Reklama
Mamy wielkie zwycięstwo PiS...
Nie takie wielkie.
Jak to? Większe niż Platformy Obywatelskiej przed czterema laty.
Owszem, ale bywały elekcje, kiedy partia zdobywała większe poparcie. Tak było w 2001 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał ponad 41 proc. poparcia. Na nieszczęście dla partii podczas przeliczania głosów była zastosowana metoda Sainte-Laguë’a, a nie d’Hondta, jaką stosuje się dziś. Sposób przyznawania mandatów nie pozwolił SLD na samodzielne rządy. Ale rzeczywiście, przewaga PiS nad Platformą jest może nie miażdżąca, ale bardzo wysoka.
Jeszcze cztery lata temu zagłosowaliśmy niemalże odwrotnie. Dlaczego nasze poglądy tak radykalnie się zmieniły?
Myślę, że podstawową przyczyną reorientacji zachowań i preferencji wyborczych Polaków jest – to trochę banalnie zabrzmi, bo mówią już dziś o tym wszyscy, także większość partii – potrzeba zmiany. Nie koncentrowałbym się tu tylko na samym wyniku Prawa i Sprawiedliwości. Pamiętajmy, że zarówno .Nowoczesna, komitet Kukiz’15, jak i partie KORWiN oraz Razem, które nie weszły do Sejmu, en bloc w programach wyborczych, rozkładając w różny sposób akcenty, artykułowały potrzebę zmian. I nie chodziło tu o prostą replikację obozu władzy – byliście wy, to teraz czas na nas. Wszystkie ugrupowania zwracały uwagę na potrzebę reformy systemu politycznego, obszaru polityki społecznej, gospodarczej. Myślę, że zarówno PiS, jak i pozostałe partie uzyskały takie, a nie inne wyniki, bo wykorzystały tę potrzebę zmiany.
Skąd w nas taka potrzeba? Z Diagnozy Społecznej wynika, że żyje nam się całkiem nieźle.
Polacy wreszcie zaczęli porównywać, włączają powoli analityczne myślenie. Zastanawiają się w sposób analityczny nad tym, jak to państwo zostało zbudowane, że przy podobnym poziomie cen dóbr i usług Polacy zarabiają średnio czterokrotnie mniej niż mieszkańcy Europy Zachodniej. Tu nie chodzi głównie o pieniądze, ale o poziom życia. Kluczem do zrozumienia, czego Polacy oczekują, jest także dostrzeżenie asymetrii w relacji między państwem a obywatelem. Dziś komornik sądowy może z obywatelem zrobić wszystko. To są standardy, które w Europie, do której aspiruje Polska, są zupełnie nie do pomyślenia. Myślę, że pragnienie tego, by obywatela w końcu traktować podmiotowo, to wyznacznik zarówno sukcesu PiS, jak i komitetu Kukiza.
Skuteczność postulatu zmiany było widać już w wyborach prezydenckich – to hasło dało Pawłowi Kukizowi świetny wynik wyborczy. Pytanie brzmi, dlaczego zwróciliśmy się w stronę zmiany reprezentowanej przez konserwatywne ugrupowania, a nie na przykład skrajnie lewicową partię Razem?
Większość badań wskazuje na to, że w sferze ekonomicznej jesteśmy socjalistami, wręcz marksistami, natomiast w sferze ideologicznej – konserwatystami. Taki rodzaj postawy zbiorowej nie występuje nigdzie indziej. To polski paradoks.
Co oznacza, że jesteśmy konserwatywni? Jesteśmy przywiązani – przynajmniej w sferze deklaracji – do katolicyzmu. Nawet jeśli nie idą za tym praktyki religijne, jesteśmy przyzwyczajeni do całej narracji, która religijności towarzyszy. Ona jest ewidentnie konserwatywna – widać to w stosunku Polaków do osób homoseksualnych, do imigrantów. W sferze gospodarczej jesteśmy socjalistami, bo większość z nas oczekuje państwa socjalnego na wzór choćby Republiki Federalnej Niemiec i prezentuje w tym zakresie roszczeniową postawę. Wygrała partia, która łączy oba te postulaty. Głosowanie na PiS to nie jest zresztą jakiś istotny zwrot w tym obszarze.
Jeszcze sezon wyboczy temu zdecydowaliśmy dokładnie odwrotnie.
Proszę zwrócić uwagę, że Platforma Obywatelska w chwili swojej największej świetności, a więc osiem lat temu, była partią konserwatywną. Neoliberalna twarz Platformy pojawiła się tak naprawdę w ostatnich czterech latach. My często zapominamy, że PiS i PO to twory, które wyrosły z tego samego pnia. Partie zostały założone i ukonstytuowane przez renegatów z Akcji Wyborczej Solidarność. Oczywiście fakt, że swego czasu Donald Tusk szefował Kongresowi Liberalno-Demokratycznemu, nie oznacza, że przymiotnik „liberalny” odpowiadał rzeczywistości. Jeszcze raz podkreślę: to nie jest dramatyczny czy gwałtowny zwrot. Preferencje wyborców w istocie przesunęły się na prawo dość nieznacznie.
W Platformie było miejsce dla Janusza Palikota, który następnie stworzył swój ruch, niosąc na sztandarach lewicowe hasła – rozwodu państwa z Kościołem, legalizacji marihuany.
Platforma starała się być nowoczesną partią, którą w Europie określa się mianem partii – kontenera. To taka, która swoimi frakcyjnymi skrzydłami obejmuje elektorat maksymalnie od lewej do prawej strony do centrum. Mówi pani o Januszu Palikocie, ale jeszcze nie tak dawno całkiem nieźle w Platformie funkcjonował też Jarosław Gowin, który dziś jest jedną z twarzy listy wyborczej PiS. Ja nie chcę powiedzieć, że PiS i PO się od siebie nie różnią, ale pokazuję, że ta zmiana, która zaszła w przypadku zachowań wyborczych Polaków, nie tak jest bardzo istotna, jak pokazują to media.
Dziś podobają nam się partie sceptyczne wobec Unii Europejskiej, imigrantów. Do Sejmu niemal udało się wejść partii KORWiN.
Problem jest stary jak świat polityki i sprawowania władzy. Spora część Polaków nie definiuje swojego życia w kategoriach sukcesu, a raczej widzi swoje losy jako porażkę, niepowodzenie. Z badań wynika, że w takiej sytuacji jest około 20–25 proc. z nas (to nieznacznie fluktuuje w zależności od tego, czy mamy wzrost gospodarczy i czy rośnie nam dynamika płac). Ci ludzie rozszerzają ocenę swojej sytuacji na cały system polityczny. Dopóki im samym się nie polepszy, będą źle oceniać sytuację w kraju. Politycy dobrze wiedzą, że jeśli są niepokoje społeczne, to trzeba znaleźć winnego. Hannah Arendt pisała o tym, że jak nie wiadomo, co zrobić, to najlepiej krzyknąć: „Bij Żyda!”, bo skrajnie populistyczne recepty trafiają do społeczeństwa. To było widać przed wyborami – partie polityczne instrumentalnie wykorzystywały na przykład kwestię uchodźców. Dla części wyborców najlepszym w tej chwili chłopcem do bicia jest Unia Europejska. Zresztą była traktowana instrumentalnie w czasie ubiegłych dwóch dekad przez różne siły polityczne. A to była winna temu, że nam czegoś zabrania, a to narzuca, a to jest odpowiedzialna za rozpad naszego przedmurza chrześcijaństwa i sekularyzację. Platforma Obywatelska po prostu straciła zdolność dostrzegania niepokojów społecznych. Myślę, że nie będzie za mocne, jeśli powiem, że straciła władzę na własne życzenie.
Dlaczego?
Polska zza szyb Sheratonu wygląda trochę inaczej niż Polska w rzeczywistości. Platforma, abstrahując od tego, co jej się udało lub nie, straciła elementarne rozumienie tego, po co sprawuje się władzę. A miała szansę, by wygrać trzecią kadencję, gdyby nie aroganckie zachowania części liderów, które ujrzały światło dziennie. Dość łatwo było obronić wiele działań PO w ciągu tych dwóch kadencji. Niezadowolenie świetnie wykorzystał Paweł Kukiz, który dysfunkcje naszego państwa opisuje prostym językiem, więc dlatego też trafia do rzesz ludzi. Jeśli chodzi o jego diagnozę, to w zasadzie jest trafna – system polityczny w Polsce jest dysfunkcjonalny. Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się, czy jeśli PiS nie zdobędzie wystarczającej liczby mandatów, to czy przejmie jakichś posłów z PO. To jest parodia systemu parlamentarnego. W Wielkiej Brytanii mandat jest ściśle związany z listą elekcyjną. Jeśli deputowany wchodzi do parlamentu, jest związany ze swoją formacją – jeśli należy do Partii Pracy i wystąpi z niej w czasie kadencji, traci mandat. To stabilizuje system. A w Polsce? Mamy rzesze nomadów politycznych. To jest i niemoralne, i destabilizujące. A to tylko jeden z przykładów dysfunkcji, które psują istotę demokracji.
PiS, Kukiz’15, KORWiN pociągnęły przede wszystkim młodych. Dlaczego? Intuicja podpowiada raczej, że powinni popierać rozluźnienie obyczajów.
Wszystkie ugrupowania konserwatywne eksponują model bardzo silnego państwa. Młody człowiek niekoniecznie rozumie je tak jak konserwatyści. Z silnym państwem ma on do czynienia, kiedy wyjedzie – pomieszka w Berlinie, w Londynie. Dla przeciętnego młodego człowieka silne państwo oznacza, że jest wydolne, po prostu skuteczne. Więc kiedy PiS wyciąga to hasło na sztandary, trafia do młodych, nawet jeśli w rozumieniu przedstawicieli partii to pojęcie oznacza coś innego.
Osiem lat temu młodzi protestowali, kiedy na własnej skórze odczuli silne państwo w osobie Romana Giertycha jako ministra edukacji.
To właśnie ta różnica w rozumieniu pojęć, o której mówiłem. Ponadto młodzi ludzie zazwyczaj są nonkonformistami, dwudziestolatek chętniej jest przeciw niż za. Wówczas był przeciw Romanowi Giertychowi, teraz jest przeciw państwu, które zostało nam zafundowane od 1989 r. Młody człowiek oczekuje takich samych warunków życia i funkcjonowania w państwie, jak mają jego rówieśnicy w Niemczech. Tymczasem słyszy retorykę, że my jesteśmy na dorobku, że potrzeba wyrzeczeń. Młodych to nie interesuje. Oni oczekują normalności. Jest jeszcze jeden powód, dla którego konserwatyści byli atrakcyjni dla młodych – w kampanii mówili do nich.
W jakim sensie?
Kampania PiS była merytorycznie dość pusta, to była wydmuszka. Taki program wyborczy jestem w stanie stworzyć, posiłkując się wynikami badań społecznych, bo one pokazują, czego mniej więcej spora część Polaków chce. Wystarczy to zgrabnie spisać i postulaty są w zasadzie gotowe. Natomiast kluczem było to, że kampania PiS była adresowana do młodych. W czasie debaty kandydatka na premiera RP nie jechała do telewizji wśród swoich sztabowców, ale dziesiątek młodych ludzi. Przebijali się we wszystkich nieomal spotach, we wszystkich wejściach. To też miało określony skutek. Wahadło obciachu przesunęło się dziś w nieco inną stronę. Cztery i osiem lat temu przyznanie się, że głosowałem na PiS, skazywało na towarzyską infamię. Teraz oddanie na nich głosu jest całkiem cool.
Coraz bardziej cool jest też chodzenie na marsze niepodległości, noszenie patriotycznej odzieży...
To też pomogło PiS. Manifestowanie patriotyzmu stopniowo stawało się modne od czasu prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Po raz pierwszy pojawiła się wtedy koncepcja polityki historycznej. I dziś ta polityka – może wciąż nie na miarę naszych oczekiwań – ale jest realizowana. Działa Muzeum Powstania Warszawskiego. IPN, który był jeszcze kilka lat temu postrzegany wyłącznie jako organ lustracyjny, dziś prowadzi politykę historyczną, organizuje wiele działań edukacyjnych. Nawet w naszej kinematografii coraz częściej podnoszona jest problematyka historyczna – tylko do kin trafiły „Miasto 44”, „Kamienie na Szaniec”. Młodzież coraz częściej dowiaduje się o takich wydarzeniach w szkole. To też odegrało niebagatelną rolę. W odczuciu społecznym to PiS stał się – chcemy tego czy nie – depozytariuszem ogólnej koncepcji patriotyzmu. Platforma zupełnie abdykowała w tym obszarze. I zapłaciła za to cenę.