Miały być zadymy, awantury i starcia narodowców z antyfaszystami. II Marsz Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce wzbudził gorące emocje. Oglądaliśmy go z bliska.
Reklama
Po jednej stronie miały stanąć siły dobra – z pacyfkami na sztandarach, prawosławni, nie-Polacy i przyjazdowe lewactwo wielkomiejskiej proweniencji, a po drugiej – narodowcy z mieczykami Chrobrego, Polacy katolicy z pałkami i racami, prawackie kibolstwo. Zdaniem policji miała być zadyma. Joanna Węcko, zastępca oficera prasowego komisariatu w Hajnówce: – To dlatego wsparły nas oddziały prewencji z Białegostoku, a łącznie na miejscu było blisko 200 policjantów, w tym 50 naszych. Spodziewaliśmy się antagonistycznie nastawionych do siebie grup, tym bardziej że zgłoszone były dwa zgromadzenia.
Towarzyszymy jednemu z nich. Jest deszczowe, zimne popołudnie. Grupy młodych i starych, tak miejscowych, jak i przyjezdnych, z szarfami lub bez. Mężczyźni i kobiety, których będę obserwować podczas II Marszu Żołnierzy Wyklętych, wyruszają spod kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego. Zwarci i zdyscyplinowani.
Rejestracja
Nie przynieśli świec dymnych, kijów, metalowych pałek, młotków, kominiarek. Nie wybuchła też żadna petarda, a wszystkie samochody z innymi niż okoliczne tablice rejestracyjne były starannie sprawdzane jeszcze przed wjazdem do miasta; kontrole potrafiły trwać nawet 45 minut. Ale i tak niczego ani nikogo nie zatrzymano.
II Marsz Żołnierzy Wyklętych był za to dość barwny – zaroiło się od flag tak biało-czerwonych (trafiła się nawet jedna z symbolem Polski Walczącej), jak i tych zielonych z Falangą. I bardzo głośny – skandowało ponad 200 osób, choć burmistrz miasta wydał decyzję o zakazie marszu. Uznał, że w tym dniu (uroczystości poprzedzające rozpoczęcie Wielkiego Postu w cerkwiach) i przy planowanej trasie (prawosławny sobór św. Trójcy) „zgromadzenie może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach”.
– Burmistrz chyba zapomniał, że jesteśmy w Polsce, a obchodzony przez nas Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, i to wszystkich żołnierzy wyklętych, to polskie święto ustanowione jeszcze w 2011 r. – oburza się Barbara Poleszuk z Hajnówki, gdzie mieszka i studiuje. Ma ze sobą parasolkę na kiju – padać będzie cały wieczór, a na marszu pojawiła się z mamą. Przekonuje, że lokalne władze (związane ze środowiskami lewicowymi) celowo nakręcają aferę, przywołując postać m.in. kpt. Romualda Rajsa „Burego” i wydarzenia z jego udziałem sprzed 71 lat. To wtedy dowodzone przez Rajsa oddziały podziemia niepodległościowego spacyfikowały kilka wsi z okolic Bielska Podlaskiego, zamieszkanych przez wyznającą prawosławie ludność białoruską. „Postać Burego w naszym mieście jest postacią kontrowersyjną, odpowiedzialną za zamordowanie 79 mieszkańców (osoby cywilne: kobiety, dzieci, mężczyźni) naszego regionu” – napisali autorzy stanowiska rady miasta, do którego odwoływał się burmistrz. – To nagonka, nic innego. Przecież jak są uroczystości upamiętniające „Inkę”, to mówią, że sanitariuszka służyła u „Łupaszki”, a ten to zbrodniarz. A że i „Bury” służył u „Łupaszki”, to i on ma być zbrodniarz – dodaje Barbara Poleszuk.
Swój stosunek do żołnierzy wyklętych na ulicach Hajnówki można było w ostatnią niedzielę lutego wyrazić na kilka sposobów. Nie tylko okrzykami: „Cześć i chwała bohaterom”, ale też wygrażaniem pięściami i pohukiwaniami „Hańba” czy np. „Faszyści, nie ma zgody na nacjonalizm”. W kontrmanifestacji wzięło udział około 100 osób. Założyli, że będzie to protest stacjonarny, jak sami to określają: „godnościowy”.
Kościół
Decyzję o tym, że trzeba zorganizować zgromadzenie, podjęli tuż po zakończeniu I Marszu Żołnierzy Wyklętych, w lutym zeszłego roku. – Na początku mieliśmy być tu przez cały dzień – mówi Mateusz Magnuszewski, szef brygady podlaskiej ONR, współorganizator przemarszów (także tego tegorocznego), jednocześnie student bezpieczeństwa narodowego Uniwersytetu Białostockiego.
Planowali wziąć udział we mszy świętej („Drzwi kościołów są nam zamknięte, po tym jak proboszcz Cyryla i Metodego dostał pismo od kanclerza kurii drohiczyńskiej, by pod żadnym pozorem jej nie odprawiać”). Mieli też posłuchać wykładu w Hajnowskim Domu Kultury wygłoszonego przez Michała Ostapiuka, który kończy książkę o „Burym” („Kluczy nie dostaliśmy”). Informacja o marszu i jego przebiegu od stycznia krążyła w internecie (np. na stronie Narodowa Hajnówka), a także na ulotkach, które w ostatnich tygodniach trafiały do skrzynek pocztowych. Ostatecznie zebrali się pod kościołem Podwyższenia Krzyża Świętego, aby głównymi ulicami Hajnówki przemaszerować na parking tamtejszego domu kultury.
– Marsz nie jest prowokacją, a jego głównym celem jest uczczenie żołnierzy wyklętych. Także Romualda Rajsa. On też jest jednym z bohaterów, a należy czcić wszystkich bohaterów podziemia niepodległościowego – tłumaczy Tomasz Kalinowski, rzecznik ONR. I od razu dodaje: – Dla ONR podstawą do oceny Rajsa jest wyrok sądu, który zrehabilitował kapitana. Ten został oczyszczony z wyroku, który na nim ciążył, czyli wyroku stalinowskiego z końca lat 40.
Dopytywany przez dziennikarzy o wyniki śledztwa IPN w sprawie pacyfikacji białoruskich wsi odpowiada krótko: – A czy IPN jest sądem?
Badający tę sprawę pion śledczy IPN przyjął kwalifikację prawną zbrodni ludobójstwa. W 2005 r. umorzył śledztwo m.in. dlatego, że po wojnie prawomocnie zakończyło się postępowanie wobec części sprawców, inni już nie żyli, a pozostałych nie udało się ustalić.
Zebrani wokół Kalinowskiego potakują głowami. Ktoś nieśmiało dorzuca: „Cześć i chwała Żołnierzom Wyklętym”. Wśród nich są już tylko mieszkańcy Hajnówki (ci przyszli punktualnie), ale też ci, którzy studiują i pracują w okolicznych miastach – dojechała kilkudziesięcioosobowa grupa młodych działaczy ONR, Młodzieży Wszechpolskiej z Podlasia i kibice Jagiellonii Białystok. Kiedy uformują kolumnę, ta zostanie ściśle otoczona kordonem policji. Chętni w strojach rekonstruktorów staną na czele. Ktoś z przodu rzuci: „Tylko spokojnie. Nie dajmy się sprowokować. Ruszamy!”. Po chwili słychać już tylko gromkie: „Wielka Polska chrześcijańska!”.
Tuman
Na półmetku marszu osób jest najwięcej. Krzyczą: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, „»Bury«, »Bury« – nasz bohater”. Skandują też: „Nie czerwona, nie tęczowa, lecz Hajnówka narodowa”, „Cześć waszej pamięci – żołnierze wyklęci”. Na zarzuty wobec „Burego” odpowiadają krótko: „Propaganda wprost wyjęta z okresu stalinowskiego”.
Są i tacy, którzy idą w milczeniu, nie wiedząc, jak inaczej przeżywać ten marsz. – Skąd moja obecność tutaj? Jestem Polakiem, a ci, których będziemy czcili 1 marca, to byli Polacy, wierni żołnierze Rzeczpospolitej. Wierni konstytucji kwietniowej, dekretowi prezydenta o wprowadzeniu stanu wojennego 1 września 1939 r. i przysiędze wojskowej. Do końca, stąd może nie tyle dla mnie żołnierze wyklęci, co może niezłomni – wyjaśnia Robert Peciak, nauczyciel historii w Białymstoku, który swego czasu sam mieszkał w Hajnówce.
To 20-tysięczne miasto w województwie podlaskim, położone tuż przy polsko-białoruskiej granicy jest wyjątkowe z kilku powodów. Nie tylko dlatego, że większość tamtejszych mieszkańców to wyznawcy religii prawosławnej (około 70 proc., pozostała ludność jest wyznania rzymskokatolickiego – 25 proc., i protestanckiego – 5 proc.), a spora część z nich to Białorusini. Ale także dlatego, że to szczególnie wrażliwy obszar, gdzie układy religijno-etniczne do dziś przypominają skomplikowaną mozaikę. Jak bardzo? Pobliskie Hodyszewo przeszło np. na katolicyzm (zezwalał na to ukaz carski), podczas gdy np. Pruszankę Starą po powstaniu styczniowym zasiedlono prawosławnymi z głębi Rosji. Markowo znajdujące się pomiędzy nimi od zawsze było z kolei osadnictwem polskim. – To dlatego narodowościowe wybryki w miejscach takich jak Hajnówka przynoszą strach i prowokują konflikty. Czym innym jest wymalowanie gwiazdy Dawida gdzieś w dużym mieście, np. na warszawskim przystanku, czym innym namalowanie świni na meczecie w małych Kruszynianach – jeszcze przed marszem przekonywał w mediach poseł PO Robert Tyszkiewicz, który w Sejmie reprezentuje tamtejszą ludność. – Organizowanie marszu na część „Burego”, i to w takim miejscu, to perfidna prowokacja.
Dla Peciaka kapitan Romuald Rajs nie jest postacią kontrowersyjną, bo – jak podkreśla – w Polsce obowiązują tylko i wyłącznie wyroki sądów („a nie opinie IPN, które zostały potem nagłośnione”). – Poza tym „Bury” wykonywał rozkazy z 1945 r. o pacyfikacji ludności, która nie sprzyja walce o niepodległość, czyli na kolaborantach, współpracownikach, funkcjonariuszach i żołnierzach NKWD. To były prawomocne wyroki – dodaje, wskazując, że trzy lata temu przejrzał akta prokuratury IPN w Białymstoku.
Jak zastrzega przy tym, jego obecność na marszu służyć ma nie tylko zachowaniu pamięci o żołnierzach wyklętych. Ma pokazać, że na bazie ich kultu rodzi się oddolny ruch społeczny, potwierdzający tezę o patriotycznym odrodzeniu Polaków. „Tradycyjne święta państwowe, takie jak 3 maja czy 11 listopada, zostały z reguły zdominowane przez centralny i lokalny establishment. Do kanonu takich obchodów należy złożenie przez polityków różnych szczebli wieńców w najbardziej kojarzących się z historią miejscu w danym mieście oraz okazjonalne odśpiewania hymnu Polski. Taka forma obchodzenia państwowych rocznic sprawia, że są one ważne dla rządzących, ale już nie obywateli” – zauważa też w mediach (jeszcze przed marszem) politolog Krzysztof Mazur, jednocześnie członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP oraz prezes Klubu Jagiellońskiego. – To dlatego na hajnowskim marszu nie ma przedstawicieli władzy. Ba, nawet gdyby się pojawili, to traktowani byliby z dystansem, a może nawet z wrogością – uważa Robert Peciak.
Ale zdaniem Mazura „ten niewątpliwy fenomen społeczny znakomicie wpisał się też w inny ważny dla prawicy mit o dobrym narodzie i złych elitach”. Przy czym te ostatnie reprezentowane są głównie przez postpezetpeerowskich oligarchów, którzy „dokonali skoku na unijną kasę, przyjmowali postawy ugodowe i zakładali, że negocjacyjny model transformacji jest tym najlepszym”. Robert Peciak: – Większość funkcji w samorządzie czy w innych państwowych organach terenowych osadzają potomkowie z tamtego układu PRL-owskiego. A kogo wychowa konfident? Konfidenta to przecież jasne! My chcemy to teraz zmienić. Bo jak się zmienia Polska, to trzeba zmienić wszystko, od fundamentów! Dlatego jestem tu z ludźmi, którzy myślą podobnie jak ja!
Na koniec doda jeszcze: – Częścią naszej tożsamości jest przeszłość, a ten, kto nie zna historii, jest jak dziecko we mgle. A mgła to po rosyjsku „tuman”, tak zawsze mówię swoim uczniom.
Listonosz
– Armio wyklęta – Hajnówka o was pamięta – krzyczą coraz donośniej. – Chwała bohaterom!
– Jakim bohaterom? Żeby ci tacy bohaterowie też dziadka zabili! – pada riposta z tłumu. Oburza się starszy mężczyzna, który obserwuje marsz od dobrych 40 minut; po raz pierwszy widzę go jeszcze pod kościołem. Rozmawiać jednak nie chce. Przełamie się dopiero koło centrum handlowego. – Był taki okres, że nie gloryfikowali żołnierzy wyklętych. Źle było – zaczyna swoją opowieść. Sam, jak uparcie twierdzi, w marszu udziału nie bierze, bo jest „stąd, ze społeczności hajnowskiej, ze wsi pochodzi”. – Mojego dziadka to dotyczyło. Był listonoszem w Orli, mieszkał na poczcie. Jak wpadli ludzie „Burego” i chcieli odciąć łączność, to gdyby nie babka z rodziny Kuderskich, to już by było po nim. Niszczyli, mordowali, palili – przypomina sobie. – No niech idą, niech maszerują. Ale kto to jest? Dzieciaki! Co oni wiedzą? Młodzi gniewni, ot co? Przeciw komu? Kogo popierają? – zamyśla się.
Za zgromadzeniem opowiadał się od początku, bo myśli podobnie jak radny PiS Bogusław Łabędzki, współorganizator pierwszej edycji marszu. Jako jedyny wyłamał się z głosowania za delegalizacją marszu. „Ta sytuacja budzi niepokój, ponieważ przypomina praktyki administracji carskiej oraz Cerkwi prawosławnej z XIX w., kiedy to stosowano w stosunku do ludności polskiej i Kościoła katolickiego m.in. restrykcje w postaci zakazu organizowania procesji w miejscach publicznych, ponieważ miały one burzyć spokój wiernych prawosławnych” – napisał też w liście.
Rozłam w radzie i przepychanki w sądzie (organizatorzy II Hajnowskiego Marszu Żołnierzy Wyklętych złożyli we wtorek do sądu odwołanie od decyzji burmistrza i wygrali) to kolejny z powodów, dla których właśnie o tej manifestacji jest w Polsce najgłośniej. Choć obchody Dnia Żołnierzy Wyklętych organizowane są w całym kraju – od poważnych uroczystości po turnieje sportowe i koncerty rapowe.
– Mieści się to w obecnej od lat niechęci do prawosławnych, w tym głównie Białorusinów, i woli uprzykrzania im życia. Przecież już dawniej bywało, że jedni drugim się odgrażali. I tak np. jak przypadały święta prawosławne i tamci się modlili, to katolicy gnój na pola wywozili. Bo to nie nasze święto było, uważali – przypomina socjolog Uniwersytetu Warszawskiego, który od lat bada te tereny (chce pozostać anonimowy). A historyk Piotr Osęka, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, dodaje: – To nic innego jak robienie na złość przeciwnikowi, co jest zabiegiem samym w sobie bardzo skutecznym. Przecież ten mechanizm wywindował swego czasu Marsz Niepodległości. Ten wykiełkował dopiero w 2009 r., kiedy grono szlachetnych osób się skrzyknęło i uznało, że to jest niepodobieństwo, żeby ONR, taka paskudna przedwojenna organizacja, organizował 11 listopada publiczne przemarsze. To im zastawimy drogę i oni nie przejdą. „Faszyzm nie przejdzie” – tak to się wtedy nazywało. I nagle się okazało, że nie tylko przeszli, ale że się ich zrobiło znacznie więcej. Wokół tego niszowego ruchu nagle się zjednoczyła cała antyplatformiana prawica właśnie na zasadzie: „Nie będzie nam lewica mówiła, kogo możemy świętować”.
Mateusz Magnuszewski działaniu z chęci zemsty zaprzecza i zapewnia: – Nam się mówi, że my jesteśmy katolicy. I że jesteśmy tu, by prowokować Białorusinów i prawosławnych, ale to nieprawda. My mówimy tu otwarcie: Dla nas sprawa wyznania i narodowości jest drugorzędna. Przychodzimy tu w jednym celu, żeby uczcić pamięć wyklętych!
W tym samym czasie, o czym skwapliwie informowały media, od Augustowa przez Płock i Łowicz po Jelenią Górę organizowano wydarzenia towarzyszące obchodom Narodowego Dnia Pamięci Wyklętych, w tym m.in. biegi pamięci „Tropem Wilczym” – w bluzach z podobiznami przywódców. Organizowano rekonstrukcje historyczne – z patriotycznym wzruszeniem. Malowano murale – zawsze bazą dla nich była flaga biało-czerwona. – Szczególnie młodzi Polacy zdecydowali się utożsamiać z pokoleniem żołnierzy wyklętych i jesteśmy dzisiaj w naszym pokoleniu pełni dumy i satysfakcji, że udało nam się, także jako historykom, przesłanie o żołnierzach wyklętych doprowadzić do takiego stanu – zauważył już w poniedziałek senator Jan Żaryn na konferencji zorganizowanej przez PiS. Generał Jan Podhorski na rozdaniu nagród w konkursie wiedzy o żołnierzach wyklętych: – 80 proc. młodego pokolenia jest za nami, a wczorajszy dzień to tylko potwierdził.
Także kolejne wypowiedzi polityków pokazują, że czczenie pamięci żołnierzy wyklętych to już nie tylko ruch oddolny, ale też taki, który coraz bardziej zyskuje polityczne i państwowe umocowanie. Iwona Michałek, posłanka PiS: – Musimy wielu jeszcze upamiętnić, odkryć, pokazać społeczeństwu, że to naprawdę była armia, nie jednostki, a armia ludzi, którzy bardzo poświęcili się ojczyźnie.
Zaproszenie
Jedno jest pewne: II Marsz Żołnierzy Wyklętych karmi się konfliktem lokalnym, bardzo silnym zresztą, ale ten żywy jest w skali całego kraju. – Jest to odgórna rewolucja historyczna pod hasłem „odzyskiwania pamięci”, w którą wpisuje się też ostentacyjny kult żołnierzy wyklętych. Przy czym nie jest on kultem samym w sobie, ale przeciwko. My czcimy wyklętych, bo... – i tu pojawia się w każdym przemówieniu polityków tej opcji pewne uzasadnienie. Najczęściej: bo takim paskudnym okresem w historii była III RP. Bo uprawiała pedagogikę wstydu. Bo Polacy musieli zapomnieć, jakich wspaniałych bohaterów mieliśmy. Ale teraz dzięki PiS czas zaczynamy liczyć na nowo. Zerujemy zegarek – uzupełnia Piotr Osęka.
Nie dziwi więc obecność na hajnowskim marszu Damiana Kity, rzecznika Stowarzyszenia Marsz Niepodległości – przyjechał z Warszawy, jak tylko zdał kolejny egzamin w sesji zimowej (studiuje ekonomię). Skorzystał z zaproszenia ONR z Podlasia, z którym jest w dobrych kontaktach. Przeszedł całą trasę, by na parkingu pod Hajnowskim Domem Kultury wygłosić przemówienie: „Dziś naszym wspólnym wrogiem, nas, Polaków, zarówno katolików, jak i prawosławnych jest neobolszewizm zagrażający naszej narodowej tożsamości, ten sam bolszewizm, który walczył z wyklętymi”.
Jeszcze długo po marszu rozmawia z członkami ONR, a kiedy dopytuję go, o co dziś przede wszystkim walczył, mówi o potencjale antysystemowości tkwiącym w opowieści o powojennej partyzantce antykomunistycznej. Przekonuje przy tym, że nie zgadzając się na przemilczanie historii żołnierzy wyklętych, tak naprawdę manifestowali własną niezgodę na reguły narzucone przez system pookrągłostołowy. – Dziś wiele fundamentów demokracji się nie sprawdza. Co chwila słyszymy a to o kolejnych aferach u szczytu władzy, a to o nowych kryzysach w Sejmie. Przecież ten system jest niedojrzały, a my jako narodowi radykałowie, antysystemowcy właśnie, ale w odniesieniu do III RP, chcemy to zmieniać – deklaruje.
Innymi słowy: Wyklęci potrzebni są prawicy także do budowania polityki historycznej jako by-passa założonego na historię PRL. A chodzi przede wszystkim o unieważnienie dokonań opozycji antykomunistycznej, z którą PiS w dużej mierze ma nie po drodze, ale większość jego przeciwników ma korzenie właśnie w opozycji czasów solidarnościowych lat 60., komandosi, KOR, Solidarność podziemna. – Bujak, Frasyniuk, Borusewicz... Przywódcy z tamtych czasów w większości są przeciwko PiS-owi. A sam Kaczyński, choć był w tej opozycji antykomunistycznej, to ani wśród generałów, ani pułkowników. I bardzo z tego powodu jest nieszczęśliwy. Jego autobiografia pokazuje, że szalenie rozpamiętuje, kto i kiedy mu nie podał ręki, kto i kiedy się od niego odwrócił – wyjaśnia Osęka. – Chodzi więc o to, by pokazać, że tak naprawdę z komunistami to jako ostatni walczyli właśnie wyklęci. Bo potem nastąpił okres kolaboracji i moralnego zepsucia, kiedy to pseudoopozycja z komuchami paktowała i zbudowała z tego III RP. Ale teraz my tych kolaborantów, resortowe dzieci rozliczamy i sięgamy do czystego patriotycznego dziedzictwa żołnierzy wyklętych.
– A dlaczego młodzi tak garną się do organizacji narodowo-patriotycznych? – pyta mnie sam z siebie Damian Kita. Nie czekając na odpowiedź, mówi jednym tchem: – Bo u podstaw leży zmęczenie demoliberalną papką, podwójnymi standardami demokracji i populistycznymi mowami polityków. Poza tym nastąpił wzrost wiedzy o tym, co się działo podczas rewolucji ustrojowej w Polsce. Innymi słowy, tego, że elity III RP wywodzą się z elit PZPR. Po trzecie, młodzi chcą zmiany Polski tak, by szczyt władzy był zobrazowaniem woli obywateli, społeczeństwa, narodu.
Naszej rozmowie przysłuchuje się Szymon Popławski, członek rady naczelnej Młodzieży Wszechpolskiej, na co dzień kierownik w jednym z call center w Białymstoku: – Dla nas II Marsz Żołnierzy Wyklętych to główny element budowania polityki historycznej.
Róże
Między manifestacjami stanął kordon policji. Do marszu narodowców kontrmanifestacje zorganizowali w Hajnówce – dokładnie przed soborem św. Trójcy – działacze Antify i ruch Obywatele RP. Od tej pierwszej dzieliło ich 600 metrów. – My tu nie jesteśmy dla kogoś, ale żeby być z kimś. Chcemy wyrazić solidarność ze sterroryzowanymi przez ugrupowania skrajnie nacjonalistyczne ludźmi tu na miejscu. Po drugie chcemy dać wyraz sprzeciwu wobec brutalnego i podłego wchodzenia w czyjąś wrażliwość kulturową i historyczną, a także wobec skandalicznego wyboru patrona marszu, dokładnie jednego z nich, bo reszta jest tylko dla „Burego” parawanem – grzmi Rafał R. Suszek, członek Komitetu Inicjatyw Obywateli RP. Łatwo go rozpoznać, bo ma kozacką czapkę i kolczyk w lewej brwi. Zanim przyjechał na miejsce, to razem z innymi osobami z całej Polski (byli też z Krakowa i Wrocławia) wypytywał o potrzeby tamtejszą ludność i władze kościelne. – Nie ciągniemy z chorągwią na Hajnówkę, bo w nasz etos jest wpisane oddolne pobudzanie ludzi do działania – tłumaczy.
Widać wokół niego transparenty ruchu Obywatele RP: „Bury nie jest bohaterem” i „Moją ojczyzną jest człowieczeństwo”, flagi Antify i kilkadziesiąt białych róż. Słychać przemówienia: – O ofiarach pamiętajmy, nie o oprawcach!
Łącznie w kontrmanifestacji bierze udział kilkadziesiąt osób – panuje spokój, a to także dlatego, że już wcześniej, kiedy sąd uchylił decyzję samorządu o zakazie marszu, proboszcz parafii św. Trójcy zmienił godzinę niedzielnych uroczystości, które przypadały w przeddzień rozpoczęcia Wielkiego Postu (wypada wtedy w Cerkwi tzw. niedziela przebaczania win). Tak, by te zakończyły się wczesnym popołudniem.
Ostatecznie też uczestnicy II Marszu Żołnierzy Wyklętych koło soboru nie przeszli – jego trasa została w ostatniej chwili zmieniona, co narodowcom się nie spodobało. – Nasze kolejne kroki to pociągnięcie do odpowiedzialności burmistrza miasta oraz organizatora kontrmanifestacji za zablokowanie naszego legalnie zgłoszonego marszu – zapewnia Dawid Poleszuk na stronie Narodowa Hajnówka.
Wielka klasa
Rafał R. Suszek z Obywateli RP zapowiedział, że po niedzieli, kiedy emocje związane z marszem opadną na dobre, zacznie dalsze działania pod hasłem „Projekt Hajnówka”: – Naszą wolą jest zrozumienie nieusłyszanego do tej pory głosu miejscowej wspólnoty. Chcemy zrozumieć Hajnówkę i jednocześnie uczestniczyć w rozładowywaniu napięć, np. poprzez inicjatywy obywatelskie. Bo to jest nasza wspólna sprawa.
Burmistrz Hajnówki rozważa zorganizowanie debaty o trudnej przeszłości regionu w związku z budzącym kontrowersje w mieście marszem upamiętniającym żołnierzy wyklętych. – Tak, ja bym bardzo chciał, żeby takich marszów w naszym mieście nie było. Co innego dyskusja – powiedział w PAP dzień po zakończeniu marszu.
Tymczasem jeszcze w niedzielę, tuż po jego zakończeniu, organizatorzy napisali w sieci krótko: „Gdzie te awantury? Gdzie te prowokacje? (...) Dziękuję wam jeszcze za konkretną postawę i zachowanie. Pokazaliśmy wielką klasę”.