Spójrzmy prawdzie w oczy: szykuje się nowy podatek od wynagrodzeń pracowniczych. Mowa o likwidacji 30-krotności prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej, po przekroczeniu której pracownicy przestają obecnie płacić składki na ubezpieczenia emerytalne i rentowe. Podatek tym różni się od opłaty (skarbowej, adiacenckiej itp.) i tym bardziej od składek ubezpieczeniowych, że nie ma nic wspólnego z ekwiwalentnością. Uczą o tym na pierwszym wykładzie ze wstępu do prawa podatkowego. Zobowiązany płaci, nie mogąc liczyć na to, że otrzyma coś w zamian.
Z całą pewnością likwidacja 30-krotności nie przełoży się na wyższe świadczenia emerytalno-rentowe w przyszłości. W tej sytuacji dalsze utrzymywanie określenia „składki na ubezpieczenia emerytalne i rentowe” faktycznie mijałoby się z celem. Uczciwiej jest nazwać to podatkiem, nawet jeśli będzie on ukryty pod nazwą jednolitego.
Obawiam się, że głośno dyskutowane połączenie trzech obciążeń w jedno nie zakończy się zmniejszeniem ciężarów podatkowo-składkowych. Nie oszukujmy się, gdyby faktycznie taki był cel zmian, to żaden rząd przy obecnych potrzebach budżetowych nie zdecydowałby się na taki krok. Nie byłoby też sondowania opinii publicznej w sprawie likwidacji 30-krotności oraz podatku liniowego. Prawdopodobnie zresztą nie będą to jedyne skutki zespolenia obecnego PIT, składek ZUS i zdrowotnej w jedno, jednolite obciążenie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.