Sekretny i skomplikowany – tak zwykło się pisać o nieformalnym systemie bankowym Trzeciego Świata. Hawala przez wieki służyła kupcom, przez dziesięciolecia – migrantom, przez kilkanaście lat – terrorystom. Dziś służy uciekinierom
Reklama
Nowoczesny system transferowy, który pozwala klientom zdeponować gotówkę w jednym kraju i spodziewać się, że suma podobnej wartości dotrze do konkretnego miejsca w innym. W ciągu 48 godzin, zwykle 24, bez względu na to, jak odludne to miejsce. W pewnych przypadkach hawala umożliwia zrealizowanie transferu w ciągu kwadransa – mówi Ibrahim Farah, somalijski parabankier, którego firma działa w Nashville i zapewnia tamtejszej diasporze finansowe połączenie z ojczyzną.
Dziś „nowoczesny system transferowy” skupił się na obsłudze setek tysięcy ludzi, którzy próbują się dostać do Europy. Stawka za miejsce w łodzi, która przerzuci ich z brzegów Turcji lub Afryki, to zwyczajowo 1 tys. dol. Ale wcześniej trzeba się do tej łodzi dostać – w przypadku uciekających przed wojną domową Syryjczyków koszty exodusu w przeliczeniu na głowę sięgają 2,5 tys. dol. (dla statystycznej rodziny to wydatek ok. 10 tys. dol.). Afrykanie mogą przemierzyć Czarny Ląd za sumę od kilkuset do 3 tys. dol. Azjaci płacą więcej – wydostanie się z co bardziej odległych zakątków kontynentu może kosztować nawet 10 tys. dol. (podobną stawkę płacą też Afgańczycy). Do tego trzeba dorzucić kolejne tysiące za dobrnięcie z rubieży UE do Niemiec i do atlantyckiego wybrzeża Francji.
Gdyby każdy uchodźca czy imigrant posiadał przy sobie gotówkę na opłacenie kolejnych etapów swojej odysei, wcześniej czy później padłby ofiarą bandytów, których po drodze nie brak. Tu z pomocą przychodzą parabankierzy, nazywani hawaladarami – to oni dostarczają pieniądze od rodzin, które pozostały w domu lub żyją w diasporze, pozwalając przebrnąć kolejny etap podróży. Jakie sumy przechodzą przez ten system transferowy? Najkrócej mówiąc: nie do oszacowania. – W ciągu sześciu miesięcy zarobiłem ponad 2 mln dol. – chwalił się 62-letni Egipcjanin Abu Hamada, szyper, który zajmuje się przerzutem ludzi przez Morze Śródziemne. ONZ-owskie Biuro ds. Narkotyków i Przestępczości (UNODC) oblicza zarobki przemytników ludzi operujących na trasie Afryka–Europa na 150 mln dol. rocznie. Ale to suma niedoszacowana, choćby ze względu na to, że tegoroczny napływ uciekinierów z Azji i Afryki dalece przewyższył wszystko, co widzieliśmy w poprzednich latach. Bliższy prawdy wydaje się poziom zarobków zbliżony do tych, które wyciskają z imigrantów szmuglerzy przerzucający ich z Meksyku do USA: przeciętny Meksykanin musi zapłacić za taką podróż 3,5 tys. dol., a roczne obroty tej branży wyceniane są na 6,6 mld dol.
Hawaladar nie znika
Metoda działania jest prosta jak budowa cepa: osoba A przynosi pieniądze, które chce przelać osobie B, do X, lokalnego brokera – jak nazywa się czasem hawaladarów. Ten kontaktuje się z brokerem Y w miejscowości lub regionie, gdzie mają trafić pieniądze. X pobiera też prowizję – sięgającą od 1 proc. do 5 proc., reszta pieniędzy zostaje w jego kasie. Broker Y z posiadanej przez siebie gotówki wydaje przelaną sumę B.
W teorii schemat obejmuje świadczenie usług odwrotnych, co równoważyłoby saldo rachunków między hawaladarami. W praktyce to znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać, bo np. w apogeum wojny z terroryzmem były premier Pakistanu, a zarazem były szef tamtejszego oddziału Citibanku, skarżył się, że z 6 mld dol. wysyłanych przez diasporę pakistańską do rodzin zaledwie 1,2 mld jest przelewane kanałami oficjalnymi. Rzeczywiście są kraje, które utrzymują się z pieniędzy od imigrantów – choćby Bangladesz, Somalia czy Kosowo – ale trudno się spodziewać, by transfer środków w drugą stronę osiągał choćby porównywalny poziom. Rozwiązanie zagadki tkwi zarówno w osobistych kontaktach między brokerami, którzy po prostu przewożą od czasu do czasu walizki z gotówką (w grę wchodzi też biżuteria), jak i w wywożeniu majątku przez tych, którym udało się go zdobyć. Na przykład somalijscy piraci zarobione z okupów za porwane statki pieniądze wyprowadzali do Kenii.
Ale wzajemne rozliczenia to kłopot usługodawców. Dla klientów przeważają plusy. „Przyjmijmy, że nawet jeśli Abdul wie o istnieniu hawali, najpierw idzie do banku” – opisywali w „The Hawala Alternative Remittance System and It’s Role in Money Laundering” zachowanie przeciętnego Pakistańczyka eksperci – Patrick M. Jost z Departamentu Skarbu USA i Harjit Singh Sandhu z Interpolu. „Na miejscu dowie się, że bank wolałby, aby Abdul otworzył sobie u nich konto, zanim dokona jakichkolwiek operacji. Potem bank przeliczy dolary na rupie po oficjalnym kursie i obciąży go opłatą za operację” – dorzucali. Opłatą, która oscylowała, np. w sieci Western Union, w okolicach 15 proc. wartości przelewu. Do tego należałoby jeszcze dorzucić opłatę za kuriera, który dostarczy gotówkę do wskazanej wioski, oraz uwzględnić to, że cała operacja potrwa co najmniej kilka dni. A choć w globalnym systemie bankowym wiele się zmieniło przez ostatnią dekadę, to pamięć o tym, że banki potrafią „zapodziać” przelew, wciąż jest żywa.
Może się wydawać, że minusem hawali jest ryzyko, iż któryś z brokerów zniknie z pieniędzmi. Otóż nie, nawet jeśli hawaladarzy siedzą w kantorku o wymiarach metr na metr na zapleczu sklepu z bakłażanami, są zwykle dobrze znani lokalnej społeczności, cieszą się pewnym prestiżem, a co więcej – oni i ich rodziny są potencjalnymi zakładnikami. Innymi słowy, ze świecą szukać hawaladara, który by zwiał z gotówką. Za to jest wiele innych bezcennych zalet systemu: dyskrecja, otwarcie na ludzi niepiśmiennych, funkcjonowanie nawet w warunkach nieistnienia jakichkolwiek struktur państwowych – a tym bardziej bankowych.
Chleb i opium
Po atakach na World Trade Center i Pentagon „nieformalny system transferów” przyciągnął uwagę ekspertów. Nie przypadkiem – Al-Kaida w Afganistanie, Al-Szabab w Somalii, Hamas w Palestynie, meksykańskie kartele narkotykowe oraz dziesiątki innych organizacji przelewają pieniądze za pomocą mechanizmu hawali. Śledztwa w sprawie zamachów w Bombaju (2008) czy udaremnionego zamachu na nowojorskim Times Square wiodły do lokalnych hawaladarów (2010). Dyskrecja i skuteczność odgrywają tu zapewne wielką rolę, ale część ekspertów zbywała obawy rządów i kolegów wzruszeniem ramion – terroryści korzystają z systemu hawala, bo korzystają z niego wszyscy. – To nonsens zakładać, że te kantory są w stanie zająć się transferem brudnych pieniędzy na skalę taką jak w dużych, szacownych bankach – ucinał Tom Naylor z montrealskiego McGill University.
Jedną z pierwszych decyzji, jaką podjęli Amerykanie po atakach z 11 września, było zamknięcie największej somalijskiej sieci hawala – firmy Al-Barakat (arab. błogosławieństwo), która co roku obsługiwała transfery o wartości ok. 140 mln dol. Parabank, który posiadał ok. 40 oddziałów na świecie, przestał działać praktycznie z dnia na dzień. Somalijczycy wcale nie byli tym zachwyceni. – Zazwyczaj co miesiąc wysyłałem matce pieniądze poprzez Al-Barakat – lamentował somalijski handlarz żywnością z Dubaju Anoor Hassan. – Jeśli nie będę miał takiej możliwości, oni po prostu nie będą mieli za co kupić jedzenia – dodawał. Sekundowali mu analitycy, którzy z jednej strony podkreślali, że próba likwidacji systemu hawala uderzy w wątłe gospodarki państw upadłych, a także – że graniczy ona z niemożliwością.
Nie bez kozery. Skuteczność systemu hawala można było oglądać trzy lata temu w Mali, gdzie rebelia lokalnych radykałów muzułmańskich praktycznie odcięła od świata połowę kraju. Reporterka „Voice of America” miała okazję przyglądać się temu, jak mieszkający w Bamako student wysyłał matce w opanowanym przez rebeliantów Gao gotówkę. – Ile? Do kogo? – wypytywał studenta prowadzący kantor hawaladar Moussa Bathily. Przez chwilę przekładali banknoty, po czym Bathila wysłał SMS do swojego odpowiednika w Gao. – Powiedz matce, żeby przyszła za godzinę do tego człowieka. U niego odbierze pieniądze – zakończył broker.
Co więcej, model hawala można też porównać do hydry – miejsce somalijskiego Al-Barakat błyskawicznie zajęły mniejsze i działające znacznie dyskretniej firmy, zapewniające alternatywne usługi w Rogu Afryki. Skądinąd nie był to upadek somalijskiego przedsiębiorstwa – po trwającym ponad dekadę śledztwie USA i ONZ Al-Barakat została oczyszczona z zarzutów – powiązania z terrorystami okazały się fikcją. Okazało się m.in., że fundusze dla komanda, które dokonało zamachów 11 września, nie przepłynęły przez ręce Somalijczyków, ale przez konta zwykłego banku z Florydy. W Somalii powrót przedsiębiorstwa do gry świętowano na ulicach.
To bynajmniej nie oznacza, że system można rozgrzeszyć – już wiele lat temu służył do przemytu złota na trasie Europa–Indie. Współcześnie hawala, po pierwsze, przede wszystkim służy unikaniu opodatkowania – zwłaszcza w Azji Południowej, gdzie nieformalna gospodarka stanowi średnio od 30 do 50 proc. PKB. Transfery hawala są dla lokalnego fiskusa nie do namierzenia: zgodnie z szacunkami z lat 1981–2003 73 proc. transakcji w tym modelu w Algierii nie zostało zarejestrowanych. W Bangladeszu odsetek wynosił 59 proc., w Iranie – 68 proc., w Pakistanie i Sudanie – po 55 proc. System działa też poza wiedzą fiskusa indonezyjskiego (23 proc.), indyjskiego (16 proc.) czy tureckiego (17 proc.). Bywa, że hawaladar pośredniczą we wręczaniu łapówek – w 1991 r. w biurach jednej z indyjskich firm tego typu znaleziono dokumentację wskazującą na wiele transferów adresowanych do czołowych polityków.
Po drugie, kurierzy Osamy bin Ladena zapewne nie zaglądali do skromnych kantorków na zapleczu sklepu z daktylami, ale z powodzeniem mogli próbować tworzyć własne sieci tego typu. Sztuka taka udała się całkiem nieźle talibom czy kręgowi szemranych biznesmenów powiązanych z klanem byłego prezydenta Afganistanu Hamida Karzaja. Pięć lat temu odkryto, że w nieformalny sposób spod Hindukuszu wytransferowano prawdopodobnie sumy sięgające 3 mld dol. – gotówką, w walizkach umieszczanych na paletach i ładowanych do samolotów. Z kolei UNODC doliczyło się w 2005 r. miliarda dolarów z produkcji i szmuglu heroiny, wyłącznie z dwóch afgańskich prowincji – Herat i Helmand. – Handel opium jest jedną z najbardziej nieznanych branż przemysłu narkotykowego właśnie za sprawą korzystania z sieci takich jak hawala – twierdzi historyk Stephen R. Platt na kartach książki „Criminal Capital. How the Finance Industry Capilitates Crime”.
Hawala wciąż ma złą prasę, a obecny kryzys humanitarny u bram Europy to jedynie wierzchołek góry lodowej. W Indiach premier Narendra Modi zwalcza system – w połowie września ostrzegł, że pakistańskie służby specjalne wciąż spiskują przeciw władzom w New Delhi, wykorzystując indyjskie sieci hawala. Izraelczycy dowodzą, że Iran sponsoruje budowę nielegalnych tuneli w Strefie Gazy i zakup rakiet dla Hamasu, przelewając środki na tę działalność za pomocą hawaladarów. Ledwie dwa tygodnie temu Amerykanie poinformowali, że rozbili stworzoną przez Hindusów sieć hawala pracującą dla Meksykanów z kartelu Sinaloa.
Hawala epoki cyfrowej
Internacjonalizacji hawali trudno się dziwić: choć mechanizm można kojarzyć ze światem islamu – zarówno ze względu na nazwę, jak i tradycyjne wpływy w tamtejszej gospodarce i społeczeństwach – nie jest ona wynalazkiem wyłącznie muzułmańskim. Prawdopodobnie narodziła się na bliskowschodnich terytoriach Imperium Rzymskiego i stamtąd dotarła do Europy, gdzie w średniowieczu stała się jednym z kluczowych krwiobiegów ówczesnej gospodarki. Patent podchwycili zwłaszcza Włosi, Wenecjanie czy Genueńczycy, którzy prowadzili interesy na najdalszych krańcach Morza Śródziemnego, na Jedwabnym Szlaku czy w Afryce. Hawala gwarantowała im to, co daje dziś uchodźcom i imigrantom – szansę na uniknięcie rabunku.
Jeśli Włosi wypracowali system avalla (skądinąd nawiązujący nawet w nazwie do arabskiego hawala), to Chińczycy wpadli na podobny pomysł sami. Gdzieś w połowie VIII w., w czasach dynastii Tang, za Wielkim Murem wypracowano system fei qian („latających pieniędzy”), bazujący na praktycznie identycznym rozwiązaniu. Co więcej, działał on zupełnie legalnie – służył cesarstwu do zbierania podatków, eliminując ryzyko napadów na poborców podatkowych. W średniowieczu podobny system pojawił się też w Indiach – tam nazywano go hundi lub angadia. Służył nie tylko do ubezpieczania się na czas podróży czy rozliczeń między kupcami, ale też do udzielania kredytów.
Dziś większość państw świata do pewnego stopnia stara się kontrolować taką działalność, ale skutki tych prób są raczej mizerne. Analitycy Departamentu Skarbu USA kilka lat temu podliczyli, że działalność według schematu hawala zarejestrowało w Stanach ok. 42 tys. osób – a realna liczba hawaladarów jest czterokrotnie większa. Jeszcze bardziej pesymistyczne są badania naukowców z George Mason University. Według nich ledwie 17 proc. brokerów w USA działa zgodnie z amerykańskim prawem.
Kosa może jednak trafić na kamień. Tego lata w Londynie przebojem wdarł się na salony start-up TransferWise, który wprowadza mechanizm hawala w epokę cyfrową. Aplikacja opiera się na analogicznym do starożytnego modelu: jeśli osoba A chce wysłać przelew do osoby B za granicą, korzysta z TransferWise – ale jej pieniądze nie opuszczają kraju. Wypłata następuje z pieniędzy, które chciałaby wysłać osoba C znajdująca się w tym samym kraju co osoba B. Innymi słowy, przelew się nie umiędzynarodawia, opłata jest minimalna, a korzystanie z aplikacji ograniczone do kilkukrotnego przyciśnięcia odpowiedniej ikonki. Proste. I genialne, jak wydają się wierzyć inwestorzy – w czerwcu twórcy TransferWise zebrali na projekt 58 mln dol., a wartość firmy sięgnęła miliarda dolarów.
Ziarno pada na dobry grunt: np. młode pokolenie Afrykanów to osoby, które znacznie chętniej korzystają z urządzeń mobilnych niż z komputerów. Przelewy za pomocą smartfona wykonuje połowa mieszkańców takich państw, jak Tanzania czy Uganda, w Kenii odsetek ten sięga dwóch trzecich. W ciągu kilku lat liczba mieszkańców Czarnego Lądu pod komórką może sięgnąć miliarda, a roczne przyrosty liczby użytkowników internetu dobijają poziomu 20 proc. Nic zatem dziwnego, że nawet Al-Barakat, poza transferami hawala, zajęła się też dostarczaniem internetu i telefonią komórkową. Tradycjonaliści pocieszają się jednak, że w przewidywalnej perspektywie Somalijczyków wysyłających pieniądze do ojczyzny wciąż będzie więcej niż tych, którzy transferowaliby środki w drugą stronę. A poza tym, skoro komórka będzie służyć do robienia przelewów, będzie to oznaczać, że – paradoksalnie – portfel ponownie znalazł się w kieszeni, a potencjalni bandyci mogą wymusić na właścicielu odpowiedni przelew. Cóż, pożyjemy, przetransferujemy. ©?
Po trwającym ponad dekadę śledztwie Al-Barakat została oczyszczona z zarzutów: powiązania z terrorystami okazały się fikcją. Fundusze dla komanda, które dokonało zamachów 11 września, przepłynęły przez konta zwykłego banku z Florydy