Dwadzieścia planów na pożegnanie z rosyjskim gazem i cztery dotyczące ropy i produktów naftowych to, jak ustalił nieoficjalnie DGP, bilans zgromadzonych przez Komisję Europejską strategii państw w zakresie dywersyfikacji surowców. Termin na ich złożenie do Brukseli upłynął ponad miesiąc temu.
Obowiązek przygotowania planów wynika z zatwierdzonego pod koniec stycznia rozporządzenia o stopniowym odchodzeniu od rosyjskiego gazu ziemnego. W przypadku tego ostatniego surowca swoją wizję „procesu rozwodowego” miały przedstawić wszystkie państwa członkowskie. Dla ropy i jej produktów opracować ją miały te państwa, które w dalszym ciągu pozyskują rosyjskie paliwa – za sprawą różnego rodzaju wyjątków, derogacji i luk w przyjętym na przełomie 2022 i 2023 r. embargu. W obu przypadkach termin na przekazanie dokumentów do Komisji minął 1 marca.
Odejście od rosyjskiej ropy? Budapeszt wymownie milczy
Rzeczniczka KE, zapytana przez nas o stan na połowę kwietnia, nie chciała odnosić się do konkretnych liczb. Podkreśliła tylko, że większość oczekiwanych planów Bruksela otrzymała i wciąż spodziewa się kolejnych. Komisja opublikowała już, po zastrzeżeniu informacji wrażliwych, otrzymane plany dotyczące ropy naftowej i jej pochodnych. Złożyły je: Słowacja, Czechy, Chorwacja i Holandia. Oznacza to, że swoimi zamiarami nie chciał podzielić się z Brukselą rząd Węgier, na którego czele stoi wciąż jeszcze Viktor Orbán. To Budapeszt, obok Bratysławy, jest największym beneficjentem podstawowej furtki, przez którą, zgodnie z unijnym prawem, ropa z Rosji może nadal płynąć do UE. Według naszych ustaleń w przypadku planów gazowych, które złożyć powinny były do Komisji wszystkie kraje członkowskie, w połowie miesiąca spłynęły dokumenty z dwudziestu stolic.
Wspomniany naftowy wyjątek, z którego korzystają Słowacja i Węgry, to możliwość korzystania z dostaw z rurociągu „Przyjaźń”. Przyznanie tego przywileju (ograniczonego od czasu styczniowego ataku rosyjskich dronów, w którym ucierpiały elementy „Drużby”; kwestia przedłużających się napraw ropociągu była przedmiotem kolejnego już ostrego konfliktu między Budapesztem i Bratysławą a Kijowem) uzasadniać miał szczególnie wysoki na tle UE poziom zależności od Rosji oraz brak dostępu do morza, który pozwalałby na swobodne pozyskiwanie surowca z innych kierunków. Fakt, że przy pewnej dozie woli politycznej strukturalna zależność od Rosji nie jest barierą nie do przekroczenia, udowodnili Czesi, którzy pierwotnie też korzystali z przedłużonej możliwości dostaw z Drużby, ale sukcesywnie redukowali wielkość swojego importu, by w kwietniu ub. roku ogłosić zakończenie procesu zastępowania surowca ze Wschodu.
Dziurawa tama Europy dla surowców z Rosji. Ale proces uszczelniania postępuje
Odstępstwami objęto także niektóre dostawy gotowych paliw (możliwość ich przyznawania w przypadkach uzasadnionych z punktu widzenia bezpieczeństwa zarezerwowano dla państw członkowskich). W przypadku Polski jeszcze do niedawna znaczącą rysę na węglowodorowej niezależności od Moskwy stanowiły dostawy n-butanu i izobutanu, czyli frakcji pozyskiwanego z ropy gazu płynnego (LPG) pozostawione poza obrębem przyjętego pod koniec 2023 r. zakazu importu tego paliwa do UE (tę lukę uszczelniono dopiero w przyjętym jesienią zeszłego roku dziewiętnastym pakiecie sankcyjnym, a w praktyce nowe przepisy zaczęły obowiązywać dopiero pod koniec stycznia br.).
W przeciwieństwie do ropy i jej pochodnych, dla których pierwsze sankcje przyjęto w pierwszym roku rosyjskiej agresji na Ukrainę, import gazu ze Wschodu nie był do niedawna przedmiotem jakichkolwiek restrykcji. Zakaz importu gazu skroplonego (LNG), którego stopniowe wdrażanie ma potrwać do 1 stycznia 2027 r. ustanowił dopiero wspomniany już ostatni pakiet, a w rezultacie jeszcze w marcu błękitne paliwo w tej formie szerokim strumieniem napływało do portów zachodnioeuropejskich.
Wcześniej zakazano jedynie wykorzystywania europejskich portów do przeładowywania rosyjskiego LNG, co pomagało Rosjanom realizować dostawy do odbiorców w Azji. Z kolei przesył gazu do UE rurociągami wstrzymywany był do tej pory przede wszystkim decyzjami Kremla (wyjątkiem jest wciąż eksploatowany Turk Stream, którym gaz sprowadzają Słowacja, Węgry i Bułgaria, oraz szlak ukraiński, wyłączony z użytkowania w związku z wygaśnięciem umowy tranzytowej między Gazpromem a Naftohazem).
Zakaz importu gazu rurociągowego przez kraje UE jest najważniejszym elementem obowiązującego od lutego rozporządzenia, które niejako przy okazji utrwala zakaz dotyczący LNG (ujęcie go w regulacji zapewni, że utrzyma moc także w przypadku wstrzymania sankcji na Rosję). Po zakończeniu jesienią przyszłego roku okresu przejściowego, w którym dopuszczone będzie nadal realizowanie ostatnich długoterminowych kontraktów z Gazpromem, sprowadzanie błękitnego paliwa z Rosji będzie dozwolone tylko w razie stanu nadzwyczajnego lub po stwierdzeniu przez KE „poważnego zagrożenia bezpieczeństwa dostaw” w co najmniej jednym państwie członkowskim.
Eksperci: kluczowa będzie wola polityczna państw członkowskich UE
Wymagane na mocy tych przepisów krajowe plany miały nie tylko wykazać przed Brukselą, że stolice przygotowują się do wdrożenia unijnego prawa, ale też zidentyfikować wyzwania, przed którymi stoją, oraz obszary, w których mogą potrzebować wsparcia.
– Termin wyznaczony na przedłożenie planów odejścia od rosyjskich surowców upłynął półtora miesiąca temu, ale weźmy pod uwagę, że od wejścia w życie rozporządzenia, które o tym mówi, minęły niecałe trzy (formalnie państwa miały na ich przygotowanie niecały miesiąc). Fakt, że w tak wąskich ramach czasowych swojego obowiązku dopełniło 20 stolic, świadczy o sporej dyscyplinie – komentuje nasze ustalenia w sprawie liczby zebranych przez Brukselę dokumentów Szymon Kardaś, ekspert Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR). Wyraża przy tym nadzieję, że „w tym gronie nie zabraknie tych państw członkowskich, których kwestia gazu i ropy z Rosji dotyczy najbardziej”.
– Chciałoby się powiedzieć, że jeśli są to ci wszyscy, którzy importują rosyjski gaz i ropę, to świetnie. Ale z drugiej strony liczy się także to, co w tych dokumentach napisali, bo może się okazać, że kluczowa część krajów wyjaśniła KE, że nie jest w stanie w obecnych warunkach rezygnować z rosyjskich paliw – mówi z kolei Agata Łoskot-Strachota z Ośrodka Studiów Wschodnich.
Jak dodaje, jeśli kryzys na Bliskim Wschodzie będzie trwał, napięcie pomiędzy od dawna wytyczoną długoterminową wizją a rzeczywistością, która przyspiesza i wymusza różnego rodzaju korekty, stanie się nieuchronne. Zignorowanie rodzących się w związku z tym obaw niekoniecznie byłoby dobrym rozwiązaniem. – Tym bardziej, że ostatecznie mówimy o planach, które są tworzone przez rządy krajowe i to przez nie będą musiały być wdrażane, a więc ich wola polityczna będzie decydująca dla powodzenia unijnej derusyfikacji – zauważa ekspertka.
O to, czy dynamika uruchomiona przez wydarzenia na Bliskim Wschodzie nie spowoduje, że stolice zakwestionują derusyfikacyjny kurs, niepokoi się też Szymon Kardaś. – Takie głosy płynęły dotąd głównie z Bratysławy i Budapesztu, ale teraz układ sił może się zmienić – wskazuje. O ewolucji lub przynajmniej niepewności KE co do nastrojów panujących w krajach członkowskich świadczy – jego zdaniem – m.in. wstrzymanie przez Komisję prezentacji bliźniaczego wobec już zatwierdzonego rozporządzenia gazowego projektu, który miał przypieczętować rosyjsko-unijny rozwód naftowy (ostatecznym jego terminem miał być koniec 2027 r.). Kwestię rozporządzenia w tej sprawie zdjęto z porządku prac Komisji pod koniec marca. Według agencji Reutera intencją Komisji jest odsunięcie w czasie prezentacji projektu, ale nie jego wycofanie, a decyzja motywowana była „rozwojem sytuacji geopolitycznej”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu