Gimnazja, które miały być sposobem na poprawę jakości polskiej edukacji, budzą dziś emocje większe niż 13 lat temu, kiedy je wprowadzano.
Oświatowa ślepa uliczka. Przechowalnia. Klatka dla nabuzowanych hormonami małolatów. Kwestia gimnazjów znów wróciła do debaty publicznej. Szef SLD Leszek Miller już na początku roku szkolnego zabawił się w oświatowego Lutra i w sobotę 1 września przed łódzką Szkołą Podstawową nr 44 wypisał 10 postulatów jego partii na nowy rok szkolny. Wśród nich – likwidacja gimnazjów, które – jak twierdzi – się nie sprawdziły. Z tym samym wnioskiem w tym samym niemal czasie wyskoczył prezes PiS. Podczas swojego expose Jarosław Kaczyński bił się w piersi, przyznając się do pomyłki (gimnazja wprowadzał rząd AWS, w którym Lech Kaczyński był ministrem sprawiedliwości).
Można by wzruszyć ramionami i stwierdzić, że to polityczne sztuczki mające zwrócić uwagę wyborców na wygłaszającego ostre tezy lidera partii, a nie realny problem. Wszak nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego – nie pojawiły się żadne nowe, spektakularne dane, nikt nikogo nie doprowadził do samobójstwa ani nie zabił – żeby właśnie teraz wołać o przełom. Jednak w rozmowach z osobami związanymi z oświatą – ekspertami, nauczycielami, ale też rodzicami gimnazjalistów – słyszy się tę samą nutę: Za długo to już trwa, czas coś z tym zrobić. Zlikwidować. Zreformować. Albo przynajmniej zacząć na ten temat uczciwie rozmawiać.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.