Narasta kontrast między światem władzy, gdzie podejmuje się decyzje, a światem społeczeństwa, czyli ludzi, których te decyzje dotyczą. W pierwszym powinna dominować ostrożność i kalkulacja, w drugim rządzą emocje podsycane niedoborem informacji. Czy da się jeszcze te światy połączyć i podebatować o sprawach międzynarodowych na poważnie? Czy jesteśmy skazani na chaos, uproszczenia i silne emocje?
Przejście od realnego socjalizmu do systemu pluralistycznego oznaczało rewolucję w komunikacji społecznej. Wcześniej na jednym biegunie była „władza”, a na drugim „społeczeństwo”, a dialog odbywał się przy pomocy wieców i przesłuchań. Zmiana przyniosła nadzieję, że gdy tylko odpowiedzialni dziennikarze będą w stanie klarownym i neutralnym językiem przedstawiać fakty, wówczas między ludźmi podejmującymi decyzje a tymi, których te decyzje dotyczą, nawiąże się normalna rozmowa o poważnych sprawach.
Było to przekonanie naiwne, ale jako ktoś, kto w lata dziewięćdziesiąte wkroczył w gronie ludzi, którzy z dnia na dzień stawali się dziennikarzami, chętnie się do tej naiwności przyznaję. To przekonanie wzmacniało pierwsze zetknięcie z zachodnim światem mediów i nasze pełne zazdrości spojrzenie na demokrację, która w kontraście z tym, co znaliśmy z domu, wydawała się doskonale funkcjonującym mechanizmem.
Dość prędko okazało się jednak, że ów mechanizm zgrzyta i ma tendencję do petryfikowania ustalonych hierarchii. Zaś pieniądze gromadzą się tam, gdzie ktoś ma interes do załatwienia. Znowu, konstatacja banalna, ale dla kogoś wychodzącego z systemu społeczno-medialnego realnego socjalizmu – bolesna.
Internet zmienił język debaty publicznej. Kluczem są emocje
Tymczasem przyszedł Internet ze swoimi kolejnymi „społecznościowymi” wynalazkami, natychmiastowością przekazu i złudzeniem uczestnictwa, wyrażającym się w zapomnianym już haśle, że „każdy może być dziennikarzem”. To wszystko otworzyło drogę do zbudowania systemu polegającego na całkowitym chaosie informacyjnym, bo media, które musiały zarabiać na życie, dostosowały się do poziomu ogółu, budując zasięgi na sensacji i odrywaniu tytułów od treści. Do tradycyjnych aktorów wydarzeń, czyli rządów, administracji i rozmaitych rodzajów opozycji, doszli celebryci, influencerzy, blogerzy i szara internetowa masa, w której wyróżniają się znaczeniem zorganizowane plemiona polityczne. Zaś ludzie mający coś do powiedzenia egzystują na marginesie albo – jeśli chcą zaistnieć – zaczynają upraszczać i budzić emocje. Te ostatnie stały się kluczem.
W nakręconym dziesięć lat temu filmie „Nowy początek” (reż. Denis Villeneuve) znajduje się scena, która doskonale wyjaśnia, dlaczego porozumienie między ekspertami, politykami, mediami i społeczeństwem jest tak trudne, że być może niemożliwe. Bohaterowie filmu to naukowcy stojący przed zadaniem zrozumienia języka, jakim posługują się istoty pozaziemskie, których dwanaście statków wylądowało w różnych punktach globu. Rozszyfrowanie języka jest skrajnie trudne, gdyż opiera się on na zasadach całkowicie odmiennych od tych, na jakich funkcjonują języki na Ziemi. Para amerykańskich naukowców nie jest całkowicie pewna rezultatów swojej pracy, decydenci żądają wyników, a władze różnych krajów inaczej rozumieją przekazy i realizują swoją agendę polityczną. I wtedy na chwilę kamera wychyla się z usytuowanych na pustkowiach Montany baraków wypełnionych komputerami, obsługiwanymi przez zaaferowanych analityków, i z tajemniczych pomieszczeń na statku kosmicznym, gdzie odbywają się spotkania z Obcymi, i pokazuje to, co się dzieje w społeczeństwie. A tam wrze. Setki tysięcy demonstrantów domagają się podjęcia radykalnych środków, zaatakowania obcych statków w imię obrony ludzkości. I oskarżają administrację o podejrzane machinacje kosztem obywateli.
Kontrast nastrojów świata, w którym podejmuje się decyzje, ze światem ludzi, których te decyzje dotykają, jest dojmujący. W tym pierwszym panuje niepewność, waży się każde słowo i oblicza możliwe konsekwencje. Ten drugi żyje nieomal wyłącznie emocjami, które są podsycane szczupłością informacji płynących od uczestników pierwszego ze światów. Czyż nie przypomina to żywo sytuacji pandemii? Rządy stojące wobec nieznanego zagrożenia, inwestujące chaotycznie w stworzenie szczepionki, o której nie wiadomo, czy rozwiąże problem, wprowadzające reżimy sanitarne doprowadzone czasem do absurdalnej przesady, jak słynny zakaz wyjścia do lasu. Kwarantanny, lockdowny, limity obecności w pomieszczeniach, a jednocześnie politycy ściskający tysiące rąk na wiecach wyborczych, bo przecież kampanię wygrać trzeba. Epidemiolodzy usiłujący rozwiązać zagadkę, pozbawieni pewności, czy idą dobrą drogą. Decydenci żądający od nich jasnych i jednoznacznych odpowiedzi, żeby można je było przekazać na konferencjach prasowych i uspokoić nastroje. A nastroje buzowały i trwale zmieniły krajobraz polityczny. Tylko właściciele firm farmaceutycznych liczyli zyski i zabezpieczali się przed prawnymi skutkami błędów. Ich przewagę nad resztą aktorów dobrze pokazuje godna politowania historia Ursuli von der Leyen, kasującej SMS-y, którymi negocjowała wielomiliardowe kontrakty (w strachu przed odpowiedzialnością?). Po tej wizycie „obcych” w krajobrazie społecznym i medialnym zostały zgliszcza.
Sprawa Grenlandii: polityka przegrywa z emocjami
Inny filmowy przykład to serial „Dyplomatka” (dostępny na Netfliksie), w którym okazuje się, że atak terrorystyczny na brytyjski okręt wojenny, gdzie zginęło kilkudziesięciu marynarzy, został zainspirowany przez amerykańską wiceprezydent. W poruszającej scenie tłumaczy ona wstrząśniętej ambasador swego kraju w Londynie, jaka kalkulacja geopolityczna za tym stała. I znowu widać kontrast między światem zimnej oceny sytuacji a światem emocji. Między nimi nie ma komunikacji.
Czy ta sytuacja nie przypomina z kolei sporu o Grenlandię? Geostrategiczne znaczenie wyspy jest oczywiste od czasu II wojny światowej, gdy Niemcy snuły plany zbudowania tam bazy U-Bootów, a Amerykanie, by temu zapobiec, przejęli nad nią kontrolę na podstawie pozbawionej prawnych podstaw umowy z ambasadorem Danii, który działał wbrew instrukcjom swojego rządu. Po wojnie Grenlandia wróciła pod skrzydła Kopenhagi, choć Stany Zjednoczone wynegocjowały umowę pozwalającą im praktycznie na dowolne działania na tym terytorium. Wykorzystali ją do stworzenia systemu baz wojskowych, które zabezpieczały Zachód przed możliwą agresją Związku Radzieckiego. W roku 2024 rząd w Nuuk uchwalił, że będzie dążył do uzyskania niepodległości, co wiąże się z koniecznością pozyskania finansowania, bo trzecia część budżetu przychodzi z Danii. Po uzyskaniu niepodległości umowa z Danią nie musiałaby obowiązywać Grenlandii. Czy możliwy jest scenariusz podobny, jak z Wyspami Salomona, gdzie Chiny w wyniku układu z roku 2022 uzyskały możliwość bazowania swojej floty za niewygórowaną kwotę 30 mln dolarów darowizny i niewiele więcej w pożyczkach? Nie byłoby już tak tanio, bo dotacja z Danii to ok. 800 mln euro rocznie, ale też towar cenniejszy.
Perspektywa usadowienia się Chin w miejscu kluczowym ze względu na obserwację trajektorii rakiet balistycznych, które mogą zaatakować Stany Zjednoczone, a w dodatku w miejscu dobrze zaopatrzonym w krytyczne minerały była czarnym snem amerykańskich administracji. Na pewno nie wyłącznie administracji Trumpa. Tylko czy mógł on swoje żądanie lepiej zakomunikować? Jeden z członków jego pierwszej administracji Alexander Gray powiedział ostatnio, że powodem, dla którego prezydent USA stosuje zwykle tak ostrą retorykę, jaką zastosował w przypadku Grenlandii, niekoniecznie może być chęć wywarcia wrażenia na partnerach. Choć sukces akcji polegającej na skłonieniu sojuszników w NATO do zwiększenia nakładów na obronność wskazuje na skuteczność tej metody. Według Graya mogło chodzić o przekaz do własnego zaplecza: wyjęcie tej sprawy z kategorii „jednej z wielu” i przeniesienie do kategorii „pilnej i koniecznej”.
Gdyby to była prawda, wówczas mielibyśmy do czynienia z sytuacją, w której chęć zmuszenia do działania własnej administracji przy pomocy ostrej retoryki stworzyła podstawy do silnego międzynarodowego konfliktu angażującego emocje. Europejczycy sięgnęli po retorykę godnościową, duński rząd wykorzystał konflikt do wzmocnienia swojej pozycji na antytrumpizmie i antyamerykanizmie, zaś Grenlandczycy zagrali w grę „Precz z imperializmem!”.
Cały dyskurs oddalił się gwałtownie od meritum. Prosta opowieść o tym, że należy zabezpieczyć nasz świat przed Chinami, konsekwentnie budującymi swoją pozycję do starcia, które może nastąpić nawet za dziesięciolecia, nie ma w tej chwili szans na wysłuchanie. W świecie, w którym przekaz jest modyfikowany przez własne niedoskonałości przywódców, inercję wykonawców ich poleceń i wielość politycznych aktorów realizujących własne interesy, a potem jest filtrowany przez internetową magmę i poszukujące klikalności media, porozumienie jest niemal niemożliwe. Mamy wówczas do czynienia z dwoma rzeczywistościami: światem zimnej oceny sytuacji i światem emocji. Nadzieja, że między nimi uda się zbudować trwały most, jest chyba złudzeniem.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu