Wbrew panice w mediach pszczół w Polsce jest coraz więcej. I nie jest to zasługa hobbystów, którzy bawią się w miejskich pszczelarzy, lecz tych, dla których to normalny biznes.
Wstać trzeba jeszcze, jak jest ciemno. Późną wiosną i latem, a to wtedy wozi się pszczoły na pożytki, jakoś w okolicach czwartej nad ranem. Trzeba dojechać na pasieczysko, czyli miejsce, gdzie trzyma się ule z rodzinami pszczelimi, i całą operację przeprowadzki pasieki – pszczelego miasta – zacząć od zatkania wylotków. To drzwi do ula, przez które pszczoły wlatują i wylatują. Jako że te owady do nocnych marków nie należą, w ciemnościach po okolicach się nie włóczą i noce spędzają w gronie własnym, to zamknięcie drzwi przed świtem na klucz powoduje, że praktycznie wszyscy zainteresowani wezmą udział w przeprowadzce. Technologie wożenia pszczół są różne, ale zazwyczaj ule trzeba wstawić na przyczepę. Ponieważ mają one po kilka korpusów (to pudełka, do których wkłada się plastry, takie piętra w pszczelim bloku), to najpierw trzeba je związać pasem, a później przenieść. Zazwyczaj podjeżdża się jak najbliżej, by nie nosić daleko. Bo taki pszczeli dom to co najmniej kilkanaście kilogramów. Pół biedy, jak na przyczepie układa się dolny rząd. Ale już gdy ustawia się kolejną warstwę, ten ciężki, nieporęczny pakunek trzeba podnieść na wysokość ponad metra. I to wszystko, utrzymując ule w poziomie, tak by nie naruszyć pszczelego gniazda w środku. Jeśli robi się to samemu, uli jest 20–30, jest godzina piąta rano i człowiek jest zlany potem, to wtedy opowieści pszczelarzy narzekających w telewizji śniadaniowej na to, że pszczoły giną, są perspektywą dość odległą.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.