Facebook zajął już wyjątkowe miejsce w globalnym obiegu medialnym, bo coraz więcej ludzi traktuje go jako główne źródło informacji. Mark Zuckerberg zdobył władzę, jakiej nie miał nikt inny w historii.
Na trzy dni przed wyborami w USA tamtejsze media społecznościowe zelektryzowała wiadomość o śmierci agenta FBI zaangażowanego w dochodzenie w sprawie e-maili Hillary Clinton. Zgodnie z artykułem opublikowanym na stronie „Denver Guardian” 45-letni Michael Brown, który miał badać sprawę przechowywania państwowej korespondencji na prywatnym komputerze, miał najpierw zabić o 12 lat młodszą żonę i popełnić samobójstwo. Artykuł rozszedł się po Facebooku z prędkością błyskawicy, a użytkownicy udostępnili go aż 560 tys. razy. Liczbę tę po części tłumaczy to, że sprawa korespondencji elektronicznej byłej sekretarz stanu była mocno ogrywana przez jej przeciwników, a temperaturę na finiszu kampanii podgrzał szef FBI James Comey, ogłaszając, że w dochodzeniu mogą pojawić się nowe wątki. Z pewnością ta informacja przemówiła też do zwolenników teorii spiskowej, zgodnie z którą od wielu lat małżeństwo Clintonów pozbywa się świadków swoich rzekomych nadużyć.
Ale prawdziwy problem polega na tym, że agent Michael Brown nigdy nie istniał, cała historia była zmyślona, a strona „Denver Guardian” została założona przed kampanią wyborczą i publikowała tylko nieprawdziwe lub mocno podkręcone historie (teraz jest już nieaktywna). Nieprawdziwa informacja o agencie Brownie nie była jedyną, w którą uwierzyli amerykańscy użytkownicy FB. Sukcesem był również artykuł mówiący o poparciu dla kandydatury Donalda Trumpa, jakiego rzekomo miał udzielić papież.