Trudno o bardziej różniących się od siebie mówców. Mark Carney wygłosił przemówienie stosunkowo krótkie, bardzo dobrze zorganizowane i sugestywne retorycznie, Trump za to mówił długo i rozwlekle, wpadał w niezliczone dywagacje, jednak jego podstawowy przekaz zamknął się w kilku krótkich zdaniach. Carney mówił jak zdyscyplinowany intelektualnie szef organizacji finansowej, którym zresztą przez wiele lat był (prezes Bank of Canada). Trump wypowiadał się jak sprzedawca, który pragnie uśpić czujność interlokutora, przytłoczyć go wielością argumentów z różnych dziedzin i wciągnąć w budowany przez siebie świat, aby ostatecznie dobić targu.

W pojedynku na zrobienie dobrego wrażenia na słuchaczach Carney pozostawił rywala daleko w tyle. Jego zdanie „Nie możemy dłużej polegać wyłącznie na sile naszych wartości. Musimy także dostrzec wartość naszej siły”, zostało zacytowane przez kanclerza Niemiec i natychmiast obiegło media. Kanadyjski premier stwierdził też, że „podporządkowanie nie zapewni bezpieczeństwa” i czas przestać ulegać przyjemnej fikcji, że żyjemy w świecie rządzonym jakimiś regułami. Nastąpiło zerwanie ze starym porządkiem. A skoro tak, to kraje takie jak Kanada powinny pójść drogą – tu odniósł się do słów prezydenta Finlandii, Alexandra Stubba – „realizmu opartego na wartościach”.

Oznacza to – i tu znajduje się w moim przekonaniu sedno jego propozycji – że kraje mniejsze i średnie powinny korzystać ze swobody zawierania zgodnych z ich wartościami układów i sojuszy na zasadzie równego dystansu od sojuszników i adwersarzy. Za każdym razem powinna decydować ocena indywidualna. Sojusznicy nie powinni być traktowani lepiej tylko dlatego, że są sojusznikami. Trzeba stosować „te same standardy do sojuszników i przeciwników”.

Donald Trump: Grenlandia? Ameryka wam to zapamięta!

W czasie niedawnej wizyty w Pekinie, kiedy Carney i Xi Jinping poczynili szereg uzgodnień handlowych, po czym premier Kanady wypowiedział zastanawiające słowa o budowaniu nowego światowego porządku wspólnie z Chinami. Wzbudziło to pełne niepokoju komentarze. Jest więcej niż prawdopodobne, że Kanadyjczyk miał na myśli właśnie to, co teraz wyłożył w Davos: jego kraj będzie stosował zasadę równego dystansu i wchodził w relacje z tymi i w taki sposób, jak uzna to za stosowne, bez oglądania się na to, w jakim obozie znajdował się poprzednio jego partner.

Byłaby to pełna realizacja świata wielobiegunowego zakładająca z czasem rozmontowanie systemu istniejących sojuszy. Oczywiście zwolennicy stylu myślenia Carneya odpowiedzą na to, że sojusze rozmontowuje całkiem kto inny, a premier Kanady tylko wyciąga z tego konsekwencje. Jednak uważne wysłuchanie przemówienia Donalda Trumpa wskazuje inne wyjaśnienie.

Wśród morza słów, które wypowiedział prezydent Stanów Zjednoczonych i które posłużyły za „masa tabulettae” dla jego głównych myśli, wyczytać można następujący przekaz: chcemy silnego i zjednoczonego Zachodu, chcemy silnych sojuszników, chcemy, aby Europa była silna. Potem, w części odnoszącej się do Grenlandii, Trump dodał znamienne zdanie, że gdy Europejczycy odmówią spełnienia żądań, wówczas „zapamiętamy to”. Zaproponował więc wzmocnienie i konsolidację obozu Zachodu pod bezwzględnym i niekwestionowanym kierownictwem Ameryki.

Mamy więc do czynienia z wizją Carneya, która pozornie jest „wolnościowa”. Została nawet skonstruowana przy użyciu słynnego eseju Václava Havla „Siła bezsilnych” sprzed prawie pół wieku, co sugeruje jakiś rodzaj związku między tamtym światem zabetonowanym przez Związek Radziecki a obecnym – zdominowanym przez Stany Zjednoczone. Jest to nota bene porównanie całkowicie fałszywe i oderwane od realiów przedstawionych przez Havla, ale można iść o zakład, że mało kto na sali konferencyjnej w Davos Havla czytał, a nawet jeśli czytał, to był zbyt zachwycony siłą antyamerykańskiej wizji, aby bawić się w szczegóły.

Druga wizja, wizja Trumpa, to świat podzielony na obozy, z których jeden jest całkowicie podporządkowany przywódcy, krajowi najsilniejszemu, czyli Ameryce. Kropka.

Carney wprowadza Europę w przyjemny sen. Wybudzić nas może chińsko-rosyjski kolos

Wizja lidera Kanady jest kusząca. Pasuje doskonale do sposobu myślenia, do jakiego się przyzwyczaił świat zachodni zdominowany przez liberalne elity. Daje ona pozór kultywowania wspólnych wartości i złudzenie własnej siły. Pokazał to kanclerz Friedrich Merz, który w tymże Davos powiedział, że „Nie jesteśmy zdani na łaskę tego świata”, a kilkanaście godzin później zgromadzeni w Brukseli szefowie rządów Unii Europejskiej postanowili wspólnie zamanifestować swoją siłę i niezależność. Charakterystyczny jest tu cytat z anonimowego dyplomaty przytoczony przez Politico: „To nie może być bezpieczeństwo lub obrona, to nie może być siła gospodarcza lub zależność handlowa, to musi być wszystko, wszystko naraz”.

Wizja Trumpa jest niemiła dla przywiązanych do korzystania z wolności Europejczyków. Zapewne lepiej odnosi się do niebezpieczeństw, jakie niesie ze sobą przyszłość, ale na poziomie imponderabiliów jest trudna do przyjęcia. Jak praktycznie wszystko, co prezentuje sobą amerykański prezydent.

Tylko paradoksalnie pójście za wizją Carneya może oznaczać pogrążenie się w przyjemnym śnie, który skończy się w chwili, gdy kolos chińsko-rosyjski uzna, że czas już podporządkować sobie rozbity obóz zachodniego świata. Wówczas okaże się, że Ameryka, która po drodze zbuduje potężny system obronny nazwany „Złotą kopułą”, będzie bezpieczna, zaś kraje, które postanowiły stosować zasadę równego dystansu wobec Chin, Rosji i USA, pozostaną osamotnione. Natomiast pójście za wizją Trumpa oznacza wzmocnienie obozu wolności, w którym co prawda jeden jest największy i żąda dla siebie najwięcej praw, ale co do zasady można ze sobą rozmawiać i negocjować.