Władza w PSL-u pozostaje w rękach Janusza Piechocińskiego. To- zdaniem politologów- może oznaczać klęskę w najbliższych wyborach parlamentarnych.
Reklama

Zdaniem profesora Kazimierza Kika, wymiana szefa ludowców na Władysława Kosiniaka-Kamysza i tak niewiele by dała tej partii. "Dość duża przewaga obecnego prezesa na czele partii wskazuje na to, że nic się nie zmieni do wyborów, a to oznacza, że PSL i PO będą tonąć powoli, przez trzy i pół miesiąca" - uważa prof. Kik.

Doktor Norbert Maliszewski uważa natomiast, że zmiana na czele PSL-u mogła dać kilka punków w sondażach. A tego właśnie potrzebują ludowcy, aby w przyszłej kadencji zasiadać w ławach poselskich. "To tylko zabieg, który poprawia wizerunek, daje 1-2 punkty procentowe, a dla PSL to mogą być punkty na granicy progu wyborczego. A skoro Janusz Piechociński zdecydował się pozostać szefem, musi mocno pracować na odświeżenie image'u PSL i zatrzymanie tych wyborców, na których liczy będący na fali PiS" - dodał Norbert Maliszewski.
Zdaniem Maliszewskiego, los PSL-u w dużej mierze zależy od frekwencji. Jeżeli będzie niska, to ugrupowanie to ma w tym momencie szanse przekroczyć 5-procentowy próg wyborczy i przez to dostać się na Wiejską na kolejną kadencję.