Demokracja w III RP działała kulawo od momentu narodzin, lecz do kompletnej degeneracji przywiodły ją partie wodzowskie. Dzieło zniszczenia wspierała powszechna akceptacja faktu, że większość ugrupowań zamieniła się w organizacje rządzące się wedle autorytarnych zasad. Największą zaś zagadką pozostaje fakt, iż do tej pory nikt nie bił na alarm. Choć taka sytuacja musi w końcu doprowadzić do katastrofalnych następstw. Ich przedsmak jest już nieco odczuwalny, lecz może być dużo gorzej.
Partie wodzowskie rządzą Polską już od ponad dekady. Co by nie mówić złego o AWS czy SLD, to za czasów tych ugrupowań jednowładztwo jeszcze nie miało miejsca. Nawet gdy Leszek Miller usiłował wykreować się na kanclerza, zaś Marian Krzaklewski dyktował premierowi, co ma zrobić.
Droga ku katastrofie zaczęła się w momencie, kiedy w demokratyczne ramy III RP wkomponowały się organizacje polityczne zarządzane wedle klasycznych reguł autorytarnych. Na czele nie z liderem, który zdobywał poparcie z racji osobistych zalet, talentów i wizji przyszłości, lecz wodzem biegłym w wycinaniu wewnątrzpartyjnej opozycji. Następnie takie stronnictwa wzięły rządy, zaś wszyscy zamiast kłopotów spodziewali się, że demokracja obroni się sama, a nawet zacznie lepiej funkcjonować. Choć równie dobrze można dać etat w przedszkolu notorycznemu pedofilowi, a po wydarzeniu się tego, co nieuchronne, stwierdzić: „Ups, to się porobiło”. Ewentualnie dla spokoju sumienia wystosować do ofiar i ich rodzin gorące przeprosiny.
Sezon na partie wodzowskie, takie jak Platforma Obywatelska za czasów Donalda Tuska oraz Prawo i Sprawiedliwość po śmierci Lecha Kaczyńskiego, miał swoje apogeum całkiem niedawno. Doszło wówczas do tego, że jedynym liczącym się ugrupowaniem, w którym zachowywano demokratyczne reguły gry, było Polskie Stronnictwo Ludowe. Co ciekawe, ilekroć kongres PSL w uczciwie przeprowadzonym głosowaniu wymieniał lidera, to media wpadały w stupor. I to taki, jakby Jarosław Kaczyński powiedział coś dobrego na temat Donalda Tuska. Oto członkowie partii wymienili lidera. I ta naturalna w cywilizowanym świecie procedura wśród czołowych specjalistów komentujących zmiany na polskiej scenie politycznej budziła zadziwienie połączone z zachwytem. Że po prostu tak można. Niemal jakby kosmici wylądowali w sercu Warszawy lub Grzegorz Schetyna porwał tłum przemówieniem. Gdyby zaś Waldemar Pawlak przed kongresem wyciął wszystkich zwolenników Janusza Piechocińskiego, a potem wymusił na reszcie ludowców wykluczenie konkurenta z partii, wówczas byłoby normalnie. Łatwo sobie wyobrazić nieco zniesmaczone komentarze na szpaltach opiniotwórczych gazet: „Znów prezesem został ten, kto miał zostać”. Zniesmaczone, dla podkreślenia wyższości moralnej oraz prodemokratyczności autorów, lecz w pełni przyzwalające na przekręt. Tak jakby partia mająca szansę rządzić państwem była prywatną firmą windykacyjną z Górnej Wólki, a nie jednym z fundamentów demokracji.
Reklama
Tymczasem, przy całym obrzydzeniu, wyrażanym słowem i mową ciała przez Polaków wobec partii politycznych, nikt nie potrafi zmienić jednego – to one są kluczowymi organizacjami dla demokratycznego państwa. To one mają być owym pasem transmisyjnym przenoszącym wolę wyborców na aparat państwa (administrację, policję etc.), na priorytety w polityce wewnętrznej oraz zagranicznej. Głosując na konkretną partię, obywatel wybiera nie tylko osoby, ale też to, co ma być w jego imieniu zrobione. Wspomniany mechanizm w przypadku partii wodzowskich nie działa. Bo autorytaryzm zabija demokrację już u samych podstaw. W teorii posłowie powinni w swoim postępowaniu starać się zadowolić wyborców, ponieważ to gwarantuje im ponowny wybór. W partii wodzowskiej o wyborze decyduje jej lider. To on może usunąć z list kandydatów do parlamentu, każdego członka partii, który zgrzeszył zbyt niezależnym myśleniem bądź działaniem. Już ten drobiazg sprawia, że polityk, jeśli marzy mu się kariera, musi zadowolić nie wyborców, lecz wodza.

Reklama
Najgorszy moment dla państwa przychodzi wówczas, gdy wódz nie komunikuje jasno, co go zadowoli. Julian Zdanowski, rozmawiając w październiku 1929 r. z wykładowcą Wyższej Szkoły Handlowej Maurycym Jaroszyńskim, który obracał się w sferach rządowych, zapisał w dzienniku, iż ów: „Charakteryzuje bandę rządzącą jako ludzi chciwych władzy, ale zupełnie nie wiedzących do czego idą. Dyskusje bez końca mają zawsze na celu próbę najlepszego przewidzenia, czego chce Piłsudski”. Z czasem otoczenie Marszałka nauczyło się wysnuwać wnioski z najmniejszych drobiazgów. „Wszyscy współpracownicy Piłsudskiego pilnie śledzili, jak się do nich zwraca. Już pierwsze słowa, jakie wypowiedział, zwykle stanowiły wyraźny sygnał, czy jest z nich zadowolony. Gdy mówił do kogoś w drugiej osobie liczby mnogiej, wszystko było w porządku. Jeśli używał formalnego tytułu (na przykład pułkowniku), było to oznaką niezadowolenia. Zwrot »moje drogie dziecko« lub użycie drugiej osoby liczby pojedynczej oznaczało, że Marszałek jest szczególnie zadowolony z podwładnego” – opisuje Richard M. Watt w „Gorzka chwała. Polska i jej los 1918–1939”. To, czego chciał zwyczajny obywatel, otoczenie Marszałka, stale zajęte obserwowaniem zachowań wodza, miało w bardzo głębokim poważaniu.
Ludziom ze słabszą pamięcią dobrze przypomnieć, co wywoływało największy popłoch w szeregach PO kilka lat temu. Nie był to opór społeczny wzbudzony próbą wcielenia w życie umowy ACTA, podniesienie wieku emerytalnego czy skok na OFE. Nawet rozbicie się prezydenckiego tupolewa pod Smoleńskiem potraktowano jak marginalny incydent. Panika wybuchała wówczas, kiedy z posiedzenia rządu wybiegał ktoś z okrzykiem: „Donek się wkurzył!”. W końcu zirytowali się wyborcy, lecz de facto mogli wybierać jedynie między jedną partią wodzowską a drugą. Efekty tego stanu rzeczy będą w pełni widoczne dopiero za jakiś czas. Choć, czego się spodziewać, można dostrzec już teraz.
Czym skutkuje prawidłowość, iż każdy członek partii musi nieustannie myśleć, co zadowoli wodza, łatwo prześledzić na przykładzie Puszczy Białowieskiej. Tej samej, co to ją minister Jan Szyszko bohatersko broni przed kornikiem drukarzem, wycinając drzewa. Przy czym kornik, drzewa i inne drobiazgi są już sprawą drugorzędną. Wstrzymania wycinki zażądał od nas Trybunał Sprawiedliwości UE, a Komisja Europejska grozi połączeniem kwestii puszczy z procedurą kontroli praworządności wobec Polski. Tymczasem cała strategia polityczna prezesa PiS wobec Brukseli sprowadza się do tego, że nie wolno cofnąć się choć o krok ani też oddać nawet guzika od munduru. Bo byłoby to okazaniem słabości: eurokratom, Berlinowi, własnemu elektoratowi i Tuskowi.
A w rewolucyjnym szale dobrej zmiany miejsca na słabość nie ma. Więc nawet gdyby minister Szyszko przeżył iluminację i uznał, że wycinanie puszczy nie ma sensu, to dla zaspokojenia mniemanych pragnień wodza on tę puszczę rżnąć będzie dalej. W imię polskiej niepodległości oraz suwerenności. I jeśli zajdzie taka polityczna konieczność, to drzewa będą wysadzane w powietrze lub rozjeżdżane z czołgami. Nikt też z kierownictwa partii nie puknie się w czoło, by głośnio zauważyć, iż to całkowity absurd. Absurdem bowiem nie jest, lecz logiczną konsekwencją rządów partii wodzowskiej.
Takie rządy wytwarzają bowiem swoiste sprężenie, w którym z ludem (czy jak to się obecnie mówi suwerenem) relacje utrzymuje jedynie wódz. Ale suweren przeważnie jest podzielony, ma różne poglądy, często sprzeczne potrzeby i ogólnie rzadko potrafi działać solidarnie. Naturalnym więc jest, iż każdy wódz w końcu dochodzi do wniosku, że to on wie najlepiej, czego suwerenowi potrzeba. Po czym komunikuje to swojej partii, a w niej nikt już nie ośmieli się zaprzeczyć. Tak, krok po kroku, demokracja zamienia się w wydmuszkę, trzymającą się już tylko na tym, iż co jakiś czas są wolne wybory. Chyba że w pewnym momencie wódz spróbuje przenieść porządki zaprowadzone wewnątrz partii na cały kraj. Taka oczywista oczywistość – jak mawiał klasyk.
Tymczasem przyzwolenie na partyjne wodzostwo w mediach (a wszystkie, i te prorządowe, i opozycyjne, wręcz kipią od zapewnień, jakie są prodemokratyczne) kwitnie. Sympatyzujące z opozycją ostatnio ciągle nawołują, że ta musi wreszcie dorobić się charyzmatycznego wodza. Nie programu, wizji przyszłości Polski, struktur, uczciwych i zaangażowanych liderów. Do diabła z takimi pierdołami, konieczny jest wódz.
Jak głosi jedna z historycznych bujd, / Hen w średniowieczu żył niedobry bardzo wójt. / Gnębił poddanych, mocną trzymał straż, / Z rzadka ku ludziom swoją złą obracał twarz. / Leciały krnąbrne głowy; rach ciach ciach, / Aż w obejściach wójtowych zapanował blady strach” – śpiewał Wojciech Młynarski. Na nieszczęście mieszkańcy wsi znaleźli sobie wodza, który poprowadził ich na wójta. „Następcą został ten, co wzniecił bunt, / A gdy już poczuł pod nogami mocny grunt, / Znowu poleciały głowy: rach-ciach-ciach, / I w obejściach wójtowych nastał jeszcze większy strach” – ironizował Młynarski.
O ile media w Polsce ponoszą wielką odpowiedzialność za powszechność i trwałość przyzwolenia dla istnienia partii wodzowskich, to jednak główna wina spoczywa na ustawodawcach i warszawskim sądzie okręgowym. Konstytucja III RP oraz ustawa o partiach z 1997 r. dają olbrzymią dowolność w kwestii, jak ma wyglądać status rejestrowanego stronnictwa politycznego. Nadzorowanie szczegółów scedowano na wspominany sąd okręgowy. A jak on się sprawił? Delikatnie mówiąc – dziś dostaje to, na co sobie sam zapracował. Partię wodzowską może założyć każdy, którego stać na średnio rozgarniętego radcę potrafiącego napisać tak statut, by prezes dożywotnio pozostał prezesem. Oczywiście sąd w imię demokratycznych zasad ma prawo żądać zmian statutu, by gwarantował demokratyczne porządki w łonie partii. Ale czy aby tego żądał? Efektów nie widać.
Magazyn DGP 11.08 / Inne
Bez naprawienia tego stanu rzeczy trudno marzyć o Rzeczpospolitej, która jest dojrzałą, przyjazną wszystkim obywatelom demokracją. Ta może bezpiecznie istnieć, dopiero jeśli jej reguł muszą przestrzegać także stronnictwa polityczne, w swym życiu wewnętrznym. Inaczej stają się one dla państwa trucizną, bo rzadkością są kraje, które zbudowały pomyślną przyszłość tylko w oparciu o osobę wodza.
Ilekroć PSL wymieniał lidera, to media wpadały w stupor. Ta naturalna w cywilizowanym świecie procedura wśród specjalistów komentujących zmiany na polskiej scenie politycznej budziła zadziwienie połączone z zachwytem. Że tak można. Niemal jakby kosmici wylądowali w sercu Warszawy lub Grzegorz Schetyna porwał tłum przemówieniem.