Brytyjska premier liczyła, że przedterminowe wybory dadzą jej silniejszy mandat do rozmów z Unią Europejską, ale to Bruksela ma teraz większość atutów w ręku.
Reklama
Theresie May najprawdopodobniej uda się pozostać na stanowisku premier Wielkiej Brytanii, ale słaby wynik jej Partii Konserwatywnej w wyborach parlamentarnych powoduje, iż pozycja Londynu w negocjacjach na temat warunków wystąpienia z Unii Europejskiej znacząco osłabła.

Reklama
Przez cały weekend trwały rozmowy konserwatystów z północnoirlandzką Demokratyczną Partią Unionistyczną (DUP), od poparcia której zależy polityczna przyszłość May.
Partia Konserwatywna zdobyła w czwartek 318 mandatów – o 13 mniej, niż miała do tej pory i o osiem mniej, niż wynosi bezwzględna większość (w praktyce do bezwzględnej większości wystarczy 322, bo siedmiu deputowanych z północnoirlandzkiej Sinn Fein nie obejmie mandatów). Spośród ugrupowań, które dostały się do Izby Gmin, jedynie mająca 10 posłów DUP jest skłonna poprzeć gabinet May. Obu partiom jest zresztą po drodze ze sobą w wielu kwestiach – brexitu, przyszłości Wielkiej Brytanii, walki z terroryzmem, podniesienia kwoty wolnej od podatku czy systemu odstraszania nuklearnego Trident, choć DUP jest bardziej konserwatywna w kwestiach światopoglądowych. Jutro jej liderka Arlene Foster będzie rozmawiać na Downing Street z Theresą May, choć wszystkie dotychczasowe wypowiedzi wskazują, że porozumienie jest blisko. Nie będzie to jednak koalicja, lecz wsparcie dla mniejszościowego rządu konserwatystów. Porozumienie musi być sfinalizowane przed następnym poniedziałkiem, kiedy zbierze się nowy parlament, a królowa wygłosi mowę przedstawiającą legislacyjne plany rządu.
Parlamentarna arytmetyka zapewne będzie się zgadzać, gorzej z politycznymi realiami. Nawet przy założeniu, że współpraca konserwatystów z DUP będzie się dobrze układać, Theresę May czeka sporo problemów. To, że opozycja mówi, iż utraciła ona mandat do dalszego sprawowania władzy, jest zrozumiałe, ale niefortunna decyzja o rozpisaniu przedterminowych wyborów spowodowała, że jej pozycja we własnej partii – jeszcze trzy-cztery tygodnie temu absolutnie niepodważalna – zaczęła się chwiać. Od piątku właściwie nieustannie pojawiają się spekulacje, że w partii może zostać złożony wniosek o wotum nieufności jako liderki oraz że ochotę na jej zastąpienie miałby minister spraw zagranicznych Boris Johnson. To, że takiego wniosku na razie pewnie nie będzie, wynika z tego, iż osłabiłby partię jeszcze bardziej, a poza tym składanie go w przededniu lub tuż po rozpoczęciu negocjacji z Brukselą byłoby nieodpowiedzialne. Ale to, czy May wytrwa całą kadencję, czyli do 2022 r., jest raczej wątpliwe.
W sytuacji takiej niepewności tym bardziej trudno Londynowi będzie skutecznie negocjować warunki wyjścia z Unii. Argumentem May na rzecz wcześniejszych wyborów było to, by miała silniejszy mandat negocjacyjny, tymczasem będzie on słabszy, bo spora część posłów Partii Konserwatywnej – nie mówiąc już o opozycji – sprzeciwia się twardemu brexitowi, czyli wyjściu także z jednolitego unijnego rynku, i może dojść w tej sprawie do rebelii przeciwko premier. W tej sytuacji możliwe jest, że May będzie musiała złagodzić swoje stanowisko i szukać kompromisów z Unią, by brexit został zatwierdzony przez parlament. Z drugiej strony rośnie ryzyko chaotycznego brexitu, czyli automatycznego wyjścia z Unii w dwa lata po złożeniu notyfikacji o takim zamiarze, nawet jeśli negocjacje nie zostaną zakończone do tego czasu. Unijni negocjatorzy, zdając sobie sprawę ze słabości brytyjskiej premier, będą próbować przeforsować swoje warunki, a według May brak umowy jest lepszy niż zła umowa. Nie mówiąc już o tym, że w ciągu roku od brytyjskiego referendum, w czasie, gdy politycy Partii Konserwatywnej zaabsorbowani byli zmianami lidera, rządu i kampanią wyborczą, unijni przywódcy przygotowywali się do negocjacji. Powinny one się zacząć w przyszły poniedziałek.