Milion ludzi na ulicach, niemal trzy miesiące nieustannych protestów, w trakcie których padają zabici i ranni. System stworzony przez Hugo Cháveza może nie przetrwać nawet pięciu lat po jego śmierci.
Reklama
Magazyn 2.06. / Dziennik Gazeta Prawna
Pomniki mają to do siebie, że łatwo się je obala. Ten, który runął pod koniec ubiegłego tygodnia w niewielkim mieście La Villa del Rosario w bogatym w naftę stanie Zulia, był niewielki: salutujący Hugo Chávez miał proporcje mniej więcej 1:1. Protestujący bez trudu przełamali figurę na wysokości kolan, wystarczyło dwóch mężczyzn, żeby wywlec ją z zielonego skweru na ulicę.
Ktoś nagrał tę scenę smartfonem. Demolowaniu pomnika upamiętniającego najbardziej charyzmatycznego lidera Ameryki Łacińskiej ostatnich lat przyglądał się tłum gapiów. Gdzieś zza pleców zdyszanych demonstrantów słychać przekleństwa, sypiące się na głowę niegdysiejszego prezydenta. – Studenci zniszczyli statuę Cháveza. Oskarżają go, i słusznie, o zniszczenie ich przyszłości – komentował krążące po sieci wideo opozycyjny polityk Carlos Valero.
Scenom z La Villa del Rosario daleko do spektakularności obalania pomników Saddama Husajna 14 lat temu czy irańskiego szacha w 1979 r. Ale to może być ledwie przygrywka: fala protestów, która wezbrała w Wenezueli w drugiej połowie marca, zaczyna nabierać rozpędu i brutalności – wraz z końcem maja doliczono się już prawie 70 zabitych i niemal 13 tys. rannych. Blisko 2,5 tys. osób znalazło się za kratkami. Do tłumów na ulicach policja strzela ostrą amunicją, demonstrantów rozpędza się pałkami i chemikaliami. W kolejnych wystąpieniach następca Cháveza – prezydent Nicolás Maduro – oskarża swoich adwersarzy o kontakty z mafijnym półświatkiem. W ten sposób reżim odpowiada na masowość protestów i determinację ich uczestników. Na ulice wenezuelskich miast w ostatnich tygodniach potrafiło wyjść ponad 1,2 mln ludzi. Demonstranci są coraz śmielsi: na kręconych komórkami filmikach aż roi się od szarży uzbrojonych w koktajle Mołotowa ludzi na opancerzone pojazdy policji i wojska.
Nawet establishment boliwariańskiej rewolucji, jak Chávez opisywał swoje rządy, jest podzielony. Przeciw rewolucjonistom wystąpił m.in. były szef wywiadu Miguel Rodriguez Torres. Niegdysiejszy towarzysz Cháveza krąży dziś po kraju, krytykując zarówno Madurę, jak i opozycję, i próbując forsować jakiś rodzaj trzeciej drogi, jaką miałby pójść kraj. Torres nie ukrywa prezydenckich ambicji, co jego dotychczasowi przyjaciele z Caracas otwarcie nazywają zdradą. Z kolei syn wenezuelskiego rzecznika praw obywatelskich opublikował wideo, w którym błaga ojca o „położenie kresu niesprawiedliwości”. „Kuzynie, już dosyć! – wzywał z kolei w liście otwartym do ministra obrony Vladimira Padrinę jego krewniak Ernesto Padrino. – 80 proc. Wenezuelczyków chce wyborów jako drogi wyjścia ze śmiertelnego kryzysu gospodarczego i politycznego, jaki ogarnął nasz kraj. Wcześniej czy później Wenezuelczycy sprawią, że za to zapłacicie”.
Rządy beztalencia
Tyle że kryzys to w Wenezueli stan permanentny. Dopóki rządził Hugo Chávez, działała jego charyzma i interwencje, na jakie mógł sobie pozwolić tylko on: od nacjonalizacji przedsiębiorstw, przez manipulacje kursem waluty, rzucanie na rynek pieniędzy z eksploatacji należących do największych na świecie złóż ropy, aż po administracyjne ustalanie cen „strategicznych” towarów w sklepach. Aż do jego śmierci w 2013 r. działała mieszanka programów socjalnych, rewolucyjnej retoryki oraz jego osobistego uroku. Opozycji, wraz z jej przywódcą – Henrique’em Caprilesem Radonskim – daleko było do poparcia, jakim cieszyła się rewolucja boliwariańska.
Śmierć Cháveza oznaczała dekapitację rewolucji: nie wskazał przyszłego sukcesora, a za jego plecami buldogi na całego – i Nicolas Maduro, w przeszłości kierowca autobusów i lider związkowy, wcale nie wydawał się murowanym kandydatem na następcę. Jako wiceprezydent zdołał jednak postawić na swoim, być może dzięki poparciu tych „rewolucjonistów”, którzy woleli dyskretnie rządzić zza jego pleców. Tyle że nawet figurant potrzebuje choć odrobiny uroku, a Maduro jest pod tym względem beztalenciem. Do pospiesznie zorganizowanych po śmierci komendanta wyborów dawny związkowiec podchodził z 20-procentową przewagą nad Caprilesem. W kilka tygodni roztrwonił przewagę do 2 proc. – wygrał o włos, dając opozycji okazję do zarzutów o wyborcze fałszerstwa. Zarządzony przez władze audyt był farsą: głosy ponownie przeliczano, ale bez sprawdzania podpisów i odcisków palców wyborców. Wybuchły zamieszki, w których zginęło dziewięć osób. – Śmierć nakazana przez faszystowskiego mordercę Caprilesa nie może pozostać bez kary – grzmieli towarzysze Madury. – Capriles to intelektualny autor zbrodni. Przygotowujemy dla siebie celę, bo musisz za nie zapłacić. Jedyna dobra wiadomość dla ciebie, Capriles, jest taka, że więzienie, jakie cię czeka, to nie to samo więzienie, które odziedziczyliśmy po poprzednich ekipach – zapowiadał minister więziennictwa.
Wojowniczość jednak nie ratowała pogrobowców Cháveza. Caracas już w jego czasach należało do najniebezpieczniejszych miast globu, do tego doszło w kolejnych latach całkowite załamanie gospodarki, kontakty Wenezueli nawet z sojusznikami takimi jak Iran czy Białoruś uległy zamrożeniu. W 2014 r. przez kraj przetoczyły się kolejne gwałtowne manifestacje, a pod koniec 2015 r. władza zaczęła się wymykać rewolucjonistom z rąk – opozycja pod wodzą Caprilesa przechwyciła 110 miejsc w 167-osobowym Kongresie. Maduro odpowiedział oskarżeniami o „ekonomiczną wojnę”, jaką mieli mu wypowiedzieć jego adwersarze. Powstał układ podobny do tego, jaki jest w USA – gdy Kongresem rządzi partia przeciwna prezydentowi. Władza pozostaje w rękach Madury, ale rządzenie jest już utrudnione.
Kolebka w ogniu
Jak się łatwo domyślić, taki status quo nie odpowiada nikomu. Opozycja zaczęła podkręcać tempo wydarzeń już na początku tego roku, organizując protesty z zaskoczenia. Tak stało się np. w styczniu, kiedy – bez zapowiedzi, by uniknąć interwencji oddziałów prewencyjnych – na jednej z kluczowych autostrad pojawiło się kilkuset zwolenników Caprilesa, blokując ruch i eksponując transparenty z hasłem „Wybory – teraz”. W ślad za tym miały pójść kolejne podobne akcje.
Odpowiedź Madury była pozbawiona finezji. Najwyższy Trybunał Sprawiedliwości Wenezueli pod koniec marca po prostu odebrał opozycyjnym parlamentarzystom immunitet i przejął uprawnienia parlamentu. W ciągu kilkunastu godzin na ulicach już wrzało i nawet odwołanie 1 kwietnia decyzji trybunału nie zażegnało sporu.
19 kwietnia przeciwnicy rządu urządzili Madurze pokaz siły: Matkę Wszystkich Protestów, jak ochrzciła tę demonstrację opozycja. Z 26 kierunków pod biuro wenezuelskiego rzecznika praw obywatelskich ściągnęły setki tysięcy demonstrantów. Nie minęły nawet dwie godziny protestu, jak na jego uczestników spadły pojemniki z gazem łzawiącym – jak twierdzili potem świadkowie, wystrzeliwane wprost w ludzi. Na ulicach pojawili się też zwolennicy rządu, spontanicznie lub nie, przyczyniając się do zamętu. O drugiej po południu padła pierwsza ofiara śmiertelna, wkrótce – kolejne. Zamęt się potęgował, a przy okazji padały rekordy: statystycy twierdzą, że tego dnia na ulicach Caracas było 1,2 mln osób, co oznaczałoby największą demonstrację w historii kraju. We wszystkich miastach w protestach przeciwko ekipie Madury miało uczestniczyć 6 mln Wenezuelczyków.
Od tamtej pory chaos trwa, nawet jeżeli manifestacje mają nieco mniejszą skalę. Próbując ocalić władzę, Maduro sięga po coraz bardziej desperackie chwyty – o ironio – tylko podsycając gniew rodaków. 1 maja zapowiedział, że parlament zostanie zastąpiony przez nadzwyczajne zgromadzenie, którego członkowie mieliby być najprawdopodobniej wskazani przez jego ekipę. Przy okazji miałoby zostać powołane zgromadzenie konstytucyjne – rzecz jasna, kontrolowane przez spadkobierców rewolucji boliwariańskiej – które napisałoby nową ustawę zasadniczą. Oznacza to nie tylko ukształtowanie ustroju pod dyktando chávistów, ale też de facto anulowanie zaplanowanych na przyszły rok wyborów prezydenckich. A w dalszej perspektywie rządy niegdysiejszego kierowcy zarówno w okresie tego swoistego legislacyjnego bezkrólewia, jak i zapewne ze dwie kadencje w nowym ustroju.
Symboliczną kropkę nad i postawili mieszkańcy Barinas – miasta, w którym mieszkał i dorastał Chávez, będącego swoistą kolebką rewolucji. 22 maja, po tym jak od kul Gwardii Narodowej padli kolejni zabici, nawet w Barinas wybuchły zamieszki: splądrowano siedzibę partii chávistowskiej i lokalną komendę policji, z dymem poszedł nawet rodzinny dom Hugona Cháveza. Dawni sąsiedzi „komendanta rewolucji” zaatakowali z takim żarem i furią, że zaniepokojenie wyrazili nawet liderzy opozycji – oddolny protest w Barinas kompletnie odwrócił uwagę Wenezuelczyków od zaplanowanego przez nich protestu.
Narkowiceprezydent
Na dodatek, zapewne uprzedzając krytykę ze strony sąsiadów Wenezueli, 26 kwietnia Maduro ogłosił wyjście kraju z Organizacji Państw Amerykańskich. Ten ostatni ruch to zresztą klasyczny foch. W kwietniu przewodniczący organizacji, pochodzący z Urugwaju Luis Almagro, ostrzegł wenezuelskiego prezydenta, że staje się „kolejnym żałosnym dyktatorem”. Kilka państw członkowskich zażądało specjalnej sesji poświęconej sytuacji w Wenezueli. – To agent CIA, zdrajca od wielu lat – odpowiedział na słowa Urugwajczyka następca Cháveza, zgłaszając wyjście Caracas z organizacji.
Byłoby śmiesznie, gdyby nie było strasznie. – On jest głupi jak koza – skwitował całą tę pyskówkę José „Pepe” Mujica, prezydent Urugwaju w latach 2010–2015 i weteran latynoamerykańskich ruchów lewicowych, cieszący się na kontynencie szacunkiem, choć ideologicznie niedaleko mu do rewolucji boliwariańskiej. – Oni tam wszyscy powariowali w tej Wenezueli. Gadają o wszystkim, a nic nie potrafią naprawić – dorzucił.
Wydają się nawet coraz bardziej pogrążać. W styczniu Maduro powołał na stanowisko wiceprezydenta – a zatem potencjalnego następcy obecnego lidera – 42-letniego Tareka El Aissamiego, polityka o korzeniach syryjsko-irackich, którego krewni próbowali kilka dekad temu organizować na terytorium Wenezueli lokalny odłam partii Baas (której odłamy rządziły Irakiem i – do dzisiaj Syrią, jej liderem jest prezydent Syrii Baszar Al-Asad). Ale to nie powiązania z bliskowschodnimi satrapami, dzisiaj zresztą już bardzo luźne, są największym zmartwieniem El Aissamiego.
– To mój przyjaciel. Jeden z jego braci oddałby mi jakąkolwiek przysługę, o jaką bym poprosił – tak swego czasu na antenie kolumbijskiej telewizji mówił o El Aissamim niejaki Walid Makled Garcia. Problem w tym, że Garcia jest znanym wenezuelskim szmuglerem narkotyków, obecnie odsiadującym wyrok z kolumbijskim więzieniu. Ostatnio podejrzenia wobec wenezuelskiego wiceprezydenta potwierdził amerykański Departament Skarbu, przypisując mu handel narkotykami na szlaku wiodącym z Kolumbii do Meksyku i zamrażając wszystkie jego aktywa na terytorium USA – majątek sięgający prawdopodobnie kilkudziesięciu milionów dolarów. „Organizował dostawy narkotyków z Wenezueli, w tym kontrolował samoloty, które opuszczały jedną z wenezuelskich baz” i „nadzorował lub częściowo posiadał ponad tonowe partie narkotyków” – podsumowali wyniki swojego śledztwa Amerykanie.
El Aissami to niejedyny członek establishmentu z Caracas, którego Amerykanie wiążą z przemytem narkotyków. W sądach federalnych na Brooklynie i Manhattanie złożono pozwy przeciwko obecnemu ministrowi spraw wewnętrznych i sprawiedliwości Nestorowi Reverolowi oraz dwóm kuzynom żony samego Madury. Ten pierwszy, jeszcze zanim przejął resort (wcześniej kierowany przez El Aissamiego), miał współpracować ze szmuglerami, ostrzegając ich przed akcjami służb antynarkotykowych, utrudniając śledztwa i biorąc za to łapówki. Robił to, kierując państwową agencją antynarkotykową. Natomiast krewniacy pierwszej damy mieli zorganizować przerzut do USA potężnej partii kokainy. Zostali aresztowani w ubiegłym roku na Haiti, skąd mieli kierować operacją.
Nowi partnerzy
Mało tego, jak ujawniły w ostatnich miesiącach amerykańskie media, wenezuelskie ambasady na Bliskim Wschodzie na potęgę sprzedawały wszystkim chętnym paszporty. Najpierw zajmowała się tym procederem placówka w Damaszku, a po 2013 r. – gdy Syria pogrążyła się w ogniu wojny domowej – dokumenty zaczęto sprzedawać poprzez biuro w Bagdadzie. Na liście „klientów” obu ambasad dominują ludzie związani z Hezbollahem – szyicką milicją z Libanu, za Atlantykiem (i w niektórych krajach europejskich) uznawaną za ugrupowanie terrorystyczne, biorącą udział w wojnie domowej w Syrii (po stronie prezydenta Asada), wspieraną finansowo przez niedawnego czołowego wroga Waszyngtonu: Teheran.
Do tego obrazka swoje trzy grosze wtrącili też śledczy z Paragwaju. Podczas nalotu na dom znanego lokalnego handlarza bronią z granicznego miasta Salto del Guairá znaleziono gigantyczną ilość wenezuelskich boliwarów. 25 ton banknotów w olbrzymiej większości o nominale 100 boliwarów zostało ukryte w workach na ubrania i rozrzucone po całym domu. Można by rzec: „Co z tego?” – banknoty o nominale 100 boliwarów zostały w grudniu wycofane z obiegu, przy panującej w Wenezueli hiperinflacji były warte mniej niż papier, na którym je wydrukowano. I tu jest pies pogrzebany: boliwary zostały wydrukowane na papierze dostarczonym przez tego samego wytwórcę, który zaopatruje amerykańskie rządowe Bureau of Engraving and Printing w papier na studolarówki. Mają ten sam format i właściwości. Dla fałszerzy jest to dziś ulubiona waluta, pozwalająca podrabiać banknoty z Benjaminem Franklinem. Gdyby zawartość worków znalezionych w Paragwaju przerobić na dolary – wyszłoby ok. 2 mld „zielonych”.
Przez ponad dekadę boliwariańskiej rewolucji władze w Caracas zdobyły też niebagatelne know-how z zakresu obchodzenia embarga: jednym z najbliższych sojuszników Cháveza był w końcu były irański prezydent Mahmud Ahmadineżad, za którego rządów Iran był obłożony amerykańskimi i ONZ-owskimi sankcjami. Wenezuelczycy przez lata spieszyli Teheranowi z pomocą, pozwalając Irańczykom działać na swoim terenie bez ograniczeń, współzakładając z nimi przedsiębiorstwa, dostarczając tego, czego zażyczyli sobie ajatollahowie.
Dziś to know-how jest używane do wspierania nowego, znacznie bardziej obiecującego od Teheranu sojusznika: Moskwy. Dygnitarze z obu krajów nawet nie próbują ukrywać, że biznesmeni i firmy z Rosji, które zostały obłożone sankcjami za wsparcie separatystów ze wschodniej Ukrainy oraz udział w aneksji Krymu, swobodnie działają w Wenezueli. Dotyczy to państwowej firmy naftowej Rosnieft, Gazprombanku (trzeciego co do wielkości banku w Rosji, związanego z Gazpromem) oraz firmy zbrojeniowej Rostec.
Przedsmak skali tej współpracy dają zapowiedzi Madury z ostatnich tygodni: gdy zamieszki w Caracas sięgnęły apogeum, prezydent zapowiedział, że uzbroi w całym kraju pół miliona ochotniczych milicjantów. Broń ma dostarczyć Rostec. Ale inne rosyjskie spółki też potrafią się odnaleźć w ekosystemie rewolucji boliwariańskiej. Rosnieft zasponsorował potężny pomnik Cháveza w miasteczku Sabaneta – gdzie urodził się twórca rewolucji boliwariańskiej i gdzie krótko mieszkał, zanim rodzina przeniosła się do Barinas.
To nieodpowiedzialne z pani strony
Nowi partnerzy handlowi nie uratują jednak wenezuelskiej gospodarki. Przez ostatnie dwie dekady rewolucja dokumentnie rozłożyła na łopatki tamtejszą ekonomię. Wydobycie ropy – fundament finansów publicznych – szczyt 3,5 mln baryłek dziennie osiągnęło w 1998 r., gdy Chávez doszedł do władzy. Potem „komendant” wyrzucił z państwowej firmy naftowej 19 tys. pracowników, wprowadzając na ich miejsce własnych – co zapoczątkowało szereg kryzysów w tamtejszych przemyśle. Gwoździem do trumny było usuwanie i zniechęcanie do inwestowania zagranicznych graczy: zyski z ropy miały trafiać do kasy państwa i smarować programy społeczne prezydenta. Pomysł może i nie taki zły – chávizm wyciągnął ze skrajnej biedy miliony ludzi – tyle że nowym administratorom sektora naftowego brakowało doświadczenia i zanim je zdobyli, ceny ropy zaczęły spadać. Dziś Wenezuela produkuje 2,25 mln baryłek dziennie i do końca roku poziom wydobycia może spaść o kolejne 20 proc.
Seria nacjonalizacji skończyła się załamaniem innych sektorów gospodarki – w tym branż odpowiadających za zaopatrzenie Wenezuelczyków w podstawowe produkty spożywcze i artykuły gospodarstwa domowego. Inflacja zaczęła bić rekordy – w 2016 r. w sumie sięgnęła 800 proc. Na zapełnienie koszyka żywnościowego dla przeciętnego gospodarstwa domowego w marcu tego roku trzeba było ponad miliona boliwarów, to szesnastokrotność płacy minimalnej.
Więc kto żyw, ten bierze nogi za pas. Wenezuelczycy na potęgę wyjeżdżają do Kolumbii, Panamy, Meksyku i Hiszpanii. W USA stali się trzecią grupą narodowościową, która stara się o wizę po Chińczykach i Meksykanach. Statystycy prześcigają się w szacunkach: w ciągu ostatnich dwóch lat z kraju wyjechać mogło nawet 1,5 mln ludzi, 12 mln nosi się z takim zamiarem (w 31-milionowym państwie).
I nic dziwnego, kto zostaje, nie ma lekko. Jak Corina, która z dwójką dzieci wracała nocą autem do domu. Bandyta dopadł ją na światłach. – To nieodpowiedzialne z pani strony jeździć takim małym samochodem po ulicach o tej porze – miał ją pouczyć rzezimieszek, zanim wyrzucił ją i jej dzieci z samochodu. Lanta dwukrotnie została napadnięta przez tego samego złodzieja w tym samym miejscu: każde z tych spotkań kosztowało ją telefon. Paradoksalnie, antyreżimowe demonstracje to jedyne chwile, kiedy Wenezuelczycy mogą się czuć nieco bezpieczniej – na co dzień siedzą pozamykani w domach, ulicami przemieszczają się w sąsiedzkich konwojach, a na murach osiedli i domów dyskretnie bzyczą przewody pod wysokim napięciem. Dziś ten syk zdaje się zwiastować koniec rewolucji boliwariańskiej.