Bogusław Rychter, żebrak z Katowic, jest smutnym symbolem traktowania przez państwo osób niepełnosprawnych. I tych, którym się w życiu gorzej powiodło.
13 czerwca, 2015 rok. Ciepło, cieplej, gorąco, Stawowa w Katowicach. Deptak stolicy Górnego Śląska zdaje się roztapiać w promieniach słońca. Kto mógł, uciekł z rozgrzanych murów nad wodę lub choćby do cienia. Pozostała bida z nędzą. Przykucnęła przy skrzynkach zwiędniętych warzyw, przysiadła na stołeczkach nad starymi gazetami, poci się i przeklina. Kilkaset metrów dalej kukizowcy namawiają do udziału w referendum. Huczą głosy w megafonach, dziewczyny w furażerkach rozdają ulotki. Wśród tego bałaganu mężczyzna w czerwonym polarze. Choć siedzi w tłumie, wydaje się zamieszkiwać odrębną wyspę. Jego wózek inwalidzki to centrum sceny, na której on gra główną rolę. Obok duży, kudłaty wilczur. Po bokach, wyznaczając granice, stoją półeczki z książkami. Z przodu karteczki, figureczki, miseczki, butelki z wodą... Wszystko to przypomina przydrożną, wiejską kapliczkę, tylko drewnianego Chrystusa Frasobliwego nie ma.
Jest Bogusław Rychter, rocznik 1952. W poprzednim życiu potężny, wysoki chłop. Tamto życie skończyło się 28 stycznia 2006 r. Na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich trwała właśnie wystawa gołębi pocztowych. Później podano, że na terenie MPK było 700 osób, z których 65 zginęło, a ponad 170 zostało rannych. – Byłoby więcej ofiar, ale akurat skakał Małysz, więc ludzie polecieli do domów oglądać idola – opowiada Bogusław. Koło godziny 17 zaczął grać jakiś zespół. I nagle jakby dwa strzały. Takie DUP! DUP! – I widzę, jak spoiny stropu pękają, zaczynają się łamać, lecieć nam na głowy – wspomina. Inni też widzą. Jeden wielki krzyk. Panika. Ucieczka. Ludzie miotają się, przepychają. Część wdziera się na scenę, jakby z artystami było bezpieczniej. Inni rzucają się do drzwi. Tratują. – Ja miałem obok siebie takiego prezesa z Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych. Podsadziłem go pod okno, zacząłem wypychać. Nie chciał się zmieścić, ale ktoś na zewnątrz pomógł mu przeleźć – relacjonuje. Potem, jak mówi, wyciągnął jeszcze z tego bałaganu kasjerkę z PZHGP. Ich pamięta, ale byli jeszcze inni ludzie. – Tam się wszystko waliło, huk i kurz. Sam oberwałem, taki wielki pręt zbrojeniowy piznął mnie w krympel, ale wtedy nic nie czułem. Adrenalina robi swoje – opowiada.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.