Trzy miesiące po wielkich zamieszkach w Londynie i w samym środku fali protestów płynących od Wall Street przez Rzym po Ateny powraca pytanie: czy da się przejść przez kryzys ekonomiczny bez wybuchu społecznego?
Z początku było to bardzo prawdopodobne. Mimo recesji 2009 roku wydawało się, że wmontowane w demokrację mechanizmy stabilizacyjne skutecznie niwelują wszelkie napięcia. Najbardziej dotknięte pierwszą falą kryzysu kraje Zachodu po prostu wymieniły w drodze wyborów ekipy rządzące. W USA republikanina Busha zastąpił demokrata Obama. W Wielkiej Brytanii konserwatyści Camerona wzięli odpowiedzialność za kraj z rąk zmęczonych laburzystów. Podobnie było w najbardziej naznaczonych przez krach Grecji, Portugalii czy Islandii. Władza ani na chwilę nie znalazła się na ulicy, z której mógłby ją podnieść Lenin XXI wieku. Co innego dziś – w samym środku zapowiedzianego w większości krajów bogatego Zachodu wielkiego oszczędzania.
Już latem w anglosaskich mediach głośnym echem odbiło się badanie Jacopo Ponticelliego i Hansa-Joachima Votha z uniwersytetu Pompeu Fabra w Barcelonie. Stworzyli oni bazę danych wszystkich znaczących niepokojów społecznych w Europie od 1919 do 2009 roku i dowiedli, że prawdopodobieństwo ich wybuchu rośnie dwukrotnie, gdy cięcia wydatków przekroczą 5 proc. PKB. I w zasadzie nie ma wielkiej różnicy, czy kraj jest demokracją, czy reżimem autorytarnym.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.