Limitowanie świadczeń zdrowotnych jest jak klęska żywiołowa, której nikt z zarządzających ochroną zdrowia nie może opanować. Dla oczekujących w kolejce może to oznaczać śmierć.
Wśród wielu problemów związanych ze służbą zdrowia jest jeden stanowiący jakby tabu. Nikt nie chce o nim dyskutować. Nikt nie zastanawia się, jak go rozwiązać.
Tym problemem jest limitowanie świadczeń zdrowotnych, czyli ich administracyjna reglamentacja. Rozumowanie zwolenników limitowania jest logiczne: skoro ilość pieniędzy (publicznych) przeznaczonych na świadczenia zdrowotne jest ograniczona, to i liczba tych świadczeń musi być limitowana. W warunkach rynkowych funkcję regulatora popytu spełniają ceny i indywidualne decyzje poszczególnych nabywców określonych towarów lub usług. W przypadku świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych nabywcy świadczeń nie płacą za nie sami. Płaci NFZ - dysponent środków publicznych. Nie ma zatem bodźców finansowych, które w sposób naturalny ograniczyłyby popyt na świadczenia zdrowotne. Skoro ich nie ma, a trzeba ograniczyć popyt, musi być administracyjne limitowanie świadczeń - argumentują ich zwolennicy.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.