W Stanach Zjednoczonych mogą być problemy z szybkim podliczeniem głosów. Tym bardziej że Donald Trump namawia wyborców, by oddali je dwa razy.
Reklama
Kampania wyborcza w Stanach Zjednoczonych zwykle rozkręca się po Święcie Pracy, które w Ameryce w przeciwieństwie do reszty świata przypada na pierwszy poniedziałek września. W tym jednak wyjątkowym z powodu pandemii sezonie oprócz sondaży – w których Joe Biden utrzymuje dziesięciopunktową przewagę nad Donaldem Trumpem w skali całego kraju – i politycznych sporów pojawił się nowy problem: czy wybory uda się przeprowadzić poprawnie i sprawnie policzyć głosy. Amerykański elektorat jest osobliwie podzielony. Zwolennicy prezydenta Trumpa w znakomitej większości chcą zagłosować osobiście. Z kolei wyborcy demokraty Bidena są bardziej zdyscyplinowani w sprawie wynikającej z COVID-19 społecznej izolacji i wolą oddać głos korespondencyjnie, co wiele stanów w swoich wewnętrznych przepisach przewiduje. Problem polega na tym, że wobec wzmożonego zainteresowania alternatywnym sposobem głosowania niekoniecznie uda się wszystkie głosy zliczyć od razu. 3 listopada wieczorem, kiedy zamknięte zostaną lokale wyborcze, zapewne będzie można podać wyniki ze stanów z dużą przewagą elektoratu demokratycznego, jak Kalifornia i Nowy Jork, oraz republikańskiego, jak Oklahoma czy Alabama. Na rezultat z kluczowych tzw. swing states (stanów remisowych), jak Michigan, Ohio, Floryda czy Wisconsin oraz po raz pierwszy od 44 lat Teksas, trzeba będzie jednak poczekać. I o ile stacje telewizyjne, świadome, że nie wszystkie głosy zostały zliczone, zawahają się przed podaniem nazwiska zwycięzcy, o tyle sam Donald Trump, który będzie mieć zapewne dużą przewagę w głosach oddanych osobiście, może ogłosić się zwycięzcą. Choć podczas lipcowego wywiadu z Chrisem Wallace’em z Fox News zapytany o to, czy uzna wynik wyborów, dał do zrozumienia, że będzie to zależało od tego, czy będzie dla niego korzystny.
Czemu nie uda się od razu podać wyników z Michigan czy Ohio? Przepisy wielu stanów nie przewidują możliwości liczenia głosów korespondencyjnych przed 3 listopada. Niektóre nawet nie sprawdzają, czy koperta przyszła od osoby uprawnionej do głosowania. Jeżeli urzędnicy zajmujący się przeprowadzaniem elekcji będą zajęci obsługą głosujących osobiście w lokalach oraz udzielaniem instrukcji członkom obwodowych komisji wyborczych, nieprzyzwyczajonych do pracy w tak trudnych, spowodowanych pandemią warunkach sanitarnych, to wieczorem 3 listopada nawet nie zaczną ich liczyć. Większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy. Sekretarze stanu kolejnych stanów zaczęli więc kampanie informacyjne przestrzegające przed oczekiwaniem na wynik w dniu wyborów. Na przykład demokratka Jocelyn Benson z Michigan w programie „Meet the Press” telewizji NBC powiedziała, że niemożliwe jest podliczenie wszystkich głosów 3 listopada. Oświadczyła też, że poprosiła kontrolowaną przez republikanów legislaturę stanową o pilną zmianę przepisów, tak by móc liczyć głosy wcześniej, ale jej apel pozostał bez odpowiedzi.
Pytani przez dziennikarzy NBC sekretarze stanu kilkunastu innych stanów z obydwu partii potwierdzili, że mają identyczne obawy jak Benson. Do tego republikanin Frank LaRose z Ohio stwierdził, że do przeprowadzenia wyborów potrzeba zwykle 35 tys. osób, które zasiadają w komisjach obwodowych. „Nie wiem, czy w związku z pandemią uda się znaleźć tylu chętnych. Wobec tego to, kto zostanie prezydentem oraz które stronnictwo będzie mieć większość w Senacie, może się okazać dopiero tydzień po wyborach, a może i dopiero w grudniu” – powiedział w „Meet the Press”.
Scenariusz, że zwycięzca znany jest dopiero po kilku, a nawet kilkunastu dniach, to w Ameryce norma, chociaż nie na poziomie prezydenckim (z wyjątkiem niesławnych wyborów z 2000 r., kiedy na Florydzie liczono głosy przez kilka tygodni, a o wstrzymaniu przeliczania i de facto uznaniu George’a W. Busha za prezydenta elekta zdecydował Sąd Najwyższy). W noc wyborczą 2018 r. w senackim wyścigu w Arizonie prowadziła republikanka Martha McSally, ale gdy w ciągu tygodnia podliczono głosy oddane korespondencyjnie, okazało się, że senatorem została demokratka Kyrsten Sinema. To samo dotyczyło pięciu okręgów wyborczych z Kalifornii, gdzie koniec końców triumfowali demokraci.
Tymczasem w minionym tygodniu pojawił się jeszcze poważniejszy problem. Donald Trump podczas briefingu z dziennikarzami powiedział, że doradza mieszkańcom Pensylwanii i Północnej Karoliny, należących do wspomnianych swing states, oddanie głosu dwukrotnie: raz korespondencyjnie, raz osobiście. Prezydent tłumaczył, że w ten sposób zabezpieczą się przed wyborczymi oszustwami. Jednak jego słowa zinterpretowano jako apel do jego wyborczej bazy, by zagłosowali dwukrotnie i że oba głosy zostaną policzone, co jest oczywiście nielegalne.
Oburzeni konstytucjonaliści, dziennikarze i politycy zażądali od Białego Domu wyjaśnień, ale Kancelaria Prezydenta nabrała wody w usta. W ostatni weekend dziennikarz CNN Wolf Blitzer zapytał o to prokuratora generalnego Billa Barra. I chociaż każdy student pierwszego roku prawa wie, że to nielegalne, polityk odparł, że on tego nie wie.