Z Jerzym Puciłowskim rozmawia Magdalena Rigamonti
Pamięta pan, jak weszli?
Po dwa razy wchodzili. I Niemcy, i Ruscy.
Reklama
Ruscy wyzwolili.
W propagandzie wyzwolili, w rzeczywistości zniewolili. Przez nich wojna skończyła się dla mnie dopiero w styczniu 1946 r. Wtedy wróciłem z Sybiru, z sowieckiego łagru. Wykończony, chory 19-latek.

Reklama
Oni znowu wywożą.
Wiem. Rosjanie znowu wywożą na Sybir. W moim łagrze była duża grupa Ukraińców. Pracowaliśmy niekiedy razem. Dzięki Ukraińcom widzę. W kopalni, na dole, ładowaliśmy na wagoniki po powodzi piasek. Straciłem równowagę i upadłem na linę stalową. Wysłużoną, o grubości półtora palca. Sterczały z niej takie cienkie druciki. I właśnie na nie się nadziałem. Wbiły się w okolice oka. Ruski dziesiatnik, który zawiadywał dziesiątką ludzi, mówi, że nic mi nie będzie. No to najpierw jeden Ukrainiec do niego podszedł. Nic. Ruski nie chciał nawet rozmawiać. Potem kilku podeszło. I wymogli, żeby wywieźć mnie na górę i założyć mi opatrunek, bo przecież krew mi zalewała oko, całą twarz mi zalewała. Nic nie widziałem. Uratowali mnie.
W sierpniu 1939 r. miał pan prawie 13 lat.
Ale jak się ma 13 lat, to już się nie jest dzieckiem. Atmosfera była taka, że wszyscy jesteśmy silni, zwarci i gotowi. Potem ojca zmobilizowano... Wrzesień 1939 r., na Polskę napadają Niemcy. Siedzą w Białymstoku siedem albo dziesięć dni. I w myśl porozumienia z Sowietami się wycofują. Jednak w ciągu tych dziesięciu dni wystrzelali całkiem sporo Polaków.
17 września 1939 r. do Białegostoku wchodzą Rosjanie.
Do Polski wchodzą. Bolszewicy.
Ulga?
Nie. Poza tym nie mówiliśmy „Rosjanie”. Mówiliśmy „kacapy”. I wie pani, do tej pory tak o nich myślę. Tłuszcza. Nic się nie zmienili. Są tacy sami i teraz.
Zaraz pan powie: swołocz, dzicz.
„Tłuszcza” to polskie słowo. „Swołocz” - rosyjskie. Dzicz, tak, dzicz. To, co robią w Ukrainie, jak mordują, jak gwałcą, jak rabują - tłuszcza, swołocz, dzicz. Jak ich inaczej nazwać, no jak? Dla mnie oni wtedy nie przypominali ludzi, ich zachowanie nie przypominało zachowań ludzkich. Biegali od sklepu do sklepu, kradli. Często widziałem, jak pytali: a gdzie u was awtoruczki, gdzie u was awtoruczki? Chodziło o pióro wieczne.
Po co?
A po co były im zegarki? Po trzy na jednej ręce? Po co? Wstyd się przyznać, ale myśleliśmy o nich, że to podludzie. Moja matka opowiadała mi o nich. Chodziła do szkoły w Grodnie, gdzie za użycie języka polskiego bito po twarzy. Rosjanie mówili, że polski to przekręcony rosyjski język. Jak pani wspomniała, miałem dopiero 13 lat, ale też świadomość, że to wróg, oprawca, najazd Hunów, jakichś takich cywilizacyjnie zacofanych.
Baliście się?
Tak, ale to jeszcze nie był paniczny strach. Do 10 lutego 1940 r., do pierwszej wywózki na Sybir, to jeszcze nie był ten strach. Jak weszła ta ich wielka armia, to wielu białostockich Żydów i Polaków komunistów zrobiło im bramę powitalną. Poszedłem to zobaczyć. Nasz numer domu był 35, a dziadków 21, tam była nasza piekarnia. Idę do dziadków, patrzę naprzeciw, przy ul. Traugutta stoi ta brama powitalna z czerwonymi sztandarami i gromadą ludzi wykrzykujących powitalne hasła.
Ile osób?
Około setki. Patrzę, idzie kolumna. Żałosny widok. Obdartusy po prostu. Widzieliśmy wcześniej polskie wojsko. Piękne mundury jak z wystawy. A Ruscy? Najpierw idzie piechota. Już z daleka słychać dziwny dźwięk, jakby żelazo o żelazo tłukło. Z bliska było widać co to. U nas bagnety były nakładane, wciskane na lufę, a u nich takie jakby łamane, trójgraniaste. Do tego ruskie wykonanie. Waliły, jeden kawałek metalu o drugi, więc Ruscy wiązali to sznurkami. Dalej idzie kawaleria. Kawaleria!
Śmieje się pan.
Śmieję się, bo oni nogami sięgali ziemi. Te konie to były syberyjskie kucyki. A potem małe wozy, takie kołchozowe furmaneczki. Naprawdę żałosny widok. Jeszcze do tego strasznie od nich śmierdziało. Wszy mieli wszyscy, więc smarowali się dziegciem, smarem takim śmierdzącym. Trzeba wiedzieć, że sowiecka gospodarka znacjonalizowała całą prywatną własność. Dotyczyło to i domów. Najpierw zabrali nam jeden pokój, potem następne dwa. Pierwszy lokator od nich powiedział, że dostał nakaz zamieszkania u nas. Ale jak to, dlaczego? Dla nas to było ogromne zaskoczenie. Po nim przyszedł major artylerii. Jego namiętnością było polowanie. Co kilka dni przynosił różne okazy i rzucał na podłogę. Raz przyniósł wilka, idiota. Po nim nastała rodzina Gapiejewów. Ojciec Gapiejew to był prawdziwy enkawudzista. Jeden, który u nas mieszkał, taki napompowany propagandą, wychodziła na każdym kroku, w jego każdym zdaniu. Mówił: u was nie ma żadnej kultury. Ojciec zapytał, dlaczego tak uważa. A on, że u nas nie ma zegarów na ulicach. Ojciec na to, że nie potrzebujemy na ulicach, bo mamy na rękach. A on, a gdzie u was odwszalnie? Ojciec mówi, że ludzie u nas nie mają wszy, że jest czysto, nie ma potrzeby organizowania odwszalni. Tamten nie daje za wygraną i mówi: a po co wam takie wielkie konie. Ten ich odwrócony sposób myślenia był niesamowity. Potem jeszcze wiele razy miałem z nim do czynienia. W Białymstoku był sklep Społem. Ładny, elegancki. Jak Ruscy weszli, to od razu go zamknęli i o 6 rano trzeba było stanąć w kolejce z własnym opakowaniem, żeby kupić np. taki żółty, źle rafinowany cukier. Ruskich ciągle przybywało. A Polaków ubywało. 10 lutego 1940 r. na lekcję do mojej klasy nie przyszła jedna czwarta koleżanek i kolegów. Jakby zniknęli. To była pierwsza wywózka na Sybir.
Wiedzieliście o tym, że ich wywieziono?
Nie, początkowo absolutnie nic nie było wiadomo.
Co się mówiło?
Nic. Wiedzieliśmy tylko, że Ruscy wchodzą do domu i mówią: zbierajcie się.
Macie 20 minut.
Czas na spakowanie zależał od naczelnika konwoju, który z reguły był oficerem NKWD. Jedni dawali 20 minut, tacy bardziej liberalni - godzinę. Niektórzy nawet doradzali, co wziąć. A byli też tacy, którzy poganiali, byle szybciej, byle większe nerwy, byle niepokój, panika. Po tej wywózce mama zaczęła gromadzić toboły. Na wszelki wypadek. Słyszę, że teraz wielu Ukraińców, Ukrainek miało spakowaną walizkę, torbę na wypadek wojny. U nas jeden pokój był praktycznie zawalony tymi tobołami. Ojciec się śmiał, mówił do mamy: mylisz, że ci pozwolą zabrać tyle?
Życie w takim strachu, że wejdą, że każą się zbierać jest...
Straszne. Pamiętam to napięcie, ten lęk. W ich systemie tzw. sowieckiej demokracji, w której panował powszechny terror, wymyślono szatański powszechny system nadzoru nad mieszkańcami. Wprowadzono tzw. paragrafy, w myśl których regulowali miejsce zamieszkania każdej rodziny. Mieli w tym dwa cele. Chodziło o znalezienie miejsca dla swoich, przybywających tysiącami do Białegostoku i o rozbicie polskich rodzin. W myśl różnych paragrafów, a było ich wiele, każda rodzina musiała wyprowadzić się o 5, 10, 15, a nawet 50 km od miejsca swojego zamieszkania. Do nas przyszedł milicjant i polecił rodzicom zjawić się w komisariacie. Dostali nakaz meldowania się co trzy dni i czekania na ustalenia paragrafu. Ojciec jeszcze wtedy usiłował prowadzić piekarnię. Gdzieś w marcu albo w kwietniu 1940 r. jeden z tych Rosjan mieszkających u nas, enkawudzista Gapiejew, powiedział, że piekarnia to - uwaga - brudna sprawa. I że prowadzenie prywatnej działalności jest bardzo źle widziane. Zaproponował, że załatwi ojcu pracę u nich w piekarni w koszarach 42. Pułku Piechoty. Mówił, że u nich liczy się tylko praca, a nie własność, że to nie jest taka zwykła robota i że musi za ojca poręczyć. Wspomniałem już wcześniej, że to był świat wywrócony do góry nogami. Ojciec po pracy chodził tam na jakieś szkolenia. Przechowywał jakieś idiotyczne dyktanda, w których pisał, że żyjemy pod słońcem stalinowskiej konstytucji. Straszne banialuki. Zarazem patrzę na to też z innej strony, że ten komunista z wypranym mózgiem miał ludzkie odruchy, doradził, żeby nie prowadzić piekarni, bo to niebezpieczne, i w ten sposób nas uratował. Co świadczy o tym, że nie był tylko stalinowskim oprychem. Po Gapiejewach zamieszkała u nas rodzina z Woroneża. On zawsze elegancko ubrany, w długim szynelu. Pięknie mówił po rosyjsku. A żona robiła wrażenie co najmniej arystokratki. Wyraźnie się różniła od innych. Często przychodziła na pogaduszki do mojej matki. Mieliśmy drugi dom w Białymstoku, który ojciec zbudował z materiałów po drewnianym kościele w Szudziałowie. Przed wojną kupił je od tamtejszego księdza, który chciał zrobić miejsce pod budowę nowego kościoła. W tym nowym domu przed wojną rodzice wynajmowali mieszkania dziesięciu rodzinom. Kiedy weszli Rosjanie, wynajmować już nie można było, bo to niesprawiedliwość przecież. Zresztą dokwaterowywali tam swoich. W jednym z mieszkań na pierwszym piętrze osiedlił się komandir ze swoją żoną urzędniczką. Jak się później okazało, wysoko postawioną urzędniczką. Była Białorusinką, pochodziła z Borysowa. I między moją mamą a nią wytworzyło się jakieś takie sąsiedzkie koleżeństwo.
Przychodziła do was, rozmawiała szczerze?
Nie, nie. Żadne polityczne tematy, wszystko ostrożnie, bez podtekstów. Baliśmy się przecież. Nad nami mieszkał niejaki pan Leśniak, który chyba pracował w naszym wywiadzie. Miał dwoje małych dzieci. Na moich oczach ich sprowadzali. Pamiętam ten widok makabryczny. Cały czas ktoś znikał. Naszą rodzinę zza Sokółki zesłano. Do dziś nie wiadomo, co się z nimi stało. W 1941 r. mama powiedziała, że była u nas Białorusinka, zobaczyła nasze toboły w jednym z pokojów i powiedziała: bądźcie spokojni Leokadio Aleksandrowna, was nie wywiozą. Mama zapytała, skąd wie, a ona, że pracuje w miejskim komitecie partyjnym. W ich systemie do list wywozowych NKWD potrzebny był akcept partii, a w partii pracowała ona na jakimś eksponowanym stanowisku. Potem się okazało, że nasza rodzina była już na liście do wywózki i że ona nas wykreśliła. Powiedziała tylko, że mamy się z tego nie cieszyć, nie okazywać żadnej radości. Ba, mamy być nadal posępni. Nam przed tą ostatnią, czwartą wywózką wróciło życie. Dosłownie wróciło.
Ściskaliście się, przytulaliście się?
Tak, byliśmy szczęśliwi, że zostajemy, że nie jedziemy.
Czuje pan wdzięczność do tej Białorusinki?
Ogromną. Jakiś czas temu wyczytałem, że spłonął kościół w Borysowie i że szukają środków na odbudowę, to od razu wysłałem jakieś pieniądze. Tylko tak mogę się odwdzięczyć, bo wstyd się przyznać, ale nie pamiętam jej nazwiska. Szkoda. Pamiętam tylko ten Borysów.
Rozumiem, że kiedy pod koniec czerwca 1941 r. do Białegostoku weszli Niemcy, to ulga?
Ulga. Cieszyliśmy się, jak Niemcy weszli. Przez chwilę, ale się cieszyliśmy. Większość się cieszyła, nie tylko moja rodzina. Szum, a nad głowami leci armada, patrzę czarne krzyże. 46 samolotów. Tak, poczuliśmy ulgę.
Że Ruskich nie będzie?
Że nie będzie wywózek. Szczególnie że dwa dni przed atakiem Hitlera na Związek Radziecki nastąpiła kolejna duża wywózka Polaków na Sybir. Po chwili już getto, wywożenia do obozów, na roboty. W szkole powszechnej miałem dwie koleżanki Żydówki - Zosię Ukowicką i Sabinę Mittelsbach. Pewnego dnia zniknęły. Innego dnia przelatuje samolot, na miasto wysypują się ulotki, a na nich napisane: w związku z akcją bandytów zarządziłem rozstrzelanie tysiąca polskich zakładników. Ci bandyci to oczywiście żołnierze Armii Krajowej. Generał Fromm z SS tak zarządził. Potem likwidacja getta w 1943 r. i praktycznie zrównanie go z ziemią. Rok później, jak Niemcy palili cały Białystok, to byliśmy w miejscowości Izbiszcze. Ojciec wydelegował swojego kuzyna, który z nami tam pojechał. Pracował w firmie zajmującej się skupem mleka. A w tych Izbiszczach najważniejszy i najładniejszy, duży, murowany budynek to było miejsce, gdzie skupowano mleko i wstępnie je przetwarzano. Oddzielano śmietanę od mleka. Robiono sery. Mieszkaliśmy na strychu, razem z trzema innymi rodzinami. Wielki strych, przestrzeń była dostateczna. I na miejscu jedzenie, oczywiście głównie nabiał. AK-owcy partyzanci przychodzili z lasu i też tam się zaopatrywali. Mój ojciec, dwaj dziadkowie i babcia byli w tym czasie w Białymstoku. Kiedy dotarła do nas wiadomość, że Niemców już nie ma, postanowiliśmy wracać. Białystok jeszcze płonął. Wstrząsające wrażenie. I smród straszny. Miasto niemal przestało istnieć.
Wasz dom?
Ostał się. On przylegał do centrum. Niedaleko obecnego Muzeum Pamięci Sybiru.
Jak przyszli Ruscy, to znowu ulga?
To znowu ulga, jakaś taka dziwna, ale jednak ulga. W porównaniu z Rosjanami Niemcy byli ślepi jak koty w worku. Działali po omacku. Natomiast Ruscy czuli się u nas jak u siebie. Mieli wszystko rozpracowane, rozeznane w szczegółach, agenturę mieli znakomicie zorganizowaną. Niedługo ta ulga trwała, bo przecież wiadomości przenikały do nas. Mieliśmy wspaniałą prasę podziemną, wydawano książki. Pierwszy „Dywizjon 303” czytałem właśnie wtedy. Pamiętam, Niemcy wpadają na kontrolę do piekarni, a ja czytam tę książkę. Zdębiałem najpierw. Wsunąłem ją pomiędzy bochenki. Nie zwrócili uwagi. O Katyniu wiedzieliśmy od razu, jak tylko Niemcy ogłosili w swojej prasie, wiosną 1943 r. Od razu komunikat w podziemiu poszedł.
W stalinowskiej Rosji panowała zasada, że wszyscy, którzy byli jeńcami niemieckimi, stawali się ludźmi niegodnymi zaufania i wsadzano ich do łagrów. Szeszow mówił, że gdyby go nie wsadzili, wysłaliby go jako mięso armatnie na wojnę. W łagrze to on zawsze był w najlepszym humorze
Wiedzieliście, co Rosjanie zrobili z naszą elitą, a mimo to mówi pan, że czuł pan ulgę, kiedy weszli w 1944 r.
Zmiana zawsze powoduje, że pierścień opresji się luzuje. Przynajmniej na chwilę. I jest nadzieja, że będzie lepiej. Białystok był spalony. Na 11 listopada 1944 r. przed katedrą Rosjanie pozwolili zrobić widowisko z mszą świętą, z udziałem żołnierzy berlingowców, z przemówieniami. Myśleliśmy: Boże, będzie wolna Polska. Proszę pamiętać, że to jedyny raz do 1989 r., kiedy obchodzono u nas Święto Niepodległości. Jednak szybko się przekonaliśmy, co oni chcą z nami zrobić - Stalin, Sowieci. Nie mieliśmy też żadnych złudzeń, że Ruscy zamordowali naszych oficerów w Katyniu. Niemcy w perfidny sposób wykorzystali informacje o katyńskich mordach do swojej propagandy, ale wierzyliśmy im. Wiedzieliśmy, że tylko Ruscy są zdolni do czegoś takiego. Moja siostra raz na kwartał wysyłała paczki do niemieckiego obozu jenieckiego, do Murnau. AK przekazywało informacje, komu takie paczki wysyłać, kto jest sam, nie ma nikogo, kto potrzebuje, komu to pomoże, podtrzyma na duchu. To była wielka sieć pomocowa i wszystkie paczki do obozów jenieckich docierały. Wiem, bo siostra zawsze otrzymywała listy z podziękowaniem od polskich żołnierzy, którzy byli tam przetrzymywani. Dzięki temu było wiadomo, że ci jeńcy żyją i jak Niemcy ich traktują: że trzymają w zamknięciu, ale nie mordują, nie wiążą rąk drutem i nie zabijają strzałem w tył głowy. Mimo innych okrucieństw, jakich się dopuszczali, w zasadzie traktowali tam jeńców, mimo wielu wyjątków, zgodnie z konwencją genewską. A Ruscy, Boże ty mój, oni nawet swoich traktowali strasznie. W łagrze siedzieli ze mną też Rosjanie. Jeden o typowym rosyjskim nazwisku Iwanow. Opowiadał, jak im się żyło za cara, ile ojciec miał świń, ile krów, ile hektarów. Inny to był taki, którego Niemcy pojmali, a Ruscy potem odbili. Nazywał się Szeszow. I zesłali go do łagru za to, że dał się złapać Niemcom. W stalinowskiej Rosji panowała zasada, że wszyscy, którzy byli jeńcami niemieckimi, stawali się ludźmi niegodnymi zaufania i wsadzano ich do łagrów. Uważano, że muszą być pod państwową kontrolą. Szeszow sądził, że to normalne: posiedzi, posiedzi, aż w końcu wyjdzie. Mówił, że gdyby go nie wsadzili, to czekałyby go sztrafnyje bataliony. Wysłaliby go jako mięso armatnie na wojnę. Jeden karabin na dwóch i pola minowe rozminowywać. W tym łagrze to on zawsze był w najlepszym humorze. Mówił, że to, co się tu dzieje, to bajki.
Pan tam pracował w kopalni.
Moja praca polegała na kładzeniu stempli w podziemnych chodnikach. Proszę z półki sięgnąć tę książkę, z napisem „Stalinogorsk”.
Stalinogorsk to pana miejsce zsyłki, pana łagier.
Kupiłem tę książkę, tam są moje dwie daty urodzenia, jedna 1927 r., druga 1928 r. Ta późniejsza to z auswajsu okupacyjnego, niemieckiego, podrobionego przez nasze AK-owskie służby. Chodziło o to, żebym był młodszy i żeby mnie nie wywieźli do Niemiec. Dla Sowietów już byłem odpowiedni na zsyłkę. Proszę spojrzeć na tę legitymację.
Tu proszę spojrzeć.
„Żołnierz Armii Krajowej, pseudonim Robert, w plutonie dywersyjnym Szarych Szeregów”.
Ruscy polskiego podziemia nienawidzili. Kiedy we wrześniu 1944 r. wróciliśmy do Białegostoku, to pierwszy miesiąc poświęciliśmy na sprzątanie szkół, które ocalały z pożarów, przede wszystkim naszego gimnazjum im. Zygmunta Augusta. I zaraz wszyscy wiedzieli, że Rosjanie to nie to, na co czekaliśmy. I ulga, o której już mówiłem, zaczyna powoli odchodzić.
Serce do walki się rwie?
Rwie się. I budzi się sprzeciw, który kłóci się z rozwagą. Przechodzenie na rozkaz dowódcy plutonu po Białymstoku wieczorem z pistoletami pod płaszczem, w grupach po dwóch, w odległości wzrokowej - czyli przenoszenie w sumie 20 sztuk broni - to nie jest przecież rozsądne, bezpieczne i mądre.
Czuł pan, że Sowieci pana złapią?
A skąd! Jak się jest młodym, to się nie myśli, że coś złego może się wydarzyć. Świat jest wtedy otwarty. Nie myśli się, że się umrze, że coś złego się stanie, nie bierze się tego pod uwagę. Kiedy Niemcy aresztowali moją siostrę, to ojciec przez różne znajomości załatwił, że mogła wyjść z celi i pracować w ogródku. I co? Nie chciała. Wolała siedzieć w zamknięciu, niż pracować u Niemca. Takie wtedy było myślenie młodych ludzi. Kiedy Gestapo aresztowało moją siostrę, to Niemcy przyszli do domu, jeden policjant i 10 albo więcej esesmanów białoruskich. Siostra klękła i zaczęła się modlić. Jeden oficer mówi: niech się modli, niech skończy. A jak mnie potem Ruscy aresztowali, to do toalety ze mną weszli. Dwóch nawet. Ruscy wyłapywali polskie podziemie. Najpierw mnie wzięli na tzw. badania, na dwa tygodnie. Każdej nocy, o 1, te badania się zaczynały. Brutalne przesłuchiwania. Potem więzienie, tam też karcer, z którego jak się wychodzi, to czuje się wolność... Pani sobie wyobraża, siedzieć w takim pomieszczeniu, że się człowiek w zasadzie nie mieści. Jeden plus, że miałem okno, tyle że bez szyby, a to grudzień przecież. Myślałem, że mi pozwolą zostać w ciepłych ubraniach. Nie pozwolili. Dziś nie pamiętam, czy buty mi zostawili, czy nie. A buty miałem dobre, bo kiedy mnie wyprowadzali z domu, mama kazała mi włożyć narciarskie buty.
Skąd w Białymstoku miał pan narciarskie buty?
Tam w okolicach były doskonałe warunki narciarskie i całkiem dobre stoki na Pietraszach.
Jak pan siedział w więzieniu, to mówiło się, że będą was wysyłać na Sybir?
Nie mówiło się, ale wszyscy wiedzieli, że to nieuchronne.
Do pociągu i 10 dni?
10 dni, tyle jechaliśmy.
Jak jest w takim pociągu?
Makabra. Podjeżdża więzienny samochód pod bydlęcy wagon, wchodzi się, niewiele widać, w środku jest dziura w podłodze, dwa okienka zabite dechami, zamykają wagony, odrutowują te drzwi, bo przecież żadnych kłódek nie mają. Pierwsza doba w zamknięciu. Potem na przystankach wiadra zimnej wody.
Rozmawia się?
Niewiele. Każdy zatopiony we własnych myślach. I co dalej, i co, i jak. Byłem tam ze swoim przyjacielem Jurkiem Perko. Przynajmniej miałem do kogo gębę otworzyć. Potem, w miarę upływu czasu, ludzie zaczynali mówić. Takie wspólne bytowanie wymusza zbliżenie. Opowiada się o domu, o tym, co się jadło, co piło, bo jak człowiek głodny, to zbiera się na wspominki kulinarne. Potem ciągle myśli się o jedzeniu. Wszystko przez ten głód straszny, przez tę piszczącą biedę. Raz moi kuzyni, którzy wracali z zesłania z Kazachstanu, w drodze przez Lwów, przysłali mi sto rubli. W łagrowskim sklepiku sprzedawano placki z dwóch surowców - rozgotowanych ziemniaków i owsa. I jeszcze chleb. Gospodarowałem tymi rublami długo i nieoszczędnie. Od razu po pierwszym zakupie bocheneczka chleba kalkulowałem, przeliczając nasze obozowe, głodowe racje żywnościowe, że starczy mi na długo. Myślałem, że może na tydzień. A zjadłem w ciągu pół godziny. Kroiłem sobie pajdkę, resztę chleba zawijałem w brudny ręcznik i pod siennik. Jeszcze wtedy miałem siennik. Potem go sprzedałem i spałem na gołych deskach. Po pięciu minutach znowu wyciągałem zawiniątko i znowu pajdkę, i znowu zawijałem i chowałem. I znowu, i znowu. I następnego dnia znowu kupowałem chleb i następnego dnia tak samo. Tam się ciągle głodowało, te pieniądze pozwoliły przez chwilę nie być głodnym. Sowietom chodziło o to, żeby ludzi upodlić, głodzić i przemieszać. Osiągali kilka celów. Mimo tego, co mnie spotkało, muszę powiedzieć, że niczego nie żałuję.
Dlaczego?
Gama tych odczuć osobistych, rodzinnych, narodowo-patriotycznych była tak wielka, że pozwalała mi również widzieć cienie i półcienie. Byłem wychowany przez harcerstwo, w drużynie przy gimnazjum Zygmunta Augusta, i to wywarło na mnie duży wpływ - moim zdaniem pozytywny.
Może dlatego, że był pan na zesłaniu stosunkowo krótko, niewiele ponad rok.
Krótko, ale bardzo intensywnie. Krótko, ale wystarczająco, żeby zrozumieć ten rosyjski świat na opak. Poza pracą w kopalni trzeba było jeszcze kilka godzin dziennie pracować dodatkowo w łagrze lub poza nim, na przykład w sowchozie lub kołchozie. Pamiętam wielkie pole, zboże już zżęte, zebrane w snopki. Każą nam brać te snopki, znosić na stertę. Zapada wieczór, robi się ciemno i nagle nasz konwój każe brać snopki i podpalać. Odpowiedzialność konwoju była duża w przypadku ucieczki więźnia i za nic mieli oni troskę o zboże. Poza tym każdy sowiecki obywatel uważał, że to, co państwowe, znaczy niczyje. Ze mną było dużo ludzi wychowanych na wsi, dla których zboże to życie, to wartość, świętość nawet. Jak to palić zboże, przecież z tego chleb można zrobić. Rosjanie pukali się w głowę i z politowaniem mówili: a co to, palenie snopków to jakaś gorsza praca? Oni tacy byli i tacy są. Cały czas towarzyszyła mi wtedy myśl, że urodziłem się w wolnym kraju i chcę umrzeć w wolnym kraju. I teraz mam nadzieję, że tak będzie. Staram się nie myśleć, że oni są znowu tak blisko. Staram się, ale to uderza we mnie jak jakieś natręctwo.
Że Rosjanie do nas wejdą?
Nie, o tym nie myślę. Sama ich obecność tak blisko od nas jest przerażająca. Ta wojna, to barbarzyństwo jest przerażające. ©℗