Sytuacja z Donaldem Tuskiem przypomina oklepany kawał o Polakach i piekle. Szatan, przechadzając się wzdłuż kotłów, w których smażą się różne nacje, wściekł się, gdy przy kotle z Polakami nie było pilnującego ich diabła. Zauważył go nieopodal smacznie śpiącego, obudził go kopniakiem i zbeształ, że nie pilnuje kotła i potępione dusze z Polski mogą uciec od piekielnych mąk. –Ich nie trzeba pilnować, jak tylko jeden wychodzi, to zaraz reszta ściąga go z powrotem – obronił się czart. Żart smutny, ale prawdziwy. Świadkami takiego zjawiska jesteśmy w trakcie walki o fotel szefa Rady Europejskiej.
Nie jest tajemnicą, że PiS nie kocha Tuska, ale to samo można powiedzieć o uczuciach obecnego szefa Rady Europejskiej wobec partii Jarosława Kaczyńskiego. Każda ze stron może wymienić cały katalog uzasadnień dla swoich emocji i sądów, ale w polityce nie chodzi o miłość. Nie widać żadnej korzyści, jaką na arenie unijnej miałby odnieść PiS, jeśli uda mu się storpedować kandydaturę byłego premiera. I nie chodzi o polityczny PR, ale o realne zyski w międzynarodowej grze. Na razie nie widać żadnego innego kandydata do tego fotela.
Gdyby chociaż została zgłoszona kandydatura prezydenta François Hollande’a, PiS mógłby mówić, że popierając go, w części odrobi punkty stracone u Francuzów z powodu sposobu, w jaki unieważniono przetarg na helikoptery. Natomiast obecnie PiS proponuje zamianę Tuska na nie wiadomo kogo. Sami politycy prawicy przyznają, że kandydatura Jacka Saryusza-Wolskiego jest w zasadzie na pokaz. Ma doraźnie wzmocnić stanowisko rządu, pokazując, że nie chodzi o stołek dla nominata PiS, ale o lepszego kandydata. Z drugiej strony powstaje pytanie, czy samemu Tuskowi zależy na poparciu rządu i czy o nie zabiegał. PiS twierdzi, że nie.