Ponad rok temu uregulowano we Francji prawa pokrewne wydawców prasy. Chodzi m.in. o wykorzystanie fragmentów artykułów w internecie. Przykładem może tu być Google News. Serwis agreguje nagłówki informacji często stanowiące ich najistotniejszą część. Linkują one do źródła, problem w tym, że – jak pokazują badania – wielu internautów poprzestaje na przeczytaniu tej krótkiej informacji. W efekcie zarabia światowy gigant, a wydawcy i dziennikarze, którzy wytworzyli informację, nie dostają nic. Porozumienie zawarte między Alliance de la Presse d’Information Générale (stowarzyszeniem zrzeszającym francuskich wydawców tytułów prasy informacyjnej) a Google’em ma to zmienić.
„Mamy do czynienia z precedensem, który należy powielać w innych krajach UE. Do tego potrzebne jest jednak szybkie wdrożenie skutecznego prawa pokrewnego wydawców prasy na poziomie krajowym. Tylko wtedy Google i inni tzw. strażnicy dostępu (gatekeepers) będą zobowiązani do wypłaty – przewidzianych dyrektywą UE 2019/790 – rekompensat z tytułu wykorzystywania materiałów prasowych w oferowanych przez siebie usługach społeczeństwa informacyjnego” – głosi komunikat European Magazine Media Association i European Newspaper Publishers’ Association, organizacji zrzeszających wydawców 50 tys. tytułów wychodzących w Europie.
Nowe regulacje wprowadziła wskazana w komunikacie dyrektywa w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym. Francja już ją wprowadziła, niektóre kraje, w tym Polska, jeszcze nie. W Polsce jej przepisy wzbudzały duże kontrowersje, przylgnęło do niej określenie ACTA 2. Prawa pokrewne wydawców nazywano „podatkiem od linków”, co jest o tyle nietrafne, że dyrektywa w żaden sposób nie ogranicza linkowania. Czym innym jest jednak link, a czym innym fragment, nawet mały, artykułu.
Co ciekawe, informacja o precedensowym porozumieniu zbiegła się z dokładnie odwrotnym przekazem płynącym z drugiej strony globu. Australijski rząd również zaproponował przepisy zmuszające do dzielenia się zyskiem z producentami treści. W reakcji Google zagroził, że odetnie Australijczyków od przeglądarki, a Facebook zapowiedział wprowadzenie blokady treści informacyjnych na swej platformie. Jak to się skończy, nie wiadomo. Na razie rząd zapowiedział stanowczo, że nie będzie reagował na groźby.
– To my decydujemy, co można robić w Australii – oświadczył premier Scott Morrison.
W Europie Google również groził, że zamknie nie tyle samą wyszukiwarkę, ile serwis Google News. Przykład francuski pokazuje jednak, że osiągnięcie porozumienia jest możliwe. Podstawę prawną dała wspomniana dyrektywa. Teraz europejscy wydawcy walczą o wprowadzenie gwarancji równego, opartego na uczciwych warunkach dostępu do platform internetowych.
„Ponieważ takiego przepisu nie ma w projekcie rozporządzenia o rynkach cyfrowych (Digital Markets Act), Parlament Europejski i państwa członkowskie powinny wprowadzić odpowiednie w nim zmiany. W przeciwnym razie UE odda wolność prasy w ręce cyfrowych monopolistów” – przekonuje w swym komunikacie EMMA/ENPA. ©℗