Mniej więcej 15–20 lat temu producenci luksusowych, bardzo drogich rzeczy dostrzegli pewien problem – sprzedaż zatrzymała się w miejscu. Nigdy nie była duża, a jeszcze przestała rosnąć. A w pewnych przypadkach nawet spadała. Po prostu grupa najzamożniejszych mieszkańców Ziemi miała już szuflady wypchane ręcznie robionymi zegarkami po kilkadziesiąt i kilkaset tysięcy dolarów, garaże pełne ultradrogich samochodów w limitowanych seriach i sejfy pękające w szwach od biżuterii Cartiera.
Koncerny doszły do wniosku, że – aby się rozwijać – muszą stworzyć nową grupę produktów. Również luksusowych, ale tańszych – skierowanych do nieco biedniejszych klientów. „Biedniejszych” nie znaczy, że biednych. Pochodzili z klasy aspirującej – mieli już dużo pieniędzy, ale nie na tyle dużo, żeby kupić sobie np. porsche 911 cabrio, więc Niemcy wymyślili dla nich boxstera, a później caymana. Nagle okazało się, że mniej więcej za połowę ceny prawdziwego porsche można było stać się właścicielem... prawdziwego porsche. Taki sam mechanizm można było podpatrzyć w innych segmentach branży zajmującej się dobrami luksusowymi. Na przykład producenci zegarków zaczęli wypuszczać na rynek modele wycenione tak, aby mógł sobie na nie pozwolić bankowiec najniższego szczebla z londyńskiego City. W ten sposób podkreślał, że jest „aspirującym” młodym Berniem Madoffem.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.