Zajmujemy drugie miejsce po Włoszech pod względem liczby miast, które stawiają na odpoczynek zgodnie z zasadą: wolno, cicho, mało. Nie chodzi tylko o turystykę, ale też o łatwiejsze pozyskanie unijnych pieniędzy.
Trzy kościoły, każdy innego wyznania, dwie apteki, siedziba nadleśnictwa, posterunek policji, ochotnicza straż pożarna, rozbudowany i odnowiony z dotacji unijnych cieszący się dobrą sławą Wojewódzki Szpital Rehabilitacyjny. Do tego park z pomnikiem Polskiego Orła w Koronie w hołdzie ofiarom katastrofy smoleńskiej, miejska biblioteka, Biedronka i kilkadziesiąt mniejszych sklepów. Niby wszystko jak w każdym mniejszym mieście. Tyle że Górowo Iławeckie – położone w najmniejszej gminie w Polsce – liczy niewiele ponad 332 ha, czyli mniej niż niejedno gospodarstwo rolne – to miasteczko specyficzne. I to z kilku powodów.
Reklama
– A ten gotycki kościół, parokrotnie przebudowywany i odnawiany, to ma jakieś unikatowe malowidła?

Reklama
– Aż dwa, i do tego z różnych epok. Na stropie barokowa polichromia datowana na 1660 r. – po kilkuletniej konserwacji, a na carskich wrotach piękny ikonostas Jerzego Nowosielskiego. Z jednej strony stylizowana Madonna z Dzieciątkiem, z drugiej Chrystus Pantokrator wznoszący rękę w geście przestrogi lub pouczenia. Błękit ich szat przenika inne detale polichromii – słyszę.
– A ta wieża ciśnień? – dopytuję. Czerwona cegła kontrastuje z wyblakłą zielenią trawnika. – To muzeum gazownictwa. Z unikatowymi zbiorami gazowni koksowej jeszcze z 1908 r.
Wzrok przyciąga też położone po przeciwnej stronie jeziorko Martwe, zwane tu częściej Stawem Garncarskim. Leży w centrum miasta, tuż naprzeciwko szpitala rehabilitacyjnego. Według legendy miał się w nim utopić dzwon, obrażony za to, że nazwano go Anną Zuzanną – oberwał się z kościelnej wieży, sturlał do stawu i tyle go widziano. Dla mnie to doskonały punkt widokowy, bo pozwala odczytać dawne założenia urbanistyczne miasteczka położonego na siedmiu wzgórzach. Usytuowane kaskadowo stare kamieniczki opierają się na linii ceglanych murów. Nad pierwszym ich rzędem wyrasta następny, a całość wieńczy wieża gotyckiego kościoła. W samym sercu grodu na ładnym ryneczku z centralnie usytuowanym ratuszem – pierwotnie gotycki, później barokowy, przebudowany w połowie XIX w. – stylizowane latarnie, a po prawej owalnie przystrzyżone drzewa. Wokół symetryczna sieć uliczek – po dwie z każdego rogu – co typowe dla średniowiecznego układu. Część z nich zamknięta dla ruchu drogowego. Wyłożona kocimi łbami. Gdyby nie wszechogarniające zimno – jest nieco powyżej zera – mogłabym przysiąc, że jestem na jednym ze słynnych włoskich placów.
– To też jeden z powodów, dla którego 5 kwietnia 2014 r. zostaliśmy przyjęci do międzynarodowej sieci miast Cittaslow, promującej ideę dobrego życia bez pośpiechu. Razem z Nidzicą i Pasymiem – mówi, wygodnie rozsiadając się na krześle, Jacek Przemysław Kostka, burmistrz Górowa Iławeckiego i jednocześnie prezes Stowarzyszenia Polskie Miasta Cittaslow. Chwilę wcześniej podzieliłam się z nim swoimi pierwszymi wrażeniami po przyjeździe do miasta. Siedzimy w jego gabinecie, naprzeciwko ściany z gigantycznymi puzzlami przedstawiającymi m.in. herb miasta (lis niosący gęś w pysku, wcześniej był to wilk porywający jagnię) i logo Cittaslow (pomarańczowy ślimak, symbolizujący ucieczkę od wielkomiejskiego zgiełku, który ma być także gwarancją wysokiej jakości usług turystycznych). Po chwili nie bez dumy Kostka dodaje: – O naszym przyjęciu do Cittaslow zadecydował Międzynarodowy Komitet Koordynujący tego stowarzyszenia, obradujący w Cisternino we Włoszech.
Polacy depczą Włochom po piętach
Zgromadzenie ogólne Cittaslow wpisało na swoją listę 20. polskie miasto 20 czerwca zeszłego roku – był to Prudnik z opolskiego, zamieszkały przez ponad 22 tys. mieszkańców. Dwa miesiące wcześniej do międzynarodowej sieci dołączyły także Bartoszyce z blisko 25 tys. mieszkańców. A rok wcześniej status miasta Cittaslow otrzymały cztery inne miasta z północnej Polski: Nowy Dwór Gdański, Pasym, Nidzica i właśnie Górowo Iławeckie, po tym jak spełniło prawie 60 statutowych wymogów związanych z ochroną środowiska, odtwarzaniem historycznej zabudowy, promocją regionalnej żywności, gościnnością wobec turystów i infrastrukturą służącą poprawie jakości życia mieszkańców. – Musieliśmy się poddać weryfikacji ze strony organów krajowej sieci i wystąpić o zgodę do resortu spraw zagranicznych – uzupełnia obecny także w gabinecie burmistrza Andrzej Worobiec, pełnomocnik ds. Cittaslow i jednocześnie sekretarz miasta Górowo Iławeckie; będzie potem moim przewodnikiem po miasteczku.
Jeszcze wcześniej przez podobne procedury przeszły i inne polskie miasta. Reszel, Bisztynek, Biskupiec, Lidzbark Warmiński, Nowe Miasto Lubawskie, Olsztynek, Ryn, Lubawa, Gołdap, Dobre Miasto, Barczewo (wszystkie z woj. warmińsko-mazurskiego) i Murowana Goślina w Wielkopolsce – one także postanowiły skorzystać na modzie na ucieczkę od globalizacji i homogenizacji miast. Ba, ta stała się już na tyle popularna, że polska sieć Cittaslow jest teraz najliczniejsza po włoskiej (należą do niej także samorządy m.in. z Nowej Zelandii, Korei Południowej czy np. Australii).
Sam ruch narodził się w 1999 r. z pomysłu Paolo Saturniniego, burmistrza Greve in Chianti we Włoszech, i burmistrzów innych niewielkich włoskich miasteczek. Jak donosiły tamtejsze media, „dyskutowali wiele godzin nad tym, co zrobić, by ich 5–10-tysięczne starzejące się miasta, z których za pracą uciekali młodzi, nie znikały z mapy. Wtedy pojawił się pomysł: A może by zrobić atut z tego, że jesteśmy zapyziałą prowincją?”. Skontaktowali się z prezydentem organizacji Slow Food (promującej regionalnych producentów, tradycyjne przepisy i smaki), a ten ochoczo przystał na ich pomysł. Z czasem filozofia Slow Food rozszerzyła się na społeczności lokalne, a jej koncepcję przeniesiono na wszystkie aspekty życia codziennego. I tak dziś przyjmuje się, że powolne miasta, oprócz tego, że są nieduże (do 50 tys. mieszkańców), to – co najistotniejsze – są przede wszystkim dla ludzi, czyli z przyjazną przestrzenią publiczną, otwarte na innych i harmonijnie łączące potrzeby turystów i ochronę środowiska naturalnego.
Ten punkt widzenia zaczyna przyjmować teraz już coraz więcej polskich samorządów. Tylko w zeszłym roku kolejne rady miast podjęły uchwały o przystąpieniu do sieci – a były to: Orneta (25 lutego), Lidzbark (12 marca), Działdowo (26 marca) i Sępopol (29 maja).
Listek figowy i kołyska Newtona
– Kto przy zdrowych zmysłach będzie jechał przez pół Polski, żeby podziwiać jedną XVII-wieczną polichromię? Albo drewnianą wieżyczkę? – odpowiedzi na te pytania nie znajdują eksperci od promocji miast, proszą o niepodawanie imion i nazwisk. W podobnym tonie wypowiadają się także internauci: „Ale widzę, że co niektórzy mają problem... Ludzie, dla mnie to oni na jakąś wiochę z dwoma domami na krzyż mogą jechać!!!”, „Gdyby nie szpital i lekarze tam pracujący – toby psy dupami szczekały – po ukraińsku”. Choć – co trzeba przyznać – nie brakuje też wpisów bardziej pozytywnych: „Byłem tam. Piękne to miasteczko... Ładniejsze niż Kazimierz nad Wisłą”, „Fajne, szkoda, że nie leży nad jeziorem”.
Trudno znaleźć drugie takie miejsce w Polsce – także dlatego, że Górowo Iławeckie to najbardziej na północ wysunięte miasto Cittaslow w Polsce; od granicy z Rosją dzieli mnie już tylko 15 km.
– Bo nie o turystów tu głównie chodzi, ale o to, że dla małych miast to doskonały – i jeden z kilku – sposobów na zdobycie unijnych pieniędzy – przyznaje po chwili inny z ekspertów, także chcący zachować anonimowość. Już jeden rzut oka na Regionalny Program Operacyjny Warmia i Mazury na lata 2014–2020 pokazuje, że strategia miast Cittaslow umożliwia pozyskiwanie około 85-proc. dofinansowań na inwestycje. Dla przykładu Nidzica chce zdobyć w ten sposób około 10 mln zł na zagospodarowanie jeziorka miejskiego, przebudowę rynku i ulicy w centrum miasta, remont zamku i budynku dworca. Jak potem przeczytam w najnowszej wersji dokumentu „na kompleksową rewitalizację sieci przeznaczono łącznie 51,1 mln euro, w tym 44,7 mln euro z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego oraz 6,4 mln euro z Europejskiego Funduszu Społecznego”.
Listek figowy – tak mówią o Cittaslow także pozostali eksperci, też prosząc o anonimowość. Bo liczy się przede wszystkim kasa, choć w filozofii tego ruchu podkreśla się, że to jakość życia stanowi główne źródło sukcesu, przekonują zgodnie. – Innymi słowy, to nic innego jako inicjatywa urzędników, którzy znaleźli prostą drogę do dodatkowych unijnych dotacji, choć oczywiście cel jest szczytny – zastrzegają. A Kamil Kozłowski, burmistrz Biskupca, w jednym z wywiadów potwierdza: – Teraz dzięki przynależności do sieci mamy dodatkową możliwość pozyskania środków finansowych na realizację zadań, których bez Cittaslow nie dałoby się zrealizować.
Jakich dokładnie? O to także zapytam mieszkańców Górowa Iławeckiego.
Piekarz: – Ostatnio to nam stadion wybudowali. I zadaszone trybuny na ponad 800 osób. Kasjerka: – Najbardziej to widać po szpitalu rehabilitacyjnym. Jak się tylko próg przekroczy, to do dziś czuć zapach farby. Sklepikarz: – Jak już inwestują, to z myślą o wszystkich. Ostatnio to nawet ułożyli kilka kilometrów ścieżek rowerowych.
Kolejne – ich zdaniem – powinny być przede wszystkim drogi. „Przecież to, jak one wyglądają, woła o pomstę do nieba. Ani do Lidzbarka, ani do Bartoszyc nie da się dojechać w cywilizowany sposób. (...) Odwiedzają nas pacjenci Szpitala Rehabilitacyjnego z całej Polski i jaką im dajemy wizytówkę? Jak nie dziury, to znowu łata na łacie” (pisownia oryginalna – red.) – skarżą się jedni, podczas gdy inni narzekają na brak promocji miejscowości Warszkajty, gdzie miały miejsce ważne wydarzenia historyczne, w tym np. bitwa wojsk Napoleona z armią pruską i rosyjską w 1807 r. „Wydarzenie to jest bardzo mało propagowane przez obecne władze naszej gminy w celu podniesienia atrakcyjności turystycznej. Nie wspomnę też o naszej perełce Żywkowie, który jest ambasadorem gminy Górowo Iławeckie w Polsce i na świecie, ale chyba bardziej doceniane w tym dalszym obszarze”. Żywkowo, zwane także stolicą bocianów, to wieś składająca się z blisko 10 gospodarstw zamieszkanych przez około 25 osób, do której co roku przylatuje około 100 bocianów.
– To dopiero początek zmian. Opracowaliśmy sześć projektów o łącznej wartości 12 mln zł, czyli niewiele mniej, niż wynosi roczny budżet miasta – uspokaja mnie na spotkaniu Jacek Przemysław Kostka. A Andrzej Worobiec kilka dni później prześle mi pełną wersję dokumentu, z którego będzie wynikać, że nad Stawem Garncarskim – to ten położony zaledwie dwie minuty drogi od ratusza – planowana jest m.in. budowa parku sensorycznego, czyli minicentrum Kopernika z m.in. stanowiskami do fizyki wodnej i kołyską Newtona. – Będzie tu także, ale to na przeciwległym brzegu, miejsce na biwak i wędzarnię – tłumaczy jeszcze podczas mojej wizyty w Górowie Iławeckim, wskazując ręką na zachód. Po chwili uzupełnia: – Z kolei w budynku obecnego ośrodka kultury będzie miejsce na salę do ćwiczeń i salę kinową, bo najbliższe kino mamy dopiero w Lidzbarku Warmińskim.
Zagospodarowane mają być gotyckie piwnice ratusza – znajdą się w nich historyczne ekspozycje, w tym m.in. młynków do kaszy czy starej broni, odnalezionych podczas wykopalisk. A że pomyślano o każdej grupie wiekowej, to na tyłach odremontowanego szpitala zaplanowano ścieżkę zdrowia – z myślą o seniorach, a po drugiej stronie miasta – ciąg ścieżek rowerowych. Każdy z projektów zakłada przy tym nie tylko dbałość o oryginalną historyczną zabudowę, ale też środowisko naturalne (ograniczenie hałasu), funkcjonalność i dostępność infrastruktury miejskiej i przestrzeni publicznej (ze szczególnym naciskiem na tereny zielone oraz strefy ruchu pieszego). W niektórych miastach – Górowa Iławeckiego to akurat nie dotyczy – zakazuje się nawet lokalizacji supermarketów czy fast foodów, a także montażu jaskrawych neonów.
Ucieczka od popegeerowskiej beznadziei
„Ta sieć ma znaczenie szczególne przede wszystkim dla niewielkich miast w Polsce, założonych jeszcze w XIII–XIV w., z których ludność migruje do większych ośrodków” – zauważa w jednym z wywiadów dr hab. Krzysztof Skalski z Rady Programowej Forum Rewitalizacji i Komitetu Naukowego Cittaslow International. „Te piękne miasta historyczne są szczególnie narażone na wyludnienie, a co za tym idzie, stagnację”, jak dodaje.
Tylko w ostatnich latach liczba mieszkańców Górowa Iławeckiego spadła z 4882 (w 1996 r.) do 4517 (w 2006 r.). Teraz to nie więcej niż 4350 osób. Co gorsza, znajduje się ono w grupie miast byłego województwa olsztyńskiego dotkniętych najwyższym bezrobociem – i to od 1997 r. Dotyczy ono przy tym głównie osób w wieku najwyższej aktywności zawodowej. „W ogólnej liczbie bezrobotnych 55 proc. stanowią kobiety, zaznacza się tu dominacja grupy wiekowej pomiędzy 25. a 44. rokiem życia”, pokazują statystyki. Nic więc dziwnego, że Cittaslow lokalnym władzom ma też pozwolić na ożywienie gospodarki lub – jak mówią eksperci – wyjście z popegeerowskiej beznadziei. – Bo u nas jest też najwięcej punktów sprzedaży alkoholu. Jeden przypada na 213 osób, a to też do czegoś zobowiązuje – mówi z przekąsem klient hipermarketu. Burmistrz Górowa Iławeckiego tonuje: – Mamy jeden z najwyższych w województwie wskaźnik osób z wykształceniem wyższym, bo aż 12,1 proc., więc korzystamy z wiedzy i umiejętności naszych mieszkańców.
W podobnym tonie wypowiadały się też do tej pory władze innych miast. Artur Wajs, były już teraz burmistrz Lidzbarka Warmińskiego: – Istotnym czynnikiem jest brak perspektywy rozwoju wielkiego przemysłu w większości małych miast, zwłaszcza regionu Warmii i Mazur, a co za tym idzie, znaczące bezrobocie. – Celem za każdym razem jest tak skoordynowana i kompleksowa rewitalizacja miasta, by, zachowując swój unikatowy charakter i walory, mogło jednocześnie oferować mieszkańcom lepsze warunki życia. Stąd na przykład pomysł stworzenia w budynku po byłym kinie centrum promocji, rozwoju i integracji społecznej, w którym koncentrowałoby się życie kulturalno-gospodarcze. W centrum odbywać się będą warsztaty dla osób, które chcą zdobyć nowe umiejętności i kwalifikacje zawodowe. Będziemy organizować w nim także wystawy i koncerty – wskazywał Cezary Łachmański, burmistrz Pasymia.
Władze tego 5,5-tysięcznego miasteczka chcą za 12 mln zł zaktywizować zmarginalizowaną do tej pory część społeczeństwa (10-proc. bezrobocie, 20 proc. mieszkańców korzysta z pomocy społecznej), dodatkowo zmodernizować z unijnych pieniędzy miejski ośrodek kultury oraz uliczki w centrum miasta i rynek. Cezary Łachmański: – W okresie przedwojennym nasze miasteczko tętniło życiem, chcemy przywrócić w nim znów ten klimat.
Czy komuś już się to udało? Zdaniem dr. hab. Krzysztofa Skalskiego tak, a dowodzić ma tego choćby Gołdap. – Z impulsu gminy dokonano wykupów działek, scaleń gruntów pod inwestycje. Gołdap uzyskał status uzdrowiska. Ma dwa sanatoria, jedno z nich – specjalistyczne – dla dzieci z porażeniem mózgowym. Drugie – specjalizujące się w leczeniu wielu chorób – w budynku, który stanowi spadek po PRL-owskiej radiofonii. Było tam też w stanie wojennym więzienie dla kobiet – przekonuje. I wylicza dalej: – Gołdap wybudował pijalnie wód mineralnych, tężnie dla leczenia dróg oddechowych, które nie ustępują tym zlokalizowanym w Ciechocinku. Mamy 300-hektarowe safari. Jeżdżąc po wertepach na powojskowych ciężarówkach czy na amfibii z demobilu, można obejrzeć m.in. wielbłąda, jaka, stado dzików i całe tabuny różnej innej zwierzyny. Jest też specjalna strefa ekonomiczna i, po kilku latach starań, bezpośrednie przejście graniczne.
Polskie miasteczka nie są przy tym w swoich próbach odosobnione, bo podobne zadania stanęły w ostatnich dziesięcioleciach przed władzami wielu regionów Europy. – Można je porównać ze skalą wyzwań, jakie stanowiły bezrobocie i beznadzieja społeczna po zamknięciu kopalń we francuskim regionie Nord-Pas-de-Calais albo w basenie wydobywczym zagłębia Ruhry w Nadrenii Północnej-Westfalii czy wreszcie przekształcenia produkcji rolnej we francuskiej Bretanii – zauważa ekspert Cittaslow International.
Samowystarczalni
Kasjer z lokalnego sklepu dopytuje z obawą w głosie: – Ale nie napiszecie o nas, że tu asfalt na noc zwijają?
Z początku można by się tej zaściankowości doszukiwać – także dlatego, że i okolica mało zaludniona: wjeżdżając od strony Lidzbarka Warmińskiego, mijam co rusz porozrzucane to tu, to tam pojedyncze domostwa; z rzadka także opustoszałe chaty. Ale mieszkańcy bardzo sobie chwalą życie tutaj. – Owszem, jest tu sennie i spokojnie, ale swojsko. I choć wychowany jestem we Lwowie, który ma swój urok i daje większe możliwości, to po roku to miasteczko tak mnie zauroczyło, że zostałem. Ludzie są tu konserwatywni, ale w pozytywny sposób: mocno rodzinni, przyjaźni, do tego religijni – opowiada Miron Maciopa. W 1990 r. przyjechał do Górowa Iławeckiego z zespołem na zaproszenie mniejszości ukraińskiej. Dziś uczy muzyki w szkole podstawowej i gimnazjum w Górowie Iławeckim, a także w młodzieżowym domu kultury w Bartoszycach. – Ale cenię to miasteczko także dlatego, że stale się rozwija. A mam porównanie, bo jak przyjechałem tu 25 lat temu, to szkoła z ukraińskim językiem nauczania była w baraku, a teraz jest w nowoczesnym kompleksie. Jest duży stadion, piękna staróweczka i wszystkie sprawy mogę załatwić na miejscu – dopowiada.
Nie brakuje też chętnych, którzy sprowadzają się do Górowa Iławeckiego z wielkiego miasta, bo tę małomiasteczkowość bardzo lubią. Piotr Baczewski, prezes fundacji Jesteśmy Razem: – To była świadoma decyzja. Już pod koniec studiów, a uczyłem się i mieszkałem m.in. w Trójmieście – pamiętam blok z 18 klatkami, który miał więcej mieszkańców niż całe Górowo, bo około 5 tys. – miałem poczucie, że więcej będzie można zdziałać w mniejszej miejscowości. Bo więcej jest nisz do zagospodarowania i większy deficyt młodych. Poza tym wolę prowadzić własny kiosk, niż być trybikiem w korporacji, w której na nic nie mam wpływu – podkreśla.
Choć studiował prawo, to od ponad 10 lat prowadzi dzienny ośrodek wsparcia dla osób niepełnosprawnych; korzysta z niego 85 osób. Na terenie miasta i gminy jest ponad 12 tys. mieszkańców, teren jest zubożały, popegeerowski, gdzie było i nadal jest zagłębie chorób psychicznych, a także duża liczba osób samotnych i starszych – tak będzie potem też mówił o powodach swojej decyzji. – Poza tym cenię sobie rozpoznawalność: jak pomogę kilku osobom, to wie o tym od razu całe miasto, choć przeszkadza mi wścibstwo i plotkarstwo – dodaje. I od razu zastrzega: – A, i nie mam kompleksów, że mieszkam i działam w małej miejscowości. Jak potrzebuję, wsiadam w samochód i jadę do Olsztyna czy Trójmiasta, gdzie teraz robię dyplomówkę.
– Jest choć trochę jak we włoskim miasteczku?
– Jeszcze nie, ale mentalność mieszkańców przez ostatnie 10 lat zmierza w tym kierunku. Ludzie stają się lokalnymi patriotami i coraz częściej utożsamiają się z ziemią – nie wolno przecież zapomnieć, że w Górowie i miasteczkach na Warmii i Mazurach ludność napływowa pojawiła się dopiero po II wojnie światowej.
Górowo Iławeckie należy do tej grupy miast w województwie warmińsko-mazurskim, które niemal w całości zostały zasiedlone po 1945 r. przez nowych mieszkańców, z których niemal 90 proc. stanowiły osoby wysiedlone w sposób przymusowy. To też jeden z powodów niskiej aktywności wielu mieszkańców miasta, którzy do dziś mają problem z postrzeganiem Górowa Iławeckiego jako małej ojczyzny. (Na to nałożyło się też postępujące bezrobocie, skutkujące wykluczeniem społecznym, ubóstwem oraz patologiami, już po upadku przemysłu i państwowych gospodarstw rolnych w początku lat 90.).
Poza tym górowanie chwalą sobie własne radio i lokalną telewizję. Lubią się bawić – w miejskim sylwestrze bierze udział 10 proc. mieszkańców. Chętnie biorą też udział w innych imprezach, w tym m.in. w pikniku filmowym Barei, którego gościem była Krystyna Podlewska, główna aktorka „Misia”. – Kawiarenki, restauracje, ogródki piwne – na pewno ich brakuje, ale jestem realistą i wiem, że jeśli ktoś teraz w nie zainwestuje, to niestety się na tym nie dorobi. We Włoszech w takim miasteczku jak nasze na pewno utrzymałaby się niejedna restauracja, ale to też społeczeństwo bogatsze. Choć, kto wie, może się jeszcze doczekamy, że polskie Cittaslow będą podobne do tych włoskich? – zastanawia się Piotr Baczewski.
Zwrot pod prąd
– Jako pierwszy w Polsce 60 rygorystycznych wymogów stawianych przez Cittaslow spełnił w 2004 r. Reszel – przypomina sobie także Jacek Przemysław Kostka. Miasto skupiło się na utrzymaniu atmosfery niewielkiego miasteczka, które turystom ma do zaoferowania coś więcej niż tylko zabytki (np. dwa gotyckie mosty, renesansowa apteka, wodociągi z czasów średniowiecza dostarczające źródlaną wodę). Nie postawiło na popularność, ale na odpoczynek, zgodnie z zasadą: wolno, cicho, mało, dokładnie i aktywnie; w przeciwieństwie do tzw. twardej turystyki rządzącej się innymi prawami: szybko, głośno, dużo, masowo, powierzchownie. Efekt? Już się chwali, że odczuwa zwiększony napływ turystów, a znak ślimaka stał się rozpoznawalnym znakiem towarowym. – Coraz chętniej przyjeżdżają do nas Niemcy, Rosjanie, Anglicy, Francuzi, Włosi. Grubo ponad połowa turystów jest z zagranicy – deklarują pracownicy miejskiego ratusza.
Ale modą na powrót do historii i kultywowanie dziedzictwa zainteresowane są teraz także coraz mniejsze ośrodki. – Jest taka mała wioska Dobków, koło Świerzawy, którą trudno byłoby znaleźć w przewodnikach po Dolnym Śląsku. A jednak przyciąga ludzi z całej Polski, po tym jak mieszkańcy podjęli parę świetnych inicjatyw. Otworzyli pensjonat, zagrodę sudecką, kilku artystów stworzyło warsztaty ceramiczne, promując przy tym inne formy rzemiosła etnicznego, rozpowszechniając kulturę i historię wsi – wskazuje konkretny przykład doktor Katarzyna Byrka, psycholog społeczny i środowiskowy z wydziału zamiejscowego Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. I podkreśla: – Nie ma w Dobkowie wybijającej się architektury. Poważna konkurencja w postaci karkonoskich kurortów jest niedaleko. A mimo to miejsce to jest rozpoznawane, a noclegi trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem.
Ba, potrzeba odwiedzania miast położnych poza ubitym szlakiem jest już tak silna, że za granicą tworzy się wierne ich kopie. I tak np. w prowincji Guangdong (Kuangtung) na południu Chin odtworzono malownicze austriackie Hallstatt. Z miasteczka wpisanego na listę dziedzictwa kultury UNESCO, które co roku przyciąga ponad 800 tys. gości, skopiowano w delcie Rzeki Perłowej zarówno kościelną wieżę z zegarem, jak i rynek otoczony domami o spadzistych dachach oraz inne pomniejsze budowle. Wybudowane w ciągu roku ma powierzchnię 1 km kw., kosztowało, bagatela, 940 mln dol.
– Jest choć trochę jak we włoskim miasteczku?
– Jeszcze nie, ale mentalność mieszkańców przez ostatnie 10 lat zmierza w tym kierunku. Ludzie stają się lokalnymi patriotami i coraz częściej utożsamiają się z ziemią – nie wolno przecież zapomnieć, że w Górowie i miasteczkach na Warmii i Mazurach ludność napływowa pojawiła się dopiero po II wojnie światowej.