- Z powodu dwóch tekstów we „Wprost” nie pozwolę się zepchnąć do narożnika, w którym będę się musiał tłumaczyć z tego, czy zatrudniam więcej kobiet, czy mężczyzn? Czy ktoś się bał dołączyć do mojego zespołu, czy nie? Czy w sieci wrze, czy nie? Czy internet huczy, czy nie? Poszedłem do sądu, bo nie chciałem, by ludzie przyjęli to, co zostało napisane we „Wprost”, za prawdę - mówi Kamil Durczok w rozmowie z Magdaleną Rigamonti.

Ile to wszystko kosztuje?

O co pani pyta?

O to, kto za to płaci?

Ja. A konkretnie moje zdrowie. I zdrowie mojej rodziny.

Pytam o pana promocję, wybielanie i ocieplanie wizerunku. Ile pan zapłacił agencji PR?

Ma pani złe informacje. Nie zapłaciłem żadnej agencji PR. A jeśli pani pyta o sprawy reklamowe dotyczące mojej książki, to zły adres, bo jestem jej autorem, a o całą resztę dba wydawnictwo.

Przecież pan promuje siebie, a ta książka to dodatek do tej promocji.

Skończył się pewien czas, kiedy moje możliwości występowania w mediach były ograniczone.

Co to znaczy?

Więcej nie mogę powiedzieć, bo to efekt zapisów i sposobu rozstania się z TVN.

TVN zapłacił panu milion złotych, do końca września tego roku miał pan zakaz konkurencji, a teraz ruszył pan z ofensywą – tak mam to rozumieć?

Proszę rozumieć jak pani uważa za właściwe. Przestałem pracować w TVN, przestałem zarabiać i chyba naturalnym jest, że zacząłem organizować sobie życie zawodowe.

Wiem, że wiele osób w Polsacie ma problem z tym, że pan zaczął pracę w tej stacji, nie chcą panu ręki podać.

Dla części środowiska jestem diabłem wcielonym, dla części nie. To ich decyzja. Jestem po kilku spotkaniach z moim małym zespołem w Polsacie i mam nadzieję, że wszyscy robimy fajny projekt.

Kobiety też są w tym zespole?

Oczywiście.

Pana nowi szefowie nie poczekali na decyzję sądu, czy „Wprost” napisał prawdę o tym, że pan molestował i mobbingował podwładnych.

Tak twierdzi Sylwester Latkowski i jego współpracownicy. Z powodu dwóch tekstów we „Wprost” nie pozwolę się zepchnąć do narożnika, w którym będę się musiał tłumaczyć z tego, czy zatrudniam więcej kobiet, czy mężczyzn? Czy ktoś się bał dołączyć do mojego zespołu, czy nie? Czy w sieci wrze, czy nie? Czy internet huczy, czy nie? Poszedłem do sądu, bo nie chciałem, by ludzie przyjęli to, co zostało napisane we „Wprost”, za prawdę. Nie pozwolę, by ktoś szargał moje dobre imię. Jak to mówią na Śląsku – fajrant. Tyle.

Ale „Newsweekowi” pan nie wytoczył procesu.

A za co?

Pan żartuje? Mieli okładkę z panem, a w środku tekst z wypowiedziami pana podwładnych o tym, jak pan ich traktował.

Nie pamiętam.

„Biedna dziewczyna od headów nigdy nie mogła być pewna, co tym razem się spodoba Kamilowi. Rzucał kartkami, wyzywał od debili. Robił, co chciał. Był przekonany, że jest lepszy, mądrzejszy, że wszystko mu wolno...” – to o panu w „Newsweeku”.

To było w tym samym czasie, w którym ukazały się artykuły we „Wprost”?

Tak.

Oczekuje pani, że będę się odnosił do opisanej przez anonimowe źródło historyjki? Nie będę. Najwyraźniej uznałem, że ten artykuł mnie nie krzywdzi. O ile sobie przypominam, był uczciwy. Wie pani, mam dyskomfort, bo po prostu nie pamiętam tego tekstu, a chętnie bym do niego sięgnął.

TVN-owi też pan procesu nie wytoczył. Bo wypłacili panu grubą kasę i się po prostu panu nie opłacało.

Jak to się ładnie w dyplomacji mówi: ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam.

Ale zwolnili pana, bo uznali, że pan molestował i mobbingował.

Nie uznali. Zresztą ich proszę pytać. TVN to jest dla mnie rozdział zamknięty, do nikogo w tej firmie nie mam żadnych pretensji.

Bo panu zapłacili.

Nie. Nie mam pretensji, mam żal.

Do Edwarda Miszczaka, Adama Pieczyńskiego i Piotra Waltera?

Tak, do nich trzech. Bo tego Szwajcara, prezesa, nigdy nie uważałem za członka zespołu. To był człowiek wynajęty, biznesmen.

Miszczak próbował zablokować publikację na pana temat we „Wprost”.

Choć z Edkiem miałem najmniej zawodowego kontaktu, to znamy się od 1991 r. I tak sobie myślę, że jak na tyle lat, to jasne, że rachunki mamy wyrównane, bo ja co miesiąc dostawałem bardzo wysoką pensję. Ale na jego miejscu, tak po ludzku, wziąłbym telefon i zadzwonił do Durczoka i powiedział: stary, wokół ciebie jest fatalna atmosfera, pół Polski o tym huczy, nie możemy dalej razem pracować, ale dzięki za te 10 lat. I Edward mógł zadzwonić. I Adam też mógł zadzwonić.

Może za dużo o panu wiedzą.

Wiedzą dużo. Zawodowo prawie wszystko. I wie pani, zaprosiłem ich na otwarcie Silesionu, mojego portalu o Śląsku.

I co?

Nie odpowiedzieli.

Gdyby przyjechali, to pokazaliby, że jest pan niewinny. A oni dobrze wiedzą, że proces się nie skończył. Wiedzą, co mówili pana podwładni podczas przesłuchań przed komisją w TVN.