi Puka w "Śnie nocy letniej" w Teatrze Słowackiego w Krakowie. I pamiętam tę rolę do tej chwili. Bliżej poznałem Tadzia dopiero wtedy, kiedy Wajda zaangażował mnie do "Pokolenia", w którym Tadeusz zagrał główną rolę. I wtedy się z nim zaprzyjaźniłem.

Tak, ale ja tam miałem tylko epizod. Natomiast Tadeusz grał główną rolę. Ja go często widywałem, bywałem u niego jeszcze w czasach przed "Nożem w wodzie" i w czasie kręcenia tego filmu. Potem wyjechałem, miałem z nim mniej kontaktów, ale Tadzio zawsze prosił mnie, żebym od czasu do czasu wysłał mu coś ciekawego dla teatru, jeśli na taki tekst trafię. I wysyłałem mu sztuki. Między innymi "The Zoo Story" Edwarda Albee. To właśnie dostał ode mnie. I grał, podobno pięknie grał i podobno sztuka miała tu wielkie powodzenie.

Bardzo ważny przede wszystkim dlatego, że ja zaczynałem w teatrze. To było w Krakowie, w Teatrze Młodego Widza. Grałem główną rolę w "Synu pułku" sowieckiego autora Walentina Katajewa. Nie wiem czy on jest Panu znany?

Nie bardzo, co? A to ładna sztuka. Bardziej znana sztuka Katajewa to "Kwadratura koła". A nasz "Syn pułku" cieszył się olbrzymim powodzeniem, ja też miałem olbrzymie powodzenie. Do tego stopnia, że sztuka została wysłana do Warszawy na festiwal sztuk radzieckich. Takie imprezy odbywały się wtedy. W tych czasach Warszawa była zupełnie zburzona. Poza kilkoma budynkami. I to była moja pierwsza impresja ze stolicy. Pierwsza od 1939 roku, bo wtedy znalazłem się tam z moją mamą i siostrą. A niedługo później Niemcy zaczęli bombardować miasto…

No może, ale jakoś nie mam okazji grać. Mniej w każdym razie. A poza tym, kiedy mi proponują role, to zawsze zastanawiam się, czy warto uczyć się tego tekstu, czy warto na to tracić czas, przerywać pracę, na której jestem właśnie skupiony. Z tego powodu na ogół odmawiam.

Oczywiście tę z "Balu wampirów"!

Chętnie bym coś w tym stylu zrobił, ale to jest wielkie przedsięwzięcie. A poza tym miałem wtedy znakomitą relację z Gerardem Brachem, z którym pisałem scenariusz. Już niestety nie żyje. Mieliśmy to samo poczucie humoru, znakomicie nam się razem pracowało. I tego mi właśnie brakuje, żeby coś takiego ponownie zrobić. Chociaż zrobiliśmy z tego komedię muzyczną, która była nawet grana w Warszawie, w Teatrze Roma. Chyba nawet dziesięć lat, wciąż z olbrzymim powodzeniem. A w innych krajach, na przykład w Austrii, grają to już od dwudziestu lat. I wciąż mają pełne sale.

Niestety jest w niej wiele ciekawych rzeczy. Z filmem to jest jednak skomplikowana sprawa. Pamiętam, że pewien stary dystrybutor francuski egipskiego pochodzenia, który był bardzo znany we Francji powiedział mi kiedyś, że film jest jak zapałka. Można go użyć tylko raz. I miał rację. Jak coś nie wyjdzie, jak nie dojdzie do realizacji, to bardzo trudno jest później ten proces wznowić. I nie wiem, czy to ma wiele sensu…

A rzeczywiście. Zupełnie o tym zapomniałem. Jeszcze u Vangelisa zarecytowałem wiersz Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego "Spotkanie z matką". To jednak przypadek, po prostu poprosił mnie autor czy autorka, żebym to zrobił. No i zrobiłem. Bardziej dla zabawy, niż z innych powodów.

Nie, nie. Zupełnie nie. To był ich pomysł. I przy tej okazji muszę Panu powiedzieć, że Emmanuelle śpiewa teraz z podobnym zespołem tylko znacznie większym, bo ich jest chyba dziesięciu. Wykonują rock’n’roll, taki bardzo w stylu lat sześćdziesiątych, czy siedemdziesiątych. Odnoszą teraz ogromne sukcesy we Francji. W Ameryce też. Ta grupa nazywa się "The Liminanas". Ostatnio koncertowali w Londynie. Jest to trochę podobne w stylu do tego, co wcześniej robiła grupa Ultra Orange.

Tak, podoba mi się. Podoba mi się bardzo. Na pewno Krzysio by się ucieszył, gdyby to mógł usłyszeć…

Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, bo to zależy od wielu rzeczy, które nie są w tej chwili jeszcze w pełni określone. Moim zdaniem ten film powinien być robiony po francusku, z francuskimi aktorami. A początkowo miał powstać w angielskiej wersji językowej. Głównie z tego powodu, że jeszcze kilka lat temu film, który nie był nakręcony w języku angielskim nie mógł liczyć na powszechną, światową dystrybucję. Na szczęście to wszystko się zmienia i w tej chwili możemy już zrobić ten film po francusku. Przygotowujemy więc tę francuską wersję. I w pewnym sensie zaczynamy wszystko od początku. Trudno więc mi powiedzieć, kiedy ten film ostatecznie powstanie.

No właśnie o to chodzi. Wydaje mi się, że byłoby niewłaściwe robić taki film w innym języku niż francuski. W tej chwili naprawdę byłoby to trudne do zaakceptowania. Współczesny widz jest przecież już tak dobrze obeznany ze światem, z rozmaitymi krajami, jeździ, słucha, czyta. I byłoby to bardzo sztuczne, gdyby nagle Francuzi mówili w filmie po angielsku z amerykańskim akcentem. To może było dobre w Hollywood, ale kiedyś, powiedzmy od lat trzydziestych do siedemdziesiątych. Dzisiaj już nie.

To się zaostrza z wiekiem. Jak ktoś mnie o to pyta, zawsze przypominam sobie rozmowę ze Stanleyem Kubrickiem. Byłem wtedy w Rzymie, a on w Londynie oczywiście, bo w ogóle stamtąd nie wyjeżdżał. Lubił natomiast długo rozmawiać przez telefon. I właśnie w jednej z naszych rozmów pojawił się ten temat. Zapytał mnie: "Czy nie uważasz, że to jest najokropniejszy moment w naszej pracy, kiedy człowiek nie wie, co będzie robił i nie może się na nic zdecydować? Czas płynie, a ty nie wiesz, co i jak? Nie możesz zrobić skoku". Ja mu przytakiwałem, ale nie mogłem zrozumieć, o co mu chodzi. Pewnie dlatego, że w tamtych czasach, kiedy byłem młody, robiłem film po filmie. Co roku nowy film. I moi rówieśnicy również pracowali tak intensywnie. A dziś bardzo dobrze wiem, o czym on mówił. Dziś bardzo trudno mi podjąć decyzję, zrobić ten skok na głęboką wodę.

Dokładnie. I nie wiadomo, czy ten nowy pomysł jest wart czasu, który się mu poświęci. Czy to będzie dobrze przyjęte? Czy to jest na poziomie moich poprzednich wysiłków? Czy to nie spotka się z nieprzyjazną krytyką? Chociaż to akurat można jakoś przeżyć. Wiele pojawia się tego rodzaju pytań. I rzeczywiście można to porównać do pewnego rodzaju blokady twórczej, której doświadczają pisarze.

Miałbym. Niektóre filmy po prostu nie zostały ukończone, tak jak bym chciał. Były jakieś przeszkody, ograniczenia finansowe czy inne okoliczności. Na przykład "Piraci". Na pewno mógłbym znacznie poprawić "Piratów". Czasami też muzyka była kiepska i właściwie zniszczyła film.

Powiedziałbym - "Oliver Twist". W "Piratach" też w dużym stopniu muzyka jest niedobra i nie pomaga filmowi. Nie ma tego wyraźnego charakteru. Brakowało mi tam Krzysia Komedy…

Tak, "Wstręt" jest takim właśnie filmem. Budżet był przekroczony dwukrotnie, chociaż ostatecznie wyniósł tylko 91 tysięcy funtów. Za to dzisiaj niewiele można byłoby kupić.

Żartuje Pan?! Ograniczenia też były, ale rzeczywiście już było lepiej. Miałem trochę więcej swobody. Początkowe 40 tysięcy funtów na "Wstręt" to był nonsens zupełny. Nie można było za to nakręcić filmu, ale zabraliśmy się do tego i musieliśmy skończyć. Moi inwestorzy też musieli się w końcu na to zgodzić. I w efekcie byli bardzo zadowoleni, bo "Wstręt" odniósł duży sukces w Anglii i na świecie. Sprzedali go nawet do Hiszpanii, a w tamtych czasach w zasadzie nie było mowy, żeby taki film mógł być tam pokazany. To było przecież jeszcze za czasów generała Franco.

Cała rzecz na tym polegała, że dokręciłem nowe sceny po 40 latach. W tym filmie opowiada się o zupełnie innym świecie, gdy sport wyglądał całkowicie inaczej. Oryginalny materiał został nakręcony w 1971 roku, głównie przez mojego przyjaciela Franka Simona. Ja koniecznie chciałem wtedy zrobić film, którego bohaterem byłby Jackie Stewart, kierowca rajdowy i dwukrotny Mistrz Świata. Dokumentem jednak nie chciałem się zajmować, bo uważałem, że nie jest to moją domeną. A miałem kumpla, który był amerykańskim reżyserem filmów dokumentalnych. Wcześniej zrobił dwa dokumenty. Jeden o mnie, który powstał w czasie, gdy realizowałem "Tragedię Makbeta". A wcześniej zrobił "The Queen", film który bardzo polecam. To był dokument o nowojorskim konkursie transwestytów. Piękny film, naprawdę! Był na festiwalu w Cannes i tam poznaliśmy się właśnie. Zaproponowałem, że wyprodukuję "Weekend z mistrzem", a on będzie film reżyserował. Zrobiliśmy więc wspólnie ten dokument, wysłaliśmy go na festiwal do Berlina i zdobył tam nagrodę. Później pokazany był w telewizji, raz czy dwa razy w Anglii. I na tym się w zasadzie skończyło. A ja w ogóle zapomniałem o tym filmie. I dopiero kilka lat temu zadzwoniono do mnie z londyńskiego  laboratorium Technicoloru z pytaniem, co mają zrobić z negatywem zatytułowanym "Weekend of a Champion". Zapytali, czy mogą go zniszczyć? Powiedziałem: "Chwileczkę! Chcę zobaczyć, jak to teraz wygląda". Poprosiłem, żeby mi zrobili kopię, obejrzałem i bardzo podobał mi się ten film po latach. Postanowiłem go skończyć. Dokręciłem współczesne sceny z bohaterem filmu i tak to się wszystko skończyło.

Niewątpliwie "Pianista"!

To zawsze był i zawsze chyba będzie "Citizen Kane".

Jest jeszcze jeden film, który wywarł na mnie olbrzymie wrażenie, kiedy miałem chyba 14 lat. Grali go w kinie Apollo. I w tym właśnie kinie oglądałem "Odd man out" czyli "Niepotrzebni mogą odejść" Carola Reeda. Zawsze ten film bardzo polecam. W Krakowie były dwa piękne kina, jedno naprawdę maleńkie… I naprawdę "najlepsze te małe kina, gdzie wszystko się zapomina; że to gospoda ubogich, którym dzień spłynął źle."… Jak to kiedyś pisał Gałczyński…

Rozmawiał:

Artykuł powstał we współpracy z

Fundacja prowadzi Bazę Legalnych Źródeł, które udostępniają treści zgodnie z prawem i wolą twórców.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Źródło zewnętrzne

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Powiązane