Bagdad szykuje się do ofensywy na Mosul, największe, a zarazem ostatnie duże miasto pod kontrolą Państwa Islamskiego w tym kraju. Jednak zwycięstwo nad ISIS to tylko połowa sukcesu.
Kontrola nad terytorium Iraku / Dziennik Gazeta Prawna
Pochód wojsk irackich na północ jest powolny, ale systematyczny. W ciągu ostatnich dni udało im się odbić z rąk dżihadystów wojskowe lotnisko pod miastem Al-Kurajja. A jeśli Irakijczykom uda się zająć również tę leżącą 60 km na południe od Mosulu miejscowość, droga do stolicy prowincji Niniwa będzie stała otworem, a samo miasto – otoczone z trzech stron: od północy i wschodu przez Kurdów, a od południa przez Irakijczyków.
Reklama
Co nie zmienia faktu, że bitwa o Mosul, w którym po zajęciu przez dżihadystów pozostało jakieś 700 tys. mieszkańców, nie będzie prosta. Duże zaludnienie oznacza, że użycie lotnictwa przez siły koalicji będzie musiało być ograniczone, a wsparcie z powietrza było kluczowe dla każdej operacji wojsk irackich. Dżihadyści przez wzgląd na ograniczoną liczebność swoich sił nie mają w zwyczaju walczyć o każde skrzyżowanie i każdy dom, w związku z czym Irakijczyków nie czekają prawdopodobnie ciężkie walki miejskie. Prawdopodobnie nie będzie to ani Aleppo, ani Stalingrad.
Samozwańcze Państwo Islamskie udowodniło już jednak, że jest niezwykle efektywne w przerzucaniu żołnierzy z jednego miejsca na drugie, w zależności od rozwoju sytuacji na polu walki. Stawiając silny opór w miejscach irackich natarć, bojownicy mogą więc stanowić większe wyzwanie, niż wskazywałaby na to ich liczebność. Co więcej, o Mosulu mówi się, że jest miastem miliona oficerów, przez wzgląd na duże zagęszczenie wojskowych służących jeszcze pod Saddamem Husajnem. Trudno powiedzieć, jak ten potencjał wykorzystają islamiści.

Reklama
Państwo Islamskie udowodniło też, że potrafi być nieprzewidywalne. Jeśli bojownicy będą chcieli rozpaczliwie bronić miasta, mogą mścić się na cywilach, którzy odmówią stawienia się do walki. Utrata Mosulu będzie dotkliwa dla Państwa Islamskiego z kilku różnych powodów. Po pierwsze, nie pozostanie obojętna na morale bojowników, którzy od roku nie odnieśli większych sukcesów militarnych. Po drugie, ograniczy obecność Da’isz do mniejszych miejscowości. Po trzecie wreszcie, pozbawi dżihadystów bardzo ważnego źródła dochodów. Naloty koalicji utrudniły islamistom handel ropą. Ubytki równoważono pieniędzmi z okupów i danin nakładanych na lokalną ludność. Mosul, największe miasto pod kontrolą Państwa Islamskiego, stanowił poważne źródło podatków.
Ofensywa na Mosul nie jest jednak świadectwem irackiej siły. Wręcz przeciwnie. Kraj wciąż nie dysponuje porządną armią i nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa na terenach odbitych z rąk dżihadystów. Fatalnie wygląda proces zaprowadzania na nich normalności. W Ramadi wciąż nie udało się przywrócić dostępu do podstawowych usług, chociaż od przepędzenia Państwa Islamskiego minęło pół roku. Jakby tego było mało, premier Hajdar al-Abadi nie panuje nad sytuacją we własnym rządzie, czego przykładem jest to, że nie jest informowany przez własnego ministra spraw wewnętrznych o wszystkich działaniach szyickich bojówek.
Iracka ofensywa nie posunęłaby się do przodu, gdyby nie te oddziały paramilitarne. Problem polega na tym, że to one pilnują porządku na terenach odbitych z rąk dżihadystów. To oczywiście rodzi kłopoty ze względu na wzajemną niechęć między sunnitami a szyitami. Ci pierwsi czują się pokrzywdzeni przez ład panujący w powojennym Iraku, a przede wszystkim odsunięci od władzy. Jakie są konsekwencje tego niezadowolenia, Waszyngton miał okazję przekonać się w latach 2006–2007, kiedy w Iraku wybuchła wojna domowa, opanowana dopiero po tym, jak amerykańscy dowódcy obiecali wymuszenie na rządzie w Bagdadzie bardziej sprawiedliwego podziału władzy. Fakt, że nigdy to nie nastąpiło, w bezpośredni sposób przełożył się na poparcie Da’isz przez sunnitów. Warto pamiętać, że dżihadyści w Iraku opanowali głównie tereny, na których mieli poparcie lokalnej ludności.
Warunkiem spokoju w Iraku jest więc sprawiedliwy podział władzy i budowa struktur, które będą szły w poprzek podziałów etnicznych i religijnych. To się dotychczas nie udało, co było przyczyną niestabilności. Szyicki premier al-Abadi nie jest może tak wrogo nastawiony do ludności sunnickiej, jak jego poprzednik Nuri al-Maliki, ale nie robi też zbyt wiele, aby ten stan rzeczy zmienić. Co więcej, zmiany sytuacji nie były w stanie wymusić nawet Stany Zjednoczone w czasach najsilniejszej obecności w Iraku. Co nie znaczy – jak pisze były ambasador w Iraku James Jeffrey – że międzynarodowa społeczność nie może moderować kierunku, w jakim idą sprawy nad Eufratem i Tygrysem.
Dyplomata sugeruje więc, żeby uzależnić wypłatę pomocy finansowej – 14 lipca Międzynarodowy Fundusz Walutowy zatwierdził 5,4 mld dol. pomocy dla Iraku – od realizacji programu politycznego, który będzie uwzględniał interesy sunnitów. Społeczność międzynarodowa może również sterować sposobem wydawania pieniędzy z pomocy rozwojowej. Podczas ubiegłotygodniowego spotkania członków koalicji walczącej z Da’isz udało się zebrać deklaracje przekazania na rzecz Iraku 2 mld dol. Tylko stabilny Irak z silnymi instytucjami nie rozsypie się od kolejnego uderzenia terrorystów. W tym sensie odbicie Mosulu jest najprostszym elementem całej układanki.