Górnicy przyjadą do Warszawy i zrobią zadymę, jakiej dawno nie było – można by pomyśleć, patrząc na to, co dzieje się z planem reaktywacji zamkniętej w ubiegłym roku kopalni węgla kamiennego Krupiński w Suszcu.
Ale na myśleniu w tym wypadku się kończy. Żeby było jasne – ani trochę nie tęsknię za górniczymi protestami z paleniem opon i koktajlami Mołotowa. Nie popieram tej formy wyrażania sprzeciwu. Ale zastanawiam się, czemu z tego związkowego, górniczego balonika uszło powietrze. Przez ostatnie trzy lata nie przypominam sobie, by górniczy związkowcy, którzy potrafili dotychczas zrobić rozróbę z byle powodu, choć raz tupnęli nogą i powiedzieli „dość”. I to mimo iż w tym czasie oprócz Krupińskiego zamkniętych zostało kilka innych kopalń – m.in. Makoszowy, Wieczorek czy Śląsk. Teraz ci sami związkowcy zapewniają, że wzorem kolegów z kopalni Silesia, której groziło bankructwo, a od kilku lat należy do czeskiego EPH, też znaleźli inwestora i też będą walczyć o przedłużenie życia swojego zakładu. Ale walczyć będą chyba na słowa. A te jak piłeczkę pingpongową odbija do nich Ministerstwo Energii. Związkowcy mówią, że mają chętnego, a resort odpowiada, że reaktywować Krupińskiego się nie da. Brytyjski Tamar wspierany przez fundusz Greenstone, który jest gotowy nie tylko na inwestycje w tę kopalnię, ale i zwrot pomocy publicznej wydanej na jej zamknięcie, może stracić cierpliwość i przestać czekać.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.