Marek M., który kupił roszczenia do kamienicy w Śródmieściu od starszej pani za 50 zł, po roku zażądał od miasta odszkodowania w wysokości ponad 5 mln zł za zyski, jakie utracił z tytułu użytkowania „jego” własności.
Reklama
Prokurator generalny zapowiedział tydzień temu nowe śledztwo w sprawie morderstwa Jolanty Brzeskiej, której zwęglone zwłoki znaleziono 1 marca 2011 r. na skraju Lasu Kabackiego. Będzie też drugie śledztwo, które ma ustalić, dlaczego nie znaleziono sprawców mordu. Którzy konkretnie prokuratorzy i policjanci przez dwa lata, potrzebne do umorzenia dochodzenia, zacierali ślady. Jest jeszcze 12 najbardziej skandalicznych zwrotów warszawskich nieruchomości, które Zbigniew Ziobro wysłał już do wrocławskiej prokuratury w celu procesowego rozpoznania. To bomba, która po cichutku od lat tykała w stolicy i wreszcie wybuchła.

Reklama
Wszystkich nas nie spalicie – od ponad pięciu lat krzyczy warszawska ulica. Emeryci usuwani ze swoich domów, idąc pod rękę z młodymi anarchistami i squatersami, niosą to hasło wypisane także na transparentach podczas licznych manifestacji. Można je zobaczyć wymalowane na ścianach wielu stołecznych budynków. Nad nim zazwyczaj jest namalowana głowa kobiety w okularach – to Jola Brzeska, ikona ruchu lokatorskiego, powstałego w obronie przed dziką reprywatyzacją.
Dwa miesiące temu w Krakowie aresztowano dwóch młodych ludzi złapanych na gorącym uczynku, kiedy kończyli malować mural z tym hasłem. Zarzut, jaki usłyszeli, brzmiał: przynależność do zorganizowanej grupy przestępczej. Zorganizowanej? Oni przecież sami, wyłącznie z potrzeby serca, w jedyny dostępny sposób upominali się o sprawiedliwość dla Joli. W odpowiedzi usłyszeli, że takie same napisy znaleźć można na ścianach domów w Łodzi, Poznaniu, Gdańsku, więc to musi być zorganizowana działalność, a że mazanie sprayami po tynkach jest czynem karalnym, dlatego przestępcza.
Upiorny chichot komuny
Warszawa jest specyficzna, bo tu działał dekret Bieruta – tłumaczyły latami władze stolicy, usprawiedliwiając oddawanie spekulantom, handlarzom roszczeń i kuratorom ponadstuletnich staruszków nieruchomości wartych miliony złotych. Nieruchomości, które w 1939 r. były zadłużone od piwnic po dachy, a w 1945 r. ich wartość równała się cenie gruzu. Podczas Powstania Warszawskiego 80 proc. miasta uległo zniszczeniu, a przez następne ćwierć wieku naród odbudowywał stolicę. Dekret Bieruta był konieczny, by podnieść miasto z ruin.
Podobne decyzje o nacjonalizacji gruntów miejskich były zmuszone podjąć w 1945 r. władze niemieckiej stolicy zbombardowanej przez lotnictwo alianckie. Nikt jednak w Berlinie nie ma potrzeby naprawiania krzywd wyrządzonych przedwojennym kamienicznikom podczas odbudowy ich domów. Kwestie wszelkich roszczeń zostały dawno rozwiązane, rozliczone, a należne odszkodowania wypłacone.
Wszystkie kraje postkomunistyczne mają już za sobą uregulowanie kwestii roszczeń. Tylko Polska, podziwiana przez świat za swój wkład w uwalnianie Europy Wschodniej od komunizmu, kurczowo trzyma się dekretu Bieruta, który wciąż w niezmienionej formie obowiązuje w Warszawie. Brzmi to jak upiorny żart, ale ten upiór żyje bytem całkiem realnym i sieje spustoszenie.
Zwroty nieruchomości w Warszawie odbywają się według prostego schematu. Wystarczy przed sądem administracyjnym przedstawić decyzję Rady Narodowej z lat 40. lub 50., w której organ państwowy odmówił przedwojennemu właścicielowi nieruchomości prawa do wieczystej dzierżawy. Sąd stwierdza nieważność tamtej decyzji i już można udać się do biura dyrektora Marcina Bajko w stołecznym ratuszu z żądaniem wydania nieruchomości. Tysiące tych żądań zalegają biurka zastępców dyrektora. Plotka głosi, że kupki są dwie. Na jedną urzędnicy odkładają podania prawowitych spadkobierców – i ta wciąż rośnie, na drugą trafiają sprawy załatwiane od ręki, przyniesione przez wyspecjalizowane w odzyskiwaniu nieruchomości kancelarie prawnicze. To, czego przez 20 lat nie są w stanie odzyskać spadkobiercy przedwojennych właścicieli, panowie Nowaczyk i Stachura czy spółki typu Feniks przejmują w pół roku.
Dekret Bieruta bis
Jolanta Brzeska, najtragiczniejsza ofiara reprywatyzacji, zgromadziła przez pięć ostatnich lat życia ogromną wiedzę na temat legalności procederu oddawania domów wraz z mieszkającymi w nich ludźmi w prywatne ręce. Była bardzo dociekliwa i skrupulatna. W 2008 r. po przeczytaniu w gazecie wywiadu z Marcinem Dziurdą, ówczesnym prezesem Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa, udała się do tej placówki z mnóstwem pytań na temat reprywatyzacji. Ale nikt z nią nie chciał rozmawiać. Dowiedziała się tylko, że Prokuratoria podlega bezpośrednio ministrowi skarbu i działa wyłącznie na jego polecenie.
Na spotkaniu w Warszawskim Stowarzyszeniu Lokatorów rozgorzała dyskusja. Co robić, widząc, że Skarb Państwa jest okradany? Przecież wiedziała, że kamienica, w której mieszkała całe życie, po wojnie miała tylko jedną ścianę. Niemiecka bomba nie oszczędziła nawet piwnic. To jej rodzice i rodzice jej koleżanek z podwórka cegła po cegle odbudowali dom, a po 60 latach zjawił się facet z pytaniem: „Jak się państwu mieszka w moim mieszkaniu?”. Nie był spadkobiercą. Kilka dni później znalazła go na Krakowskim Przedmieściu 35, w kamienicy, którą odzyskał i z której właśnie wyrzucał mieszkańców.
Potem zgłosili się do stowarzyszenia lokatorzy z Dahlberga 5, z Otwockiej, z Hożej, ofiary tego samego mężczyzny. Wspólnie ustalili, że Jola napisze pismo do ministra skarbu Aleksandra Grada z prośbą o interwencję. Korespondencja trwała rok. Była jednostronna. Nigdy minister nie odpowiedział, nawet wtedy, gdy w desperacji Jola napisała do szefa MSWiA Grzegorza Schetyny zapytanie, w jakim terminie minister Grad jest zobowiązany odpowiedzieć na pismo organizacji non profit, a odpowiedź dołączyła do kolejnego ponaglenia.
Rok później Brzeska wiedziała o umowach indemnizacyjnych (odszkodowawczych), które wybuchły nagle dopiero kilka miesięcy temu, w związku z reprywatyzacją najdroższej polskiej działki – na placu Defilad. Siedem lat temu Jola pomagała młodym ludziom, którzy na amerykańskich stronach rządowych znaleźli informację, że był tajny układ między Polską a USA, na mocy którego PRL wypłaciła amerykańskiemu rządowi 40 mln dolarów w 20 ratach w celu zaspokojenia roszczeń obywateli amerykańskich do majątków pozostawionych w Polsce. Razem redagowali pisma do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tym razem odpowiedzi przychodziły. „Ministerstwo nie posiada żadnych informacji w interesującym Państwa temacie”.
To brzmi bardzo podobnie do dzisiejszych tłumaczeń ratusza, który nie miał dokumentów z Ministerstwa Skarbu, nic nie wiedział o indemnizacji (przecież nie była ogłoszona w Dzienniku Ustaw) i był zmuszony za 3,8 tys. zł miesięcznie zatrudnić specjalnego człowieka do udowodnienia, że Duńczycy są jednak Polakami.
Tajemnicą poliszynela było od wielu lat to, że lokatorzy reprywatyzowanych kamienic doskonale nadają się na zasłonę dymną dla dużo bardziej intratnego interesu, jakim są odszkodowania za „bezprawnie” sprzedane przez gminy mieszkania. Te mieszkania, które mieszkańcy kupili za grosze, korzystając z licznych upustów, a dziś miasto wypłaca za nie odszkodowania według obecnych stawek rynkowych. 100 procent wartości. O tym Jola też wiedziała, tylko nie miała żadnych dowodów.
Do dziś wypłacono ponad 1,2 mld zł odszkodowań nie za to, że komuś odmówiono zwrotu nieruchomości, ale właśnie za te sprzedane wcześniej mieszkania. I nie dostali tych pieniędzy spadkobiercy, tylko następcy prawni przedwojennych właścicieli, różni pełnomocnicy, pełnomocnicy pełnomocników, kuratorzy i kupcy roszczeń. Dopiero w tym roku, rozpatrując sprawę Marka M., który kupił roszczenia do kamienicy w Śródmieściu od starszej pani za 50 zł, a po roku zażądał od miasta odszkodowania w wysokości ponad 5 mln zł za zyski, jakie utracił z tytułu użytkowania „jego” własności, sędzia Sądu Najwyższego zapytał zdziwiony: „A jakie straty ten pan poniósł w wyniku dekretu Bieruta?”.
Reprywatyzacja, jaka w sposób niekontrolowany odbywa się od lat we wszystkich dużych miastach Polski, nie dotyczy wyłącznie lokatorów brutalnie traktowanych przez czyścicieli kamienic. Pora sobie uzmysłowić, że ofiarami jesteśmy wszyscy. Koszty reprywatyzacji w Warszawie to nie jest tylko ten 1,2 mld zł. Majątek tej wartości zagarnął sam Marek M. (jako postawiony w stan oskarżenia ma prawo do ochrony nazwiska), uwłaszczając się na ponad stu nieruchomościach w dobrych punktach stolicy. To był nasz wspólny majątek, który powierzyliśmy włodarzom z ratusza w zarząd, a oni go roztrwonili i nie zamierzają się tłumaczyć. Zrzucają winę to na Ministerstwo Skarbu, to na Rudnickiego, to na Kaczyńskiego, że go zatrudnił, a na dodatek oddał kamienicę mężowi Gronkiewicz-Waltz. Byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie tragedie tysięcy rodzin wygonionych ze swoich domów rodzinnych na bruk.
Brak ograniczenia czasowego co do stwierdzenia nieważności decyzji wydanej z rażącym naruszeniem prawa
Sygn. akt P 46/13
WYROKW IMIENIU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
Warszawa, dnia 12 maja 2015 r.
Trybunał Konstytucyjny w składzie:
Wojciech Hermeliński – przewodniczący,
Stanisław Rymar,
Piotr Tuleja – sprawozdawca,
Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz,
Andrzej Wróbel,
protokolant: Grażyna Szałygo,
po rozpoznaniu, z udziałem sądu przedstawiającego pytanie prawne oraz Sejmu i Prokuratora Generalnego, na rozprawie w dniu 12 maja 2015 r., pytania prawnego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie:
czy art. 156 § 2 ustawy z dnia 14 czerwca 1960 r. – Kodeks postępowania administracyjnego (Dz.U. z 2013 r., poz. 267 ze zm.) w zakresie, w jakim z uwagi na znaczny upływ czasu od dnia doręczenia lub ogłoszenia decyzji, na podstawie której strona nabyła prawo lub ekspektatywę prawa, nie wyłącza dopuszczalności stwierdzenia jej nieważności z przyczyny określonej w art. 156 § 1 pkt 2 ustawy – Kodeks postępowania administracyjnego, jest zgodny z art. 2 Konstytucji oraz art. 1 Protokołu nr 1 do Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności (Dz.U. z 1995 r. nr 36, poz. 175 ze zm.),
o r z e k a:
Art. 156 § 2 ustawy z dnia 14 czerwca 1960 r. – Kodeks postępowania administracyjnego (Dz.U. z 2013 r., poz. 267 ze zm.) w zakresie, w jakim nie wyłącza dopuszczalności stwierdzenia nieważności decyzji wydanej z rażącym naruszeniem prawa, gdy od wydania decyzji nastąpił znaczny upływ czasu, a decyzja była podstawą nabycia prawa lub ekspektatywy, jest niezgodny z art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.
Ponadto p o s t a n a w i a:
na podstawie art. 39 ust. 1 pkt 1 ustawy z dnia 1 sierpnia 1997 r. o Trybunale Konstytucyjnym (Dz.U. nr 102, poz. 643, z 2000 r.; nr 48, poz. 552, i nr 53, poz. 638, z 2001 r.; nr 98, poz. 1070, z 2005 r.; nr 169, poz. 1417, z 2009 r.; nr 56, poz. 459, i nr 178, poz. 1375, z 2010 r.; nr 182, poz. 1228, i nr 197, poz. 1307, z 2011 r.; nr 112, poz. 654) umorzyć postępowanie w pozostałym zakresie.
Wojciech Hermeliński
Stanisław Rymar
Piotr Tuleja
Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz
Andrzej Wróbel
Mówiąc językiem zrozumiałym dla dyletantów prawniczych: cofanie decyzji administracyjnych sprzed 70 lat, nawet decyzji głupich i krzywdzących, jest rażącym naruszeniem prawa. Przez te wszystkie lata zaszły nieodwracalne zmiany w statusie prawnym oddawanych nieruchomości, one same też uległy przeobrażeniom. Ubiegłoroczny opublikowany w Dzienniku Ustaw wyrok TK mówi to, czego władze Warszawy nie chcą usłyszeć. Wszystkie decyzje o zwrocie w naturze nieruchomości były niezgodne z konstytucją i z prawem obowiązującym w Unii Europejskiej. Można do tego dodać, że nie miały nic wspólnego z naprawianiem krzywd wyrządzonych przez komunistów przedwojennym kamienicznikom. Wygenerowały natomiast ogromną armię ludzi pokrzywdzonych przez spekulantów, którzy wchodząc w buty spadkobierców, z całą stanowczością domagają się respektowania ich prawa do dysponowania świeżo zdobytą własnością.