W końcu się poddałem: obejrzałem Studio Yayo. I mogę zabrać głos w dyskusji na temat, że „tego nie da się odzobaczyć”. Otóż dla mnie największym sucharem jest prowadzący i pomysłodawca, który nie jest aktorem wybitnym, tylko aktorem Makowskim.
A tak się akuratnie stało, że wymyślił sobie program szkatułkowy, w którym dopiero wybitne aktorstwo wydobyłoby niekłamaną śmieszność formuły „satyryk nabija się z satyry i czyta z promptera”. Może udałoby się namówić Macieja Stuhra na zastępstwo?
Oczywiście Stuhr junior nie weźmie chałtury w Yayo, bo program ten wyśmiewa w telewizji rządowej wyłącznie opozycję. Prawdziwym problemem „jajcowania” jest właśnie to, że realizuje program jednej partii. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież artysta ma prawo tak grać, jak mu gra w duszy (zgoda), że jak się komuś nie podoba, to niech nie ogląda (zgoda), że TVP może, jeśli chce, wyprodukować dla równowagi program satyryczny jednokierunkowo antyrządowy i będzie cacy.