Prezydent podczas pierwszej zagranicznej podróży uniknął wpadek, ale nie uciekł od kontrowersji związanych z jego niejasnymi kontaktami z Rosją.
Reklama
Donald Trump odwiedził Arabię Saudyjską, Izrael, Autonomię Palestyńską, Watykan oraz wziął udział w szczycie NATO w Brukseli i grupy G7 na Sycylii. Pewną kontrowersję podczas ostatniego spotkania wzbudziła jego odmowa poparcia ustaleń paryskiego szczytu klimatycznego, co jednak – znając poglądy Trumpa – wielkim zaskoczeniem nie było.

Reklama
Jednak kryzys polityczny wynikający z niejasnych kontaktów z Rosją jeszcze się pogłębił w czasie dziewięciodniowej nieobecności prezydenta w Waszyngtonie.
Przed wyjazdem głównym tematem było odwołanie szefa FBI Jamesa Comeya oraz wcześniejsze naciski, by zakończył śledztwo w sprawie rosyjskich wpływów na zeszłoroczną kampanię wyborczą. Teraz w centrum zainteresowania śledczych jest Jared Kushner, zięć prezydenta i jeden z jego najbardziej wpływowych doradców. W grudniu zeszłego roku, czyli jeszcze zanim Trump objął władzę, miał on rozmawiać z rosyjskim ambasadorem w USA Siergiejem Kislakiem na temat stworzenia tajnego kanału komunikacji między Białym Domem a Kremlem i to za pomocą rosyjskiego systemu łączności. Służąca do omawiania różnych globalnych problemów linia pozwalałaby wyłączyć z rozmów z Rosją tych członków administracji, którzy są bardziej sceptycznie nastawieni do współpracy z tym krajem.
Według nieoficjalnych informacji doradcy Trumpa intensywnie zastanawiają się, w jaki sposób opanować kryzys. Jedną z rozważanych opcji jest stworzenie wewnątrz Białego Domu tzw. gabinetu wojennego, który miałby się zajmować tylko sprawą rosyjskich kontrowersji. Takie rozwiązanie zastosował Bill Clinton w czasie skandalu wywołanego przez jego romans z Monicą Lewinsky – powołanie do zajmowania się tą sprawą specjalnego zespołu prawników, doradców i PR-owców odciążyło pozostałych pracowników administracji i pozwoliło im normalnie pracować. Gabinetem wojennym Trumpa miałby kierować główny strateg Białego Domu Steve Bannon, a w jego skład weszłyby najbardziej wojownicze osoby z początkowej fazy prezydenckiej kampanii – m.in. jej były szef Corey Lewandowski i wiceszef David Bossie, którzy zostali w pewnym momencie odsunięci na bok.
Niewykluczone, że przy okazji tworzenia takiego zespołu doszłoby do innych przetasowań w administracji.
Obecnie największe zainteresowanie budzi przyszłość Kushnera – oświadczył on, że nie ma zamiaru rezygnować, ale znamienne jest to, iż będąc głównym pomysłodawcą zagranicznej podróży Trumpa, nie towarzyszył mu w niej do końca. Wrócił wcześniej, a prywatnie ponoć przyznaje, że jest zmęczony zamieszaniem wokół własnej osoby. Zmieniony miałby zostać także cały pion komunikacji prezydenta – zarówno skład osobowy, jak i forma oraz częstotliwość briefingów prasowych. Przy okazji Trump miałby zaprzestać dzielenia się swoimi przemyśleniami na Twitterze lub jego wszystkie wpisy miałyby być wcześniej sprawdzane przez prawników.
Inną, równolegle wprowadzaną receptą na kryzys mają być częstsze podróże prezydenta po kraju i spotkania ze zwolennikami w takim stylu jak podczas kampanii wyborczej. Wreszcie sprawa mogąca przynieść potencjalnie najlepsze efekty, ale najtrudniejsza – przyspieszenie prac w Kongresie nad realizacją ważnych obietnic z kampanii. Chodzi o zniesienie wprowadzonej przez Baracka Obamę reformy systemu opieki zdrowotnej czy reformę systemu podatkowego. To wymagać będzie jednak współdziałania z kongresmanami i senatorami, a oni im bliżej wyborów (listopad 2018) do Kongresu, tym bardziej będą myśleć, w jaki sposób ratowanie Trumpa wpłynie na ich szanse na reelekcję.