W cieniu polskiej lipy, czyli co nas różni od Singapuru

23 kwietnia 2015

Niedawna śmierć wieloletniego premiera Singapuru Lee Kuan Yewa wywołała liczne publikacje dotyczące sukcesu tego miasta-państwa. Porównanie dochodu na głowę mieszkańca w pierwszym roku rządów zmarłego premiera z analogicznym wskaźnikiem po 50 latach wynosi jak jeden do stu. Miasto ubogich robotników portowych stało się jednym z najbogatszych i najnowocześniejszych państw świata.

Obiektem powszechnego zainteresowania stał się również ustanowiony przez Lee Kuan Yewa model polityczny. Był on określany – moim zdaniem niesłusznie – mianem dyktatury. W Singapurze regularnie odbywają się wybory parlamentarne. Są one rzetelne i transparentne. Wyłaniająca się z nich opozycja była i jest słaba i nie ma szans na przejęcie władzy. Zadecydowały o tym dwa czynniki: wzorowana na brytyjskiej większościowa ordynacja wyborcza oraz podział na rejony wyborcze niedający możliwości skoncentrowania głosów na kandydatach opozycyjnych. W konsekwencji 60 proc. głosów na rządzącą partię daje jej około 90 proc. miejsc w parlamencie. System ten – przy jego oczywistych wadach – daje jednak wysoki stopień legitymizacji władzy. Legitymizację daje również singapurska merytokracja. Ekipa rządząca ma wysokie kwalifikacje, jest bardzo dobrze wynagradzana i świadoma wysokich kar za naruszenie prawa. Korupcja prawie nie istnieje.

Zwolennicy rządów silnej ręki w wielu krajach wskazują Singapur jako swój wzór. Jednakże o sukcesie Singapuru zadecydowały rządy silnej głowy połączone z rządami silnej ręki. W państwach dyktatorskich i autorytarnych połączenia takiego w większości przypadków nie ma.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.